Szkoła pożera budżet, a rząd sięga po nóż. Zaczyna się sezon cięć
Rząd w Dublinie znów robi to, co politycy robią najlepiej, czyli najpierw obiecują, że będą rozdawać pieniądze szerokim gestem, a później z kamienną twarzą ogłaszają dyscyplinę fiskalną. Tym razem rachunek przyszedł szybciej, niż ktokolwiek chciałby przyznać. Minister wydatków publicznych Jack Chambers poinformował resorty, że będą musiały ograniczyć planowane wydatki od 0,1 do nawet 1,4 procent. Powód? Gigantyczna dziura finansowa w Departamencie Edukacji.
Mówimy o kwocie rzędu 600–700 milionów euro, co w rzeczywistości jest finansowym alarmem wyjącym na cały kraj. Według Chambersa nadmierne wydatki wynikają przede wszystkim z rosnącego zapotrzebowania na miejsca w edukacji specjalnej. Problem w tym, że państwo przez lata lubiło udawać, że demografia, kryzys społeczny i rosnące potrzeby dzieci znikną same, jeśli przykryje się je grubym segregatorem i kilkoma konferencjami prasowymi. Teraz rachunek trafia na biurka innych ministerstw i właśnie tu zaczyna się polityczna jatka.
Minister otwarcie przyznał, że inne resorty zostaną „obciążone”, aby utrzymać limity wydatkowe na 2026 rok. W praktyce oznacza to jedno, że ktoś musi zapłacić za cudze przekroczenia budżetu. Natomiast w państwowej machinie rachunki zawsze płaci się po cichu, najczęściej kosztem usług, inwestycji i odkładanych projektów.
Chambers próbuje tonować nastroje i zapewnia, że resort zdrowia oraz opieki społecznej będą w dużej mierze chronione. Jednak kiedy polityk mówi, że „pojawiają się nowe priorytety”, obywatel powinien odruchowo sprawdzić, czy nie sięga właśnie do jego kieszeni, bo „nowe priorytety” to często elegancki polityczny eufemizm dla starego chaosu. Najbardziej wymowne jest jednak coś innego. Rząd już dziś wysyła sygnał do wszystkich ministerstw, że nadszedł koniec finansowego wesela. Kończy się epoka łatwego pompowania wydatków, która trwała dzięki rekordowym wpływom z podatków od gigantów technologicznych i korzystnej koniunkturze gospodarczej. Teraz gabinet zaczyna panicznie szukać hamulca ręcznego.
Chambers zapowiedział stworzenie nowych „ram eskalacji”, mających wzmocnić kontrolę wydatków i dyscyplinę fiskalną. Brzmi technicznie, niemal niewinnie, ale tłumacząc z języka urzędników na język rzeczywistości, Departament Finansów chce mieć możliwość szybkiego blokowania wydatków innych resortów, zanim budżet rozleci się jak tania walizka.
To z kolei będzie oznaczało konflikty wewnątrz koalicji, ponieważ każdy minister uważa własny resort za świętość, a każde cięcie za polityczne podcięcie gardła. Publicznie będą mówić o „odpowiedzialności”, „zrównoważeniu” i „trudnych decyzjach”, a za zamkniętymi drzwiami zacznie się wojna o każdy milion euro.
*
Właśnie dlatego obecne ruchy rządu trzeba czytać nie jako jednorazową korektę, lecz jako przygotowanie gruntu pod przyszłoroczny budżet. Gabinet już teraz ustawia narrację, iż pieniędzy nie będzie tyle, ile obiecywano, więc trzeba zacząć przyzwyczajać wyborców do bólu. To polityczna operacja znieczulania społeczeństwa przed tym, co nadejdzie jesienią. Wtedy ministrowie wyjdą przed kamery i będą uspokajać coraz bardziej rozdrażnionych wyborców, tłumacząc, że zaciskanie pasa to „odpowiedzialność”. Problem w tym, że obywatele coraz częściej widzą w tym nie odpowiedzialność, lecz rachunek za lata rozrzutności, chaos i wydatki, które nie są kierowane na podatników.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Kyle Mesdag on Unsplash
