Zielona Wyspa patrzy na Wschód. ASEAN jako realistyczna alternatywa dla irlandzkiej gospodarki po unijnym rozwodzie
Patrząc na mapę świata aż kusi, żeby ją trochę powyginać i ponaciągać, a ja lubię od czasu do czasu wymyślać scenariusze geopolityczne, takie z kategorii „może się wydarzy, a może nie”. Jedne są czystą fantazją, inne niebezpiecznie realistyczne, a nie chodzi nawet o trafność prognozy, bo bardziej o przyjemność myślenia, o intelektualny spacer po mapie świata, z kawą w ręku i bez kagańca poprawności. Poteoretyzować to ja lubię i to bardzo.
Irlandia to kraj, który lubi myśleć o sobie jako o małym, sprytnym graczu w wielkiej gospodarce świata. I słusznie, ponieważ przez dekady nauczyła się wyciągać maksimum z geografii, języka i podatków, robiąc z siebie europejską przystań dla globalnego kapitału, ale ta wyspa pośród wód oceanu widzi też, że świat się zmienia. Unia Europejska trzeszczy, globalizacja zmienia rytm, a stare układy handlowe przestają być świętością. W takim krajobrazie niektóre słowa mogą wciąż wyglądać na ekonomiczną herezję, szczególnie w oczach tzw. ekspertów, a skoro ja nim nie jestem, puszczam wodze gospodarczej fantazji i piszę scenariusze. Jeśli Irlandia nie chce, a raczej powinna wchodzić w głęboką współpracę z całym BRICS-em, to może czas spojrzeć na ASEAN.
Zacznijmy od podstaw. ASEAN to skrót od Association of Southeast Asian Nations, czyli Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej, które skupia dziesięć państw, w tym Indonezję, Malezję, Tajlandię, Singapur, Filipiny, Wietnam, Laos, Kambodżę, Myanmar i Brunei. Powstało w 1967 roku, w czasach gdy region był politycznym polem minowym, a wojna w Wietnamie była codziennością. ASEAN nie rodził się z romantycznej wizji jedności, tylko z bardzo przyziemnej potrzeby stabilności i przetrwania między wielkimi graczami, czyli USA, Chinami i ZSRR – obecnie Federacja Rosyjska.
Od początku był to projekt charakteryzujący się pragmatyzmem, a nie ideologią, więc żadnych wielkich flag, mało patosu i dużo dyplomatycznej ciszy. Z czasem ASEAN ewoluował w coś więcej niż klub bezpieczeństwa. Dziś to jeden z najdynamiczniejszych bloków gospodarczych świata, z ponad 660 milionami ludzi, szybko rosnącą klasą średnią i ambicją bycia czwartą gospodarką globu do połowy wieku.
Cele? Brzmią sucho, ale są konkretne, a chodzi o wolny handel wewnątrz regionu, przyciąganie inwestycji zagranicznych, rozwój infrastruktury, cyfryzacja i stopniowe ujednolicanie rynków. ASEAN Economic Community to ich odpowiedź na Unię Europejską, tylko luźniejsza, mniej biurokratyczna, bardziej azjatycka w duchu. Mniej regulacji, więcej elastyczności, a i same deklaracje są jasne, bo to wzrost ekonomiczny, konkurencyjność, odporność na globalne wstrząsy.
Dlaczego więc Irlandia miałaby patrzeć właśnie tam, a nie, dajmy na to, na cały BRICS? Bo BRICS to dziś worek pełen sprzeczności. Chiny, Rosja, Indie, Brazylia i RPA nie ciągną w jedną stronę, a polityczne ryzyka są oczywiste. Czyli wnioskiem dla władz w Dublinie może stać się opinia, że można współpracować z poszczególnymi krajami BRICS, nie zaś z całą grupą. Irlandzka gospodarka, która oparta jest na stabilności, prawie i zaufaniu inwestorów, nie lubi chaosu. ASEAN właściwie oferuje coś innego, czyli wzrost bez geopolitycznej bomby z opóźnionym zapłonem.
Teraz zróbmy intelektualny skok w bok i załóżmy scenariusz, który dziś brzmi jak polityczna fikcja w wersji „hard”, choć nie jest nierealny, i jeżeli wsłuchać się w głos jej ulicy, to Irlandia opuszcza Unię Europejską. Nie dlatego, że chce być samotną wyspą na Północnym Atlantyku, ale dlatego, że szuka większej autonomii handlowej. W takim świecie ASEAN staje się opcją „All Inclusive”, bo Irlandia ma to, czego Azja Południowo-Wschodnia potrzebuje, czyli know-how w usługach finansowych, farmacji, IT, regulacjach i edukacji. ASEAN ma natomiast, czego potrzebuje Irlandia, więc rynki wzrostu, młodą demografię, produkcję i apetyt na technologie.
Wyobraźmy sobie irlandzkie firmy farmaceutyczne lokujące badania kliniczne w Wietnamie, fintechy z Dublina obsługujące płatności w Indonezji, a zielone technologie z Cork wspierające transformację energetyczną Malezji. Do tego umowy o wolnym handlu, dwustronne porozumienia podatkowe i wspólne projekty infrastrukturalne. To wszystko jednak bez unijnej urzędniczej, niewydolnej i zakrzykiwanej przez największe kraje machiny, więc robota idzie szybciej, ciszej, ale też skuteczniej.
To nie jest zdrada europejskiej tradycji, bo bardziej jej logiczne rozwinięcie. Irlandia zawsze była krajem handlu, portów i mostów zawieszonych pomiędzy różnymi światami. ASEAN to dziś jeden z niewielu regionów, gdzie kapitalizm nie jest sztucznie napędzany przez polityków i korporacje i wciąż naprawdę rośnie, a nie tylko bilansuje straty. Jasne, są różnice kulturowe, polityczne i prawne, ale Irlandia zna się na byciu „innym” i potrafi się dogadać.
W świecie, w którym stare sojusze tracą blask, a nowe dopiero się krystalizują, Zielona Wyspa nie musi wybierać między Wschodem a Zachodem. Może wybrać pragmatyzm, a ASEAN nie jest ani nieudolną Unią Europejską, nie jest też ekspansywnym BRICS-em, nie jest głośny, ale jest skuteczny. A to, jak wiemy z obserwacji irlandzkiej gospodarki, bywa walutą cenniejszą niż ideologia.
Bogdan Feręc
Photo by Chris Liverani on Unsplash
