Widmowe granice Europy Środkowej. Geopolityczne fantasmagorie a ciężar historii
Gdy zza kremlowskich murów po raz kolejny pada hipoteza, że sąsiedzi Ukrainy – Polska, Węgry oraz Rumunia – tylko czekają na dogodny moment, by wyciągnąć rękę po ich dawne terytoria, łatwo ulec pokusie zbagatelizowania tych słów jako prostej socjotechniki. Wypowiedzi Władimira Putina powtarzane w różnych wariantach podczas oficjalnych wystąpień i wywiadów, z punktu widzenia współczesnego prawa międzynarodowego brzmią jak czysta abstrakcja. Dzieje się tak dlatego, że żadne z wymienionych państw nie zgłasza dziś pretensji terytorialnych wobec Kijowa. Oficjalne linie dyplomatyczne Warszawy, Budapesztu i Bukaresztu opierają się na nienaruszalności granic ustanowionych po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku.
Gdyby jednak przyjrzeć się tej narracji nie przez pryzmat deklaracji Moskwy, która nawiasem mówiąc, nader chętnie wsparłaby rozbiór Ukrainy, lecz przez szkiełko historii i dynamiki głębokich kryzysów państwowych, wyłania się obraz znacznie bardziej skomplikowany. Rosyjski przekaz nie powstaje przecież w próżni. Trafia w miejsca, gdzie pamięć historyczna wciąż pozostaje żywa, a dawne rany nie zabliźniły się do końca. Co więcej, ziarno niepokoju zasiane przez Moskwę kiełkuje dokładnie tam, gdzie pojawia się wizja ukraińskiej słabości. Gdyby w czarnym scenariuszu doszło do pełnej dekompozycji ukraińskiego aparatu państwowego, hipotetyczne pytania o przyszłość Zachodniej Ukrainy, Zakarpacia czy Północnej Bukowiny przestałyby być jedynie domeną historyków i pisarzy science fiction.
Żeby pojąć, skąd bierze się siła rażenia tych geopolitycznych supozycji, trzeba najpierw spojrzeć na współczesny Kijów, który zmaga się z najtrudniejszym sprawdzianem w swojej nowożytnej historii. Owszem, pozycja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego przypomina dziś chodzenie po linie nad przepaścią. To lata wyczerpującego konfliktu z Rosją, brak oczekiwanych przełomów na froncie po kontrofensywie z 2023 roku oraz postępujące zmęczenie materiału ludzkiego i gospodarczego, stawiają ukraińską państwowość pod ogromną presją.
Wyobraźmy sobie państwo, którego kluczowe arterie ekonomiczne są systematycznie odcinane, a przecież dostęp do Morza Czarnego przez porty w obwodzie odeskim od zawsze stanowił krwiobieg ukraińskiego handlu i exportu. Rosyjska blokada morska oraz stałe zagrożenie dla żeglugi sprowadziły operacje portowe do poziomu balansowania na krawędzi opłacalności. Gdyby Kijów trwale utracił kontrolę nad odeskim oknem na świat, Ukraina przekształciłaby się w państwo śródlądowe, do głębi zależne od korytarzy lądowych biegnących przez terytoria sąsiadów z Unii Europejskiej. Taki układ dramatycznie obniża niezależność gospodarczą i ogranicza możliwości finansowania własnego bezpieczeństwa.
Do tego dochodzi rosnący paraliż na własnym podwórku politycznym. Konsolidacja władzy wokół ośrodka prezydenckiego, spychająca na bok niewygodne postaci, zaczyna przynosić skutki odwrotne do zamierzonych. Odsunięcie popularnego gen. Walerija Załużnego i wysłanie go na placówkę dyplomatyczną do Londynu pokazało, jak bardzo Kijów obawia się konkurencji ze strony charyzmatycznych dowódców. Podobny ferment wywołały roszady w resorcie obrony – odwołanie Michaiła Fiodorowa, a postrzeganego przez część społeczeństwa jako sprawnego reformatora, tylko pogłębiło frustrację obywateli Ukrainy. Wzmaga się jednocześnie niezadowolenie społeczne wynikające z ciężkich strat na froncie, problemów z mobilizacją i braku przejrzystej wizji zakończenia wojny.
Tym samym, gdy państwo zaczyna wykazywać cechy struktury bezsilnej, zależnej niemal w całości od kroplówki finansowej i militarnej z Zachodu, w geopolityce automatycznie uruchamiają się dawne, uśpione siły ciążenia. I właśnie w tym miejscu dotykamy sedna rosyjskiej sugestii, czy skrajne osłabienie Ukrainy mogłoby otworzyć puszkę Pandory z napisami „Lwów”, „Wołyń” „Użhorod” i „Czerniowce”? Żeby zrozumieć, dlaczego hasło „Oddajcie Lwów” potrafi wciąż wywołać emocje w niektórych kręgach w Polsce, trzeba cofnąć się o całe stulecia, spoglądając na geografię Rzeczypospolitej. Galicja Wschodnia, na czele ze Lwowem oraz obszary Wołynia przez wieki tworzyły tkankę polskiej kultury, nauki i tożsamości. Po upadku dawnego Królestwa Galicyjsko-Wołyńskiego tereny te w XIV stuleciu weszły w skład Korony Królestwa Polskiego, by później stanowić jeden z filarów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To tam rodziła się polska literatura, tam funkcjonował jeden z najważniejszych uniwersytetów, tam wreszcie wznosiły się pałace i dwory, które do dziś żyją w polskiej mitologii o kresach wschodnich.

Przełom XIX i XX wieku przyniósł jednak gwałtowny wzrost nowoczesnych świadomości narodowych, bo to właśnie Galicja Wschodnia stała się areną nieuchronnego konfliktu dwóch racji stanu – polskiej i ukraińskiej. Walki o Lwów z lat 1918–1919, a następnie trudne sąsiedztwo w ramach Drugiej Rzeczypospolitej pozostawiły po sobie pokłady nieufności. Tragedia II wojny światowej, zbrodnia wołyńska oraz powojenne czystki etniczne i przesiedlenia – z Akcją „Wisła” włącznie, doprowadziły do brutalnego przerwania wielowiekowej ciągłości kulturowej. I to właśnie chce wykorzystać gospodarz Kremla.
Następnie pojawił się jałtański porządek prawny z 1945 roku, przypieczętowany porozumieniem granicznym między marionetkowym rządem w Warszawie a władzami sowieckimi, odebrano wtedy Polsce Lwów, Wilno i całe Kresy Wschodnie, włączając te ziemie w struktury ZSRR. Naród polski został przesunięty na zachód, a dawne terytoria weszły w skład Ukraińskiej SRR. Przez dekady Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej sprawa ta była objęta ścisłym cenzuralnym tabu, co paradoksalnie sprzyjało kultywowaniu mitu utraconego raju. Kiedy po 1989 i 1991 roku powstały wolna Rzeczpospolita Polska i niepodległa Ukraina, architektura relacji oparta została na genialnej myśli Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Doktryna Paryskiej „Kultury” głosiła jednoznacznie, że niepodległa Ukraina, Litwa i Białoruś są warunkiem koniecznym niepodległości Polski, a jakiekolwiek polskie roszczenia terytorialne na Wschodzie byłyby samobójstwem politycznym. Polska jako pierwsze państwo na świecie uznała tym samym niepodległość Ukrainy w 1991 roku, abdykując z jakichkolwiek nostalgicznych pretensji.
Czy to oznacza, że historia całkowicie przestała ciążyć? W wymiarze oficjalnym – tak. Państwo polskie zainwestowało gigantyczny kapitał polityczny, finansowy i militarny we wsparcie Kijowa po 2022 roku. Niemniej na marginesie życia społecznego i w głębokich warstwach zbiorowej pamięci sentyment kresowy wciąż nie wyparował. Zmęczenie kryzysem uchodźczym, spory rolne, zgrzyty wokół ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej czy incydenty związane z symboliką historyczną, tworzą dziś szczeliny, w które Rosja z łatwością wtyka swoje kliny. Gdy Putin mówi o polskich planach aneksji Zachodniej Ukrainy, próbuje zagrać na dwóch fortepianach naraz. Pierwszym jest ten, który ukraińskim odbiorcom sugeruje, że Polska nie jest bezinteresownym sojusznikiem. Natomiast drugi jest z melodią, w której Polakom przypomina się o dawnej potędze i doznanych krzywdach.
W obu przypadkach Kreml liczy na wywołanie zamętu, a może nawet szuka sojuszników, aby zrealizować ten szatański plan – niemal całkowitego rozbioru Ukrainy.
Inaczej rzecz się ma na granicy ukraińsko-węgierskiej, gdzie wątek Zakarpacia od lat stanowi kość niezgody między Kijowem a Budapesztem. Zakarpacie to kraina leżąca po drugiej stronie Karpat i przez niemal tysiąc lat, od podboju Kotliny Karpackiej na przełomie IX i X wieku aż do końca I wojny światowej, znajdowało się w granicach Królestwa Węgier, natomiast później, należało do Monarchii Austro-Węgierskiej. Dla Madziarów obszar ten, ze stolicą w Użhorodzie (Ungvár) i Mukaczewie (Munkács), był integralną częścią Korony Świętego Stefana.
Traktat w Trianon z 1920 roku, stanowiący dla Węgrów traumę porównywalną z polskimi rozbiorami, odarł Budapeszt z dwóch trzecich ich terytorium. Zakarpacie trafiło wówczas do nowo utworzonej Czechosłowacji. Wzburzenie społeczne i dążenie do rewizji granic doprowadziły do tego, że na mocy arbitraży wiedeńskich i w efekcie wydarzeń z lat 1938–1939 Węgry na krótko odzyskały kontrolę nad tym regionem. Jednak po zakończeniu II wojny światowej Józef Stalin rozstrzygnął sprawę twardą ręką i na mocy umowy czechosłowacko-radzieckiej z 1945 roku, Zakarpacie wcielono do Ukraińskiej SRR.
Mimo upływu dziesięcioleci i powojennych zmian demograficznych, na Zakarpaciu wciąż żyje zwarta, kilkudziesięciotysięczna mniejszość węgierska. Budapeszt pod rządami Viktora Orbána uczynił z ochrony praw rodaków za granicą jeden z głównych filarów swojej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Masowe wydawanie węgierskich paszportów mieszkańcom Zakarpacia, dofinansowywanie lokalnych szkół, kościołów i instytucji kulturalnych, a także ostry sprzeciw wobec ukraińskiej ustawy o języku i edukacji, doprowadziły do głębokiego kryzysu na linii Kijów–Budapeszt.
Warto też pamiętać, że węgierskie stanowisko różni się jednak od polskiego brakiem strategicznego konsensusu co do wspierania Ukrainy za wszelką cenę. Budapeszt od lat blokuje niektóre inicjatywy NATO i Unii Europejskiej na rzecz Kijowa, tłumacząc to dyskryminacją mniejszości węgierskiej. W takim klimacie wypowiedzi polityków skrajnej prawicy, jak choćby László Toroczkai z ugrupowania Mi Hazánk (Nasza Ojczyzna), padają na podatny grunt. Otwarta deklaracja Toroczkai, że w przypadku upadku ukraińskiej państwowości Węgry powinny zgłosić roszczenia do Zakarpacia, nie było wprawdzie oficjalnym stanowiskiem rządu Viktora Orbána, jak i nie jest Pétera Magyara, ale pokazuje, jak niebezpiecznie blisko oficjalna retoryka obrony mniejszości znajduje się od rewizjonistycznych haseł.
Trzecim wektorem w tej skomplikowanej układance jest Rumunia i jej historyczne relacje z Północną Bukowiną oraz południową częścią Besarabii (Bujakiem). Bukowina ze stolicą w Czerniowcach przez wieki stanowiła serce Księstwa Mołdawskiego. To tam znajdują się bezcenne zabytki architektury i mołdawskiej duchowości, z ręcznie malowanymi cerkwiami. Pod koniec XVIII wieku region ten został anektowany przez Monarchię Habsburgów, stając się osobną prowincją koronną. Z kolei Besarabia w 1812 roku trafiła pod panowanie Imperium Rosyjskiego. Po I wojnie światowej i rozpadzie mocarstw ościennych doszło do zjednoczenia tych ziem z Królestwem Rumunii, tworząc epokę nazywaną w tamtejszej historiografii „Wielką Rumunią” (România Mare). Dla Bukaresztu okres międzywojenny był czasem wystudzenia narodowych aspiracji, choć Północna Bukowina i Besarabia stanowiły bezdyskusyjne filary rumuńskiej tożsamości państwowej.
Sielanka nie trwała jednak długo. W czerwcu 1940 roku, będąc następstwem tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow, Związek Radziecki wystosował wobec Rumunii ultimatum, żądając natychmiastowej ewakuacji wojska i administracji z Besarabii i Północnej Bukowiny. Pozbawiona wsparcia Rumunia uległa przemocy, choć podczas II wojny światowej wojska rumuńskie pod dowództwem marszałka Antonescu tymczasowo odzyskały te obszary, Pokój Paryski z 1947 roku przypieczętował ich los – Północną Bukowinę (obwód czerniowiecki) oraz Południową Besarabię (część obwodu odeskiego) na stałe włączono do Ukraińskiej SRR. Wszystko działo się pod naciskiem Związku Radzieckiego i jego komunistycznych władz.
Dziś Rumunia jest członkiem NATO i Unii Europejskiej, oficjalnie wspierającym suwerenność Kijowa. Jednak pamięć o „Wielkiej Rumunii” pozostaje żywa, głównie na prawym skrzydle tamtejszej sceny politycznej. Wystąpienia polityków takich jak Claudiu Târziu z Sojuszu na rzecz Jedności Rumunów (AUR), który wzywa do przywrócenia „naturalnych granic” państwa i powrotu Północnej Bukowiny oraz Południowej Besarabii „do domu”, odbijają się w Rumunii szerokim echem. Podobnie jak w przypadku Węgier, neorewizjonistyczne narracje podnoszą głowę dokładnie wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się widmo słabości ukraińskiego sąsiada.
Patrząc więc przez kontekst historyczny, gdy zestawimy te trzy styczne, więc polską, węgierską i rumuńską, zauważymy wspólny mianownik. Każde z tych państw nosi w swojej historii blizny po utraconych terytoriach, które obecnie znajdują się w granicach Ukrainy. Każde z nich ma w swoich rezerwach historycznych powody, by czuć żal do układów jałtańskich czy paktu Ribbentrop-Mołotow. Właśnie tę anatomiczną właściwość pamięci narodów wykorzystuje Moskwa. Strategia supozycji, stosowana przez rosyjskiego prezydenta, dyplomatów i propagandę, polega na podsuwaniu zatrutego owocu. Kreml zdaje się mówić: „Skoro Ukraina i tak jest projektem sztucznym oraz nietrwałym, dlaczego nie mielibyście odebrać tego, co historia wam odebrała?”. Oczywiście Moskwa nie miesza do tego swojej roli, więc jawić się chce – kolejny już raz – jako gwarant pokoju, bezpieczeństwa i prawdy historycznej.
Jest to jednak klasyczna geopolityczna pułapka. Wstąpienie któregokolwiek z państw NATO na drogę roszczeń terytorialnych wobec Ukrainy, oznaczałoby natychmiastowy demontaż powojennego ładu prawnego w Europie. Oznaczałoby unieważnienie zasad Karty Narodów Zjednoczonych i Aktu Końcowego KBWE z Helsinek z 1975 roku. Zamiast wzmocnienia, Polska, Węgry czy Rumunia zyskałyby głęboki kryzys wewnętrzny, paraliż wewnątrz Unii Europejskiej oraz całkowitą utratę wiarygodności międzynarodowej. Co więcej, powstanie pod podszewką dawnej Ukrainy para państw zaangażowanych w podział terytorialny stwarzałoby właściwie bezpośrednią granicę z agresywnym, odrodzonym imperium rosyjskim. Zamiast bufora w postaci niepodległej Ukrainy, Warszawa czy Bukareszt stanęłyby oko w oko ze stacjonującą nad Dnieprem lub wręcz na linii Zbruczy rosyjską armią.
Z punktu widzenia polskiej racji stanu, opartej na chłodnej geopolitycznej kalkulacji, istnienie suwerennego państwa ukraińskiego, nawet mocno osłabionego, nawet trudnego w relacjach gospodarczych czy historycznych, jest w jakimś stopniu, choć nieprzesadnym, gwarantem bezpieczeństwa narodowego. Zawsze w takich rozważaniach przypominam, że Polska jednak graniczy z Federacją Rosyjską na północy, więc nie można sprowadzać jej bezpieczeństwa narodowego do kwestii granicznych. Pamiętać również należy, że Moskwa ma doskonały dostęp do Polski przez Białoruś, a ten będzie miał się dobrze do czasu, gdy prezydentem będzie Alaksandr Ryhorawicz Łukaszenka.
Felieton pisany w trybie przypuszczającym ma jednak to do siebie, że zmusza do analizowania scenariuszy skrajnych. Co stałoby się, gdyby wewnętrzny kryzys w Kijowie sięgnął dna? Gdyby wyczerpanie gospodarcze, paraliż polityczny wokół prezydenckiej sukcesji i niezdolność do powstrzymania rosyjskiego naporu doprowadziły do faktycznego rozpadu władzy centralnej oraz pogrzebały państwo w niebycie? W takim hipotetycznym układzie wydarzeń presja nie przyszłaby ze strony rządów w Warszawie czy Bukareszcie, lecz z samej logiki chaosu. Przesunięcie milionów uchodźców, ryzyko katastrofy humanitarnej oraz brak kontroli nad infrastrukturą krytyczną mogłyby wymusić na sąsiadach tworzenie „stref bezpieczeństwa” lub misji stabilizacyjnych pod pretekstem ochrony mniejszości narodowych czy zabezpieczania granic Unii Europejskiej. Wówczas granica między pomocą humanitarną a faktyczną jurysdykcją mogłaby zacząć się zacierać, więc powstałyby protektoraty. Te natomiast w latach kolejnych mogłyby prowadzić działania na rzecz wcielenia kontrolowanych terytoriów do „macierzy”.
To właśnie do takiego scenariusza pije rosyjska propaganda. Przedstawiając sąsiadów Ukrainy jako swoistych drapieżników, Moskwa próbuje prewencyjnie usprawiedliwić własną aneksję wschodnich i południowych obwodów Ukrainy. Logika Kremla jest prosta: „Skoro wszyscy mają historyczne roszczenia, nasza agresja nie jest niczym wyjątkowym, lecz powrotem do naturalnego stanu rzeczy”.
Diagnoza sytuacji wymaga więc odróżnienia fantazji od twardej rzeczywistości. O ile głosy skrajnych środowisk w Budapeszcie czy Bukareszcie wywołują zrozumiałe zaniepokojenie, o tyle oficjalna polityka państw Europy Środkowej pozostaje niezmienna. Lwów dla współczesnej Polski jest bezcennym zabytkiem architektury i symbolem dawnej kultury, ale nie celem operacji wojskowej. Zakarpacie dla Węgier to obszar troski o rodaków, a nie nowy powiat ich dawnego królestwa. Bukowina dla Rumunii stanowi natomiast kartę w podręcznikach historii, nie zaś pole do rewizji granic.
Przyszłość Ukrainy nie rozstrzygnie się jednak w gabinetach historyków, lecz na placu boju oraz w politycznych kuluarach Kijowa, bo to też od niego zależy, jak potoczy się przyszłość kraju. To, czy sugestie Putina pozostaną jedynie cyniczną grą słowną, zależy teraz w dużej mierze od zdolności Ukrainy do zachowania wewnętrznej spójności, przeprowadzenia niezbędnych reform i obrony własnego terytorium. Jeśli ukraińskie państwo przetrwa ten najważniejszy dla niej moment próby, widma dawnych granic powrócą tam, gdzie ich miejsce, czyli do archiwów i historycznych felietonów. Jeśli jednak chaos przeważy, Europa Środkowa znów może się przekonać, jak szybko uśpiona historia potrafi przebudzić się do nowego, groźnego życia.
Tak całkiem na marginesie, choć nikogo do tego nie namawiam, Lwów powinien być polski, ale o tym możemy porozmawiać za jakiś czas.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
Fot. X – Dmitrij Miedwiediew
