Zielona Wyspa wiecznego spóźnienia, czyli jak „Martwe Zoo” stało się żywym pomnikiem irlandzkiego refleksu – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Zielona Wyspa wiecznego spóźnienia, czyli jak „Martwe Zoo” stało się żywym pomnikiem irlandzkiego refleksu

Minęły dwa lata od zamknięcia Muzeum Historii Naturalnej w Dublinie. Wydano ponad 1,3 miliona euro, ale urzędnicy wciąż nie wiedzą, kiedy (i czy w tym stuleciu) ponownie zobaczymy rekina olbrzymiego. I bardzo dobrze, bo pośpiech to domena ludzi bez klasy.

Irlandia od dawna szukała symbolu, który w pełni oddawałby jej unikalnego ducha. Próbowano z koniczyną, próbowano z harfą, a nawet z ciemnym piwem. Wszystko to jednak blednie przy prawdziwym, narodowym geniuszu, jakim jest celebrowanie upływu czasu, a precyzyjniej – celebrowanie opóźnień. Kwintesencją tej nowej narodowej strategii stało się teraz dublińskie Muzeum Historii Naturalnej przy Merrion Street. Placówka ta pieszczotliwie zwana „Martwym Zoo”, od września 2024 roku pozostaje zamknięta na głucho. Powód? „Tymczasowy” remont, a efekt, cóż, absolutny triumf urzędniczego stoicyzmu nad brutalnym pośpiechem nowoczesnego świata.

Minęły już niemal dwa lata odkąd ostatni zwiedzający rzucił okiem na zakonserwowane eksponaty, a Urząd Robót Publicznych (OPW) dumnie ogłosił, że… wciąż nie ma pojęcia, kiedy muzeum zostanie ponownie otwarte. I to jest właśnie ta mistyczna, celtycka elastyczność, bo kiedy poseł Socjaldemokratów Aidan Farrelly ośmielił się zadać impertynenckie i skrajnie pozbawione poezji pytanie parlamentarne o konkretną datę, wiceminister Kevin „Boxer” Moran odpowiedział z rozbrajającą, godną filozofa szczerością. Oświadczył mianowicie, że podanie jakiegokolwiek harmonogramu jest na tym etapie po prostu „niemożliwe”.

Na tym etapie projektu nie jest możliwe przedstawienie ostatecznego harmonogramu, gdyż ostateczny harmonogram zależy od uzyskania niezbędnych zgód, spełnienia wymogów ustawowych, ukończenia szczegółowych prac projektowych i zakończenia procesu zamówień publicznych…” – skonstatował Kevin „Boxer” Moran, jak się wydaje, wiceminister ds. niespiesznych projektów.

Cóż za poezja biurokracji! Przetłumaczmy to jednak z języka urzędowego na ludzki, więc zamknęliśmy budynek dwa lata temu, ale dopiero teraz zaczynamy się zastanawiać, jak zdobyć pozwolenie na budowę i, co właściwie chcemy tam zrobić. Czyż to nie urocze? Po co psuć sobie zabawę planowaniem, skoro można spontanicznie zamknąć flagową instytucję kultury i pozwolić projektowi „oddychać”?

Nie można natomiast zarzucić OPW bezczynności, bo przez te dwa lata ciężkiej, koncepcyjnej pracy urzędnicy zdołali z sukcesem wydać dokładnie 1 301 816,04 euro. Wynik imponujący, biorąc pod uwagę, że za tę kwotę udało się ukończyć „pierwszy etap prac badawczych” oraz przeprowadzić „rygorystyczny i solidny” proces projektowania. Budynek, wzniesiony w 1856 roku dzielnie znosi te eksperymenty, choć od dwóch dekad rozpada się w oczach – w 2010 roku zamknięto górne galerie, ponieważ groziły śmiercią lub kalectwem, a w 2020 roku trzeba było ewakuować z dachu szkielety wielorybów, ale przecież wiekowemu zabytkowi nie wypada narzucać tempa godnego XXI wieku.

Kamienie milowe irlandzkiego megaprojektu (Ku pamięci potomnych):

  • 2020: Wielka ewakuacja wielorybów i 20 000 innych martwych stworzeń, aby dach nie zawalił się im na głowy.
  • 2022: Zatwierdzenie projektu przebudowy (wielki sukces – podjęto decyzję, że coś trzeba zrobić).
  • 2023: Zgoda na przejście do fazy projektowania (kolejny rok owocnych rozważań).
  • Kwiecień 2024: Zatrudnienie zespołu projektowego (wreszcie znaleziono kogoś z ołówkiem).
  • Wrzesień 2024: Oficjalne i triumfalne zamknięcie drzwi dla publiczności. Następuje cisza.
  • Czerwiec 2026: Wydano 1,3 mln euro. Oficjalny status: Przechodzimy do „drugiego etapu”. Harmonogram? Nieznany. Cel? Pozwolenie na budowę.

Wspaniałomyślnie pomyślano też o spragnionych wiedzy turystach i mieszkańcach Dublina. Skoro historyczny gmach przy Merrion Street służy obecnie głównie jako luksusowy hotel dla kurzu i pająków, część kolekcji upchnięto w dawnej szkole jeździeckiej w Collins Barracks pod dumną nazwą „Dead Zoo Lab”. Reszta uchodźców z królestwa zwierząt trafiła do magazynów poza miastem. Można więc powiedzieć, że rekin olbrzymi i spółka zyskali status bezterminowych rezydentów państwowego systemu relokacji.

Minister Moran argumentuje jednocześnie, że obiekt wymaga „całkowitego remontu”, aby zapewnić jego przetrwanie dla „przyszłych pokoleń”. To genialna strategia marketingowa, bo jeśli remont potrwa wystarczająco długo, to właśnie te „przyszłe pokolenia” będą pierwszymi, które w ogóle zapamiętają, że w Dublinie istniało jakieś Muzeum Historii Naturalnej. Do tego czasu dzieci mogą uczyć się cierpliwości, czyli cechy tak bardzo pożądanej na współczesnym irlandzkim rynku infrastrukturalnym.

Zamiast więc złościć się na OPW, powinniśmy wpisać te opóźnienia na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO, gdzie znajdzie się również budowa szpitala dziecięcego, a może nawet rozpoczynająca się budowa dublińskiego metra. W tym czasie cieszmy się tym spektaklem, w końcu nigdzie na świecie martwa natura nie jest tak spektakularnie unieruchomiona przez żywą biurokrację.

Bogdan Feręc

Źr. Independent

Fot. X – Dublin Dead Zoo

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE – chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Kierunek Bliski Wsch
Wymienne baterie wra