Państwo bez opieki. Rząd i HSE doprowadzili irlandzką służbę zdrowia na skraj zapaści
Irlandzka służba zdrowia nie jest dziś systemem, bo jest wielką improwizacją, czyli drogą, chaotyczną i coraz bardziej niebezpieczną, za którą polityczna odpowiedzialność rozpływa się jak mgła nad Liffey o świcie. Liczby są bezlitosne, fakty niewygodne, a rzeczywistość na oddziałach – brutalna.
Pod koniec 2025 roku w HSE pozostawało nieobsadzonych ponad 6500 finansowanych stanowisk. Pieniądze są, ale ludzi nie ma i to nie przypadek, to akt oskarżenia, bo tym samym czasie ponad 114 tysięcy pacjentów było leczonych bez łóżek, więc na korytarzach, w prowizorycznych przestrzeniach, w warunkach, które bardziej przypominają zarządzanie kryzysowe niż opiekę zdrowotną w jednym z najbogatszych krajów Europy.
Pielęgniarki dźwigają ten system na własnych plecach, są przeciążone pracą, ponieważ system cierpi chroniczne niedobory personelu, a niebezpieczne proporcje pacjent–personel to codzienność, o której związki zawodowe mówią od lat. INMO mówi wprost, że powolna rekrutacja i faktyczna redukcja etatów stworzyły luki kadrowe, które zagrażają pacjentom. Rząd słucha, kiwa głową, po czym robi dokładnie to, co robił wcześniej, czyli za mało.
Irlandia stała się światowym liderem w kategorii, z której nikt nie powinien być dumny. Według danych OECD aż 51,8% pielęgniarek i pielęgniarzy pracujących w kraju ma wykształcenie zdobyte za granicą i to najwyższy odsetek w całej organizacji. System działa, bo inni łatają irlandzkie dziury kadrowe. Jednocześnie pielęgniarki wykształcone w Irlandii masowo emigrują do Australii, Kanady czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Powód jest prozaiczny i wstydliwy – lepsze płace, lepsze warunki zatrudnienia i zamieszkania, co przekłada się na lepsze życie.
Początkowe zarobki w HSE wynoszą 35–37 tysięcy euro, a brzmią przyzwoicie tylko na papierze. W realiach kosztów życia, presji dyżurów i emocjonalnego wypalenia to oferta, która nie konkuruje z niczym poza rezygnacją. Nawet doświadczeni pracownicy, zarabiający ponad 50 tysięcy euro, odchodzą, bo pieniądze nie rekompensują braku równowagi między pracą a życiem prywatnym. Nie da się odpocząć w systemie, który nigdy nie śpi, bo nie ma komu pracować.
Niepokoje społeczne narastają, a związki zawodowe głosują za działaniami protestacyjnymi po strategii płacowej i zatrudnienia, która w praktyce zlikwidowała tysiące stanowisk. Regionalne dysproporcje, jak symboliczne uzupełnianie braków na Środkowym Zachodzie, tylko pogłębiają przeludnienie szpitali w innych częściach kraju. Budżet na 2026 rok obiecuje „dodatkowy personel”, ale INMO stwierdza, że to plan bez ambicji, kompletnie oderwany od realiów starzejącego się społeczeństwa, które będzie potrzebowało coraz więcej opieki, a nie coraz mniej lub na tym samym poziomie.
Media społecznościowe, zwłaszcza X, pełne są relacji z pierwszej linii frontu. Pielęgniarki opisują dyżury, które nigdy nie powinny się wydarzyć, gdzie na jedną osobę przypada za zbyt wielu pacjentów, decyzje podejmowane pod presją sekund i strach przed błędem, który nie wynika z niekompetencji, lecz z przemęczenia. To nie jest już „niedobór kadr”, a systemowa porażka, wynikająca z politycznych decyzji i administracyjnej opieszałości.
Sprawa jest prosta i nie wymaga kolejnych raportów ani okrągłych stołów, więc albo rząd i HSE przyspieszą rekrutację, realnie podniosą płace i stworzą warunki, które zatrzymają wykwalifikowanych pracowników, albo będą patrzeć, jak irlandzka służba zdrowia zapada się pod ciężarem własnego braku kadr.
Bogdan Feręc
Źr. The Liberal
Photo by JESHOOTS.COM on Unsplash
