Knebel z aksamitu, czyli jak uciszyć społeczeństwo, żeby samo podziękowało
Wolność słowa nie jest luksusem, nie jest dodatkiem do demokracji jak podgrzewane fotele w samochodzie średniej klasy, a jest silnikiem, bo bez niej system jedzie, ale tylko z górki. Kiedy jednak pojawia się zakręt, wszyscy lecą przez przednią szybę, nadal przekonani, że „przecież było bezpiecznie”.
Dziś wolność słowa nie umiera z hukiem, chociaż nikt nie wyprowadza czołgów, nie pali książek na rynku, nie zamyka redakcji na kłódkę z napisem „kontrrewolucja”. Dziś robi się to mądrzej, ciszej, w białych rękawiczkach, a najlepiej takich z hasłami troski, bezpieczeństwa i odpowiedzialności. Ten knebel nie jest z drutu kolczastego, on jest z aksamitu, miękki, wygodny, prawie luksusowy i właśnie dlatego tak niebezpieczny.
Wolność słowa jest potrzebna nie dlatego, że wszyscy mówią mądrze. Wręcz przeciwnie, jest potrzebna, bo ludzie często mówią głupio, chaotycznie, emocjonalnie, czasem boleśnie, ale społeczeństwo bez wolności słowa to nie jest dojrzałe, tylko wytresowane. Co jednak istotne, różnica między wychowaniem a tresurą polega na tym, że w tresurze nagradza się posłuszeństwo, a karze myślenie, choćby było głupie, ale zawsze to myślenie, nie zaś bezmyślność i wykonywanie poleceń.
Politycy doskonale to rozumieją i dlatego dziś nie mówią, że „zabierzemy wam wolność słowa”, oni twierdzą, że „chcemy ją ucywilizować”, „uregulować”, „dostosować do wyzwań współczesności”. Brzmi jak aktualizacja systemu, czyli kliknij „akceptuję”, bo inaczej aplikacja się zamknie, a potem nagle się okazuje, że nie możesz już w internecie pisać, co myślisz, tylko to, co zostało zatwierdzone przez zespół od higieny moralnej i poprawności myślenia.
Zawsze zaczyna się od dobrych intencji. Zawsze! Ochrona przed dezinformacją, ochrona przed mową nienawiści, ochrona przed szkodliwymi treściami, ale problem polega na tym, że nikt nigdy precyzyjnie nie definiuje, co jest szkodliwe, a co niewygodne, a to drobna, choć kluczowa różnica. Dezinformacją w naszych czasach staje się nie kłamstwo, tylko opinia, która nie jest zgodna z linią kreśloną przez rządy i państwa. Mową nienawiści jest natomiast krytyka, a treścią szkodliwą – pytanie zadane w złym momencie.
Zapamiętajmy to raz na zawsze, wolność słowa jest jak tlen, którego nikt nie zauważa, dopóki zaczyna go brakować, a wtedy pojawia się panika. Tyle że politycy liczą na coś innego, na to, że będą nas odcinać od „tlenu” powoli, po trochu, że społeczeństwo przyzwyczai się do lekkiej duszności, że uzna ją za nową normę. „Da się oddychać” – powiedzą, to „po co krzyczysz”? A krzyczeć trzeba właśnie wtedy, gdy jeszcze da się oddychać, bo kiedy przestanie się dawać, krzyczeć już nie będzie komu.
Wolność słowa potrzebna jest przede wszystkim w czasach konfliktu, a nie zgody. Nie wtedy, gdy wszyscy klaszczą, ale gdy ktoś buczy. Jest potrzebna nie w momentach prosperity, tylko kryzysu. To ona pozwala sprawdzić władzę, nie raz na cztery lata przy urnie, ale codziennie – pytaniem, drwiną, felietonem, memem, niewygodnym zdaniem rzuconym w złym towarzystwie. Dlatego politycy jej nienawidzą, choć oficjalnie ją kochają. Na konferencjach prasowych, w rocznicowych przemówieniach, w konstytucyjnych preambułach, ale w praktyce wolność słowa to dla nich piasek w trybach. To obywatel, który nie chce „zrozumieć kontekstu”. Dziennikarz, który nie chce „odpowiedzialnie ważyć słów”. Społeczeństwo, które nie chce „zachować spokoju”, a ten jest dziś najwyższą wartością władzy. Spokój oznacza brak pytań, brak pytań to brak problemów, natomiast brak problemów oznacza kolejną kadencję.
Nie dajmy więc sobie wmówić, że wolność słowa jest zagrożeniem. Zagrożeniem jest jej brak! Społeczeństwo, które nie może mówić, zaczyna szeptać. Społeczeństwo, które nie może szeptać, zaczyna myśleć w ciszy, a cisza w polityce jest idealnym środowiskiem do nadużyć. Tam nie ma świadków, nie ma korekty i decyzje zapadają gładko, szybko, bez sprzeciwu.
Historia zna ten schemat aż za dobrze, bo zawsze ktoś mówił, że „to tylko na chwilę”. „To tylko w wyjątkowej sytuacji”. „To tylko dla waszego dobra”, a potem „chwila” zamieniała się w dekadę, „wyjątek” w normę, a „wasze dobro” w cudzy interes.
Wolność słowa jest brzydka, jest hałaśliwa, jest męcząca, jest pełna ludzi, z którymi się nie zgadzamy. I bardzo dobrze, bo demokracja nie polega na tym, że wszyscy myślą tak samo, tylko na tym, że mogą myśleć inaczej bez strachu. W momencie, gdy zaczynamy karać za myślenie, kończy się jednak wspólnota, a zaczyna sekta.
Politycy chcą nam odebrać wolność słowa, bo wiedzą, że bez niej są bezpieczni. Obywatel bez głosu to obywatel idealny, gdyż płaci podatki, głosuje jak trzeba, milczy, gdy nie trzeba mówić. Nie zadaje pytań, bo pytania są „polaryzujące”, nie krytykuje, bo krytyka jest „szkodliwa społecznie” i nie żartuje, bo żart bywa „nieodpowiedzialny”. A społeczeństwo bez żartu to społeczeństwo martwe. Humor jest ostatnią linią obrony przed tyranią, więc gdy władza boi się śmiechu, znaczy, że już wie, iż coś jest nie tak.
Wolność słowa oczywiście nie gwarantuje prawdy, ona daje wyłącznie możliwość jej szukania, ale to wystarczy, bo wszystko ponadto jest już tylko dekoracją albo propagandą.
Dlatego, gdy następnym razem ktoś powie, że „trzeba coś zrobić z tą wolnością słowa”, niech zapali się czerwona lampka. Nie dlatego, że wolność słowa jest święta, tylko dlatego, że bez niej wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Nawet te piękne słowa o demokracji, które tak dobrze wyglądają na billboardach i w ustach tych, którzy depczą ją swoimi buciorami.
Bogdan Feręc
Photo by Kristina Flour on Unsplash
