Wielkie czyszczenie stajni Augiasza, czyli jak Bruksela bohatersko walczy z biurokracją, którą sama wyhodowała – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Wielkie czyszczenie stajni Augiasza, czyli jak Bruksela bohatersko walczy z biurokracją, którą sama wyhodowała

Świat zamarł w bezruchu, a przedsiębiorcy w całej Europie prawdopodobnie rzucili się sobie w ramiona, roniąc łzy czystego wzruszenia. Komisja Europejska, ta sama, która przez dekady cierpliwie i z godną podziwu wręcz precyzją tkała gęstą sieć unijnych dyrektyw, rozporządzeń, aneksów i podpunktów, doznała nagłego, niemal mistycznego oświecenia.

Brukselscy urzędnicy, znani dotychczas z tego, że potrafią uregulować nawet krzywiznę banana czy stopień wilgotności rzodkiewki, ogłosili właśnie światu nowinę mrożącą krew w żyłach. Oto nadchodzi wielka reforma podatkowa, której głównym, dumnie brzmiącym celem jest ograniczenie biurokracji i ścięcie regulacyjnych ciężarów. Rycerze na białych koniach z logo dwunastu gwiazdek postanowili ruszyć na ratunek europejskiemu biznesowi, czego ten w zasadzie powinien się obawiać. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z klasycznym absurdem, w którym podpalacz z wielkim zaangażowaniem chwyta za strażacki wąż i oczekuje braw za ugaszenie pożaru, który sam wzniecił.

Według oficjalnych komunikatów, płynących z unijnych korytarzy, a wypowiadanych z powagą godną lądowania na Marsie, nowe przepisy mają przynieść przedsiębiorstwom gigantyczne oszczędności, sięgające nawet ośmiu miliardów euro rocznie – nie jednemu, a wszystkim. Bruksela planuje między innymi zniesienie podatku od dywidend, uproszczenie zasad finansowania i, uwaga, usunięcie nakładających się wymogów sprawozdawczych. To doprawdy fascynujące wyznanie winy. Przez lata nakładano na firmy kolejne warstwy absurdalnych obowiązków, kazano spowiadać się z każdego euro i wypełniać tony cyfrowych formularzy, by teraz triumfalnie ogłosić, że te wymogi się na siebie nakładają i w zasadzie są bezużyteczne.

Komisarz ds. gospodarki Valdis Dombrovskis z rozbrajającą szczerością obwieścił, że Europa potrzebuje prostszych zasad, aby osiągać lepsze wyniki. Szkoda tylko, że ta genialna myśl zaświtała w głowach eurokratów dopiero wtedy, gdy europejski przemysł zaczął drastycznie przegrywać konkurencję z resztą świata, przyduszony ciężarem własnych regulacji.

W całej tej radosnej opowieści o wolnym rynku i uldze dla przedsiębiorców tkwi jednak potężny haczyk, który natychmiast gasi jakikolwiek entuzjazm. Na czele tej operacji stoi bowiem nie kto inny, jak Ursula von der Leyen, a pokładanie wiary w jej zapewnienia o deregulacji wymagałoby niemalże dziecięcej naiwności. Dotychczasowa historia jej rządów pokazuje wyraźnie, że każda próba uproszczenia czegokolwiek w wykonaniu przewodniczącej kończy się stworzeniem trzech nowych agencji, powołaniem komitetów monitorujących i wprowadzeniem setek stron nowych wytycznych. Można być niemal pewnym, że zanim te szumne zapowiedzi wejdą w życie, machina urzędnicza pod jej batutą wyprodukuje taki zestaw wyjątków, przypisów i procedur sprawdzających, że ostateczna biurokracja nie tylko nie maleje, ale wręcz spuchnie do niespotykanych dotąd rozmiarów. W kuluarach pewnie już trwają prace nad formularzami mającymi udowodnić, że firma rzeczywiście kwalifikuje się do zwolnienia z biurokracji, co będzie wymagało zatrudnienia kolejnego sztabu prawników.

Sama konstrukcja proponowanego pakietu najlepiej obnaża niemoc i hipokryzję całego tego systemu. Aby ulżyć firmom i wprowadzić owe uproszczenia, Komisja Europejska wspaniałomyślnie przewidziała aż ośmioletni okres przejściowy i dostasowawczy. Oznacza to, że zanim przedsiębiorcy realnie odczują ulgę, minie niemal dekada, w trakcie której Bruksela zdąży uchwalić setki innych, zapewne skrajnie skomplikowanych przepisów związanych chociażby z zieloną transformacją. Co więcej, aby te rewolucyjne zmiany w ogóle weszły w życie, wymagana jest jednomyślność wszystkich dwudziestu siedmiu państw członkowskich. Wizja, w której każdy kraj z radością rezygnuje ze swoich dotychczasowych wpływów podatkowych bez walki o własne interesy, jest tak samo realna, jak bezbiurokratyczna Unia pod wodzą Ursuli von der Leyen. Cały ten pakiet wygląda więc na kolejną PR-ową zasłonę dymną, która ma zamydlić oczy zmęczonym podatnikom i stworzyć iluzję, że Bruksela panuje nad chaosem, który sama metodycznie budowała przez lata.

*

Przyjmę jednak, że chcą coś zmienić, ale jednocześnie pytam, kiedy do tych pacanów z UE dotrze, że Zielony Ład trzeba zlikwidować, bo to on hamuje rozwój Europy?!

Bogdan Feręc

Źr. Bloomberg

Photo by Thomas Lohmann on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Polityczne oderwanie