Świeccy kapłani wygody i ich rytuały bez sensu
Jest w tym coś rozbrajająco ironicznego, że pokolenie wychowane w epoce nieograniczonego dostępu do wiedzy traktuje wiedzę jak opcjonalny dodatek do życia, coś jak instrukcję obsługi tostera – niby jest, ale przecież „na czuja też zadziała”. Młodsze generacje zbudowały sobie świat, w którym kompetencja bywa postrzegana jako dziwactwo, a pewność siebie, nawet całkowicie bez pokrycia, jako cnota. Dawniej człowiek musiał coś umieć, żeby zabierać głos. Dziś wystarczy mieć stabilne Wi-Fi.
Powiedzmy to wprost, żyjemy w epoce świeckich rytuałów, które pełnią funkcję dawnych praktyk religijnych, tylko pozbawionych metafizyki, dyscypliny i pokory wobec czegoś większego niż jednostka. Została forma, zniknęła treść i choć został rytuał – zniknęło znaczenie. Poranny rytuał kawy nie jest już zwykłym wypiciem napoju. To ceremonia. Zdjęcie kubka, uruchomienie ekspresu, zdjęcie pianki. Dyskusja o cytrusowych nutach, które istnieją głównie w wyobraźni. Człowiek, który nie potrafi odróżnić popytowej inflacji od tej podażowej, z powagą biskupa analizuje profil smakowy ziaren i nikt nie widzi w tym absurdu.
Siłownia o szóstej rano stała się świeckim odpowiednikiem jutrzni. Nie chodzi już o zdrowie, bo bardziej o moralny dowód. Wrzucenie relacji z treningu jest jak zapalenie świecy w oknie – sygnał dla wspólnoty, że „jestem dobry, zdyscyplinowany, wartościowy”. Nieważne, że po treningu człowiek nie ma siły przeczytać artykułu dłuższego niż trzy akapity. Liczy się rytuał obecności.
Podobnie działa kult produktywności. Kalendarze wypchane spotkaniami i listy zadań dłuższe niż średniowieczne kroniki. A efekty? Często żadne. Aktywność zastąpiła sens, ruch zastąpił kierunek i człowiek czuje się ważny, bo jest zajęty, ale nie dlatego, że robi coś wartościowego, ale że w ogóle cokolwiek zrobił. Fascynujące jest jednak to przekonanie o własnej nieomylności. Dawniej młodość była okresem uczenia się, potykania, słuchania starszych, nawet jeśli tylko po to, by później się z nimi nie zgadzać. Dziś młodość coraz częściej zaczyna się od założenia, że świat jest wadliwy, a jednostka przyszła go naprawić, mimo że nie przeczytała jeszcze nawet instrukcji.
Internet stworzył złudzenie kompetencji. Kiedyś, żeby zrozumieć ekonomię, trzeba było studiować, czytać, liczyć, popełniać błędy. Dziś wystarczy obejrzeć trzy filmiki i człowiek czuje się gotowy, żeby projektować system podatkowy. To tak, jakby po obejrzeniu serialu medycznego ktoś uznał, że może robić operacje na otwartym sercu, ale sorry, to jeszcze nie ten moment, bo w medycynie istnieją wciąż bariery wejścia. Tych jednak brakuje w dyskusjach publicznych, których nie ma praktycznie żadnych.
Do tego dochodzi alergia na autorytet. Nie ta zdrowa podejrzliwość, potrzebna i cenna, tylko odruchowe odrzucenie wszystkiego, co wymaga uznania, że ktoś może wiedzieć więcej. Profesor z trzydziestoletnim dorobkiem jest traktowany na równi z influencerem, który przeczytał pół artykułu i resztę dopowiedział sobie tak zwaną intuicją. Dlaczego?
Bo w tle tego wszystkiego stoi wygoda jako najwyższa wartość cywilizacyjna, a wygoda jest jak cukier. W małych dawkach przyjemna natomiast w dużych – degenerująca. Człowiek przestaje ćwiczyć mięśnie, których nie używa. Dotyczy to także mięśni myślenia, pamięci, koncentracji, cierpliwości. Nawigacja odebrała ludziom orientację w przestrzeni. Streaming odebrał cierpliwość oczekiwania. Zakupy jednym kliknięciem odebrały zdolność planowania, a algorytmy powoli odbierają zdolność samodzielnego wyboru, bo robią to tak wygodnie, że nikt nie protestuje.
Najbardziej bolesne jest to, że młodsze pokolenia nie są głupie. Mają dostęp do narzędzi, o których poprzednie generacje mogły tylko marzyć. Problem polega na tym, że narzędzia zaczęły zastępować kompetencje, zamiast je wzmacniać. Kalkulator miał pomagać liczyć, a nie zwalniać z myślenia. Internet miał pomagać szukać wiedzy, nie zastępować procesu rozumienia, jednak te procesy weszły w ludzi znacznie głębiej i w efekcie powstał człowiek, który wie wszystko i nie rozumie niczego. Człowiek, który ma opinię na każdy temat i wiedzę na żaden. Człowiek, który czuje się ekspertem, bo system nagradza go uwagą, a nie prawdą.
Przewrotne w tym nowoczesnym postrzeganiu świata przez młodych ludzi jest też to, że jednocześnie rośnie potrzeba utrzymania rytuałów. Ludzie wciąż chcą sensu, wspólnoty, struktury dnia, poczucia, że robią coś ważnego. Tylko że zamiast budować je na wiedzy, pracy i kompetencji, budują je na symbolach wygody.
A jak to wygląda?
Zamiast dyscypliny – aplikacja do medytacji.
Zamiast relacji mistrz-uczeń – kurs online z certyfikatem drukowanym na domowej drukarce.
Zamiast doświadczenia – opinia.
Zamiast wiedzy – narracja.
Jeżeli się nad tym dobrze zastanowić, to przecież możemy powiedzieć, że znamy takie momenty. Czytaliśmy o tym, a nawet niekiedy widzieliśmy, jak upadają narody i nie dlatego, że miały zbyt mało technologii i empatii. Częściej dlatego, że przestawali rozumieć, jak i po co tego używać.
Kolejnym paradoksem naszych czasów jest to, że nigdy w historii tak wiele nie zależało od wiedzy specjalistycznej, a jednocześnie nigdy tak wielu ludzi nie było przekonanych, że wiedza – ta specjalistyczna jest zbędna. Być może za kilkadziesiąt lat historycy będą patrzeć na nasz moment w historii jak na epokę przejściową. Moment, w którym ludzkość dostała potężne narzędzia i przez chwilę bawiła się nimi jak dziecko młotkiem – z entuzjazmem, ale bez świadomości konsekwencji.
Bo prawda i tak jest prosta. Świat nadal działa według starych zasad. Most musi być dobrze zaprojektowany. Lek musi być dobrze przebadany. System gospodarczy musi być oparty na realnych liczbach, nie na dobrym samopoczuciu, a rzeczywistość nie negocjuje z opinią i może właśnie dlatego młodsze pokolenia tak kurczowo trzymają się rytuałów wygody. A gdzieś pod spodem czują, że świat jest trudny, złożony i wymagający. Wygoda natomiast jest jak miękka kołdra – chroni przed chłodem rzeczywistości, ale nie uczy, jak rozpalić ogień.
Prawdziwa kompetencja zawsze była trudna. Od zarania dziejów wymagała czasu, pokory, błędów, powtarzalności, nudy i… frustracji. Wymagała pogodzenia się z tym, że ktoś wie więcej. Wymagała przyjęcia, że świat jest bardziej skomplikowany niż nasze pierwsze wrażenie, ale miała jedną przewagę nad wygodą. Dawała sprawczość, tę prawdziwą, nie zaś iluzoryczną. Dawała możliwość wpływania na świat, a nie tylko komentowania go z bezpiecznej kanapy.
I być może największym wyzwaniem naszych czasów nie jest stworzenie nowych technologii. Tylko przypomnienie ludziom starej prawdy, że wiedza to nie gadżet. Kompetencja to nie styl życia. A wygoda nigdy nie była celem cywilizacji, a była tylko nagrodą za wysiłek.
Jeśli odwrócimy tę kolejność, świat może zacznie wracać na swoje tory, o ile po drodze zaczniemy „naprawiać” tych, którzy nas mieli reprezentować, a dawno o tym zapomnieli.
Bogdan Feręc
Photo by fandilla dp on Unsplash
