Suweren w krainie marionetek. Czy polska dusza dorośnie do szwajcarskiego zegarka?
Istnieją takie rozmowy, które nie są jedynie wymianą zdań, lecz próbą kreślenia mapy po terytorium jeszcze nieodkrytym. Są jak intelektualny sejsmograf, rejestrujący drżenia fundamentów naszej codzienności, o których na co dzień wolimy nie myśleć, zajęci prozą życia i doraźnym chaosem nagłówków prasowych. Rozmawiałem niedawno z moim znajomym, który na polityce, a może nawet na sposobie jej funkcjonowania, zna się perfekcyjnie, bo przecież był swego czasu doradcą rządu Szwajcarii, a i wykładał na kilku uczelniach, jak i prowadzi swoją Akademię Demokracji Bezpośredniej.
Spotkanie, nawet to telefoniczne, z człowiekiem tej miary co profesor multihabilitowany Mirosław Matyja zawsze rzuca długi cień na moją wrodzoną sceptyczność, ponieważ to postać, która nie pasuje do krzykliwego krajobrazu współczesnych mediów społecznościowych, gdzie ekspertów produkuje się seryjnie w ciągu kwadransa. On jest rzeźbiarzem idei, który od lat, z niemal benedyktyńską cierpliwością, dłutem logiki uderza w skostniałą strukturę polskiego systemu politycznego. Profesor Mirosław Matyja od lat próbuje wskazać, jak złą mamy politykę, a nasze rozmowy toczą się zazwyczaj o naszej ojczyźnie, w której obaj zauważamy, że z kadencji na kadencję robi się gorzej.
Siedzimy więc nad filiżanką kawy, a za oknem świat pędzi w stronę kolejnej politycznej burzy, która, jak uczy doświadczenie, okaże się jedynie burzą w szklance wody i służącą odwróceniu uwagi od spraw fundamentalnych. Nasza diagnoza jest bolesna, wręcz brutalna w swojej szczerości. Politycy przypominają sobie o wyborcach, co cztery lata, a w czasie pomiędzy aktami głosowania traktują nas, jak wiernopoddańczy plebs, który ma milczeć i słuchać. Ten mechanizm, ta swoista „feudalizacja” nowoczesnej demokracji, jest rakiem toczącym tkankę społeczną. Obywatel staje się suwerenem tylko na te kilka sekund, gdy stawia znak X na karcie wyborczej. Potem, niczym w źle napisanym dramacie, kurtyna opada, a on zostaje wyproszony z teatru władzy, by przez kolejne lata oglądać spektakl jedynie przez dziurkę od klucza.
Nie będę ukrywał, że zarówno Mirek, jak i ja, mamy takie samo zdanie o wszystkich ugrupowaniach, więc nie interesuje nas przynależność partyjna, bo chodzi o samych polityków oraz partie, które reprezentują i sposób, w jaki to robią. To nie jest kwestia barw sztandarów, czy są biało-czerwone, niebieskie czy zielone. To kwestia DNA systemu, który promuje posłuszeństwo wobec swojego wodza, zamiast lojalności wobec wyborcy.
Szwajcarska precyzja kontra ułańska fantazja
Podczas ostatniej rozmowy pojawił się temat polityków, bo bez tego nasze rozmowy są nieważne, w którym zauważyliśmy, że politykę trzeba zmienić gruntownie, a ściśle rzecz ujmując, przebudować na sposób szwajcarski. Dla mnie i większości moich rodaków Szwajcaria to jedynie ser, zegarki i dyskretne banki. Dla profesora Matyi to żywy organizm, w którym serce bije rytmem oddolnych decyzji.
Oczywiście, o ile jestem zwolennikiem demokracji bezpośredniej, tak stwierdziłem, że model, jaki przyjął kraj, w którym mieszka profesor Matyja, wymagać będzie czasu, aby przyjął się w Polsce, ale też na pełną skalę w Irlandii. Polska dusza, ukształtowana przez powstania, zabory i romantyczne zrywy, często kłóci się z chłodną, racjonalną odpowiedzialnością, jakiej wymaga system helwecki. Tam nie ma miejsca na mesjanizm, a jest na rzetelną dyskusję o wysokości podatków czy przebiegu nowej autostrady.
Już tłumaczę, bo prawdopodobnie niewiele osób kojarzy sferę polityczną Szwajcarii, a chodzi o to, że tam ludzie mają wiele do powiedzenia. To właśnie na nich opiera się polityka, która, i tu może przyjść zaskoczenie, musi wysłuchać głosu ludu. Brzmi to niemal jak utopia, prawda? W świecie, gdzie decyzje zapadają w zaciszach gabinetów, wizja realnego wpływu jednostki na losy państwa wydaje się być bajką dla naiwnych. A jednak, to działa.
W podstawach wygląda to tak, że o ile pojawi się pomysł referendum w jakiejś kwestii, zgłaszane najczęściej przez społeczeństwo, rząd ma obowiązek takie zorganizować i przyjąć jego wyniki bez szemrania. Podoba się? Mnie tak i bardziej niż chętnie w takim państwie widziałbym siebie, czyli obywatela, który ma coś do powiedzenia. Wyobraźmy sobie ten komfort: polityk nie jest panem i władcą, który łaskawie pozwala nam żyć w swoim cieniu, a jest administratorem. Jest jeszcze jedna kwestia, bo ta szwajcarska demokracja opiera się na zasadzie „sług narodu”, więc takimi są właśnie w tym kraju politycy. Nasi, czyli polscy i irlandzcy już dawno o tym zapomnieli, a to oznacza, że trzeba im o tym przypomnieć. U nas słowo „sługa” wyparowało ze słownika polityki i zastąpione zostało przez „dygnitarza”, „pełnomocnika” czy „lidera”.
Nadzieja w jednomandatowych barwach
Podczas naszej kilkudziesięciominutowej pogawędki pojawił się też temat Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, a to, jak i demokracja bezpośrednia, jest konikiem Mirka, który promuje tę ideę od dziesięcioleci. To temat rzeka, który w Polsce wypływa falami, zazwyczaj wtedy, gdy poziom frustracji społecznej sięga zenitu. Profesor wspominał o swoich trudnych doświadczeniach na tym polu i przypomniał, że w tej sprawie współpracował już nawet z jednym z polskich ugrupowań, ale to się rozpadło i wchłonięte zostało przez hegemonów. To smutna lekcja polskiej polityki, bo niemal każda oddolna inicjatywa, która zagraża partyjnemu betonowi, jest albo niszczona, albo asymilowana przez system, który połyka ją, trawi i wydala w formie karykatury pierwotnych założeń.
Jednak w głosie profesora wyczułem nową energię. Co jednak istotne, łudząco podobną propozycję przedstawił przecież nasz prezydent Karol Nawrocki, więc w profesora Matyję ponownie wstąpiła nadzieja, że coś w tej sprawie w Polsce drgnie i doczekamy się innego modelu politycznego. Czy prezydencki impuls wystarczy, by skruszyć mur? To pytanie zawisło między nami jak dym z papierosa, którego żaden z nas nie zapalił. Nadzieja jest paliwem reformatorów, ale historia uczy, że w Polsce reformy często rozbijają się o rafę partyjniactwa.
Grzech zaniechania i ciężar świadomości
W tym miejscu nasza rozmowa skręciła w stronę ciemniejszych rejonów socjologii. Nie mogę powiedzieć, że jesteśmy z Mirkiem zgodni we wszystkim, bo może i się nie sprzeczamy, ale ja widzę zazwyczaj problemy, bo w końcu nie jestem takim entuzjastą, jak profesor. Moje obawy nie dotyczą samej idei, bo ta jest kryształowa, a dotyczą „materiału ludzkiego”.
Stwierdziłem w pewnym momencie, że przecież do tego, o czym właśnie powiedział, potrzeba świadomego społeczeństwa, a skoro to nie interesuje się samą polityką, nie patrzy na ręce tym, którym płaci, to w jaki sposób podejmie się funkcjonowania w ramach referendów. To jest ten bolesny punkt styku teorii z praktyką. Jak zmusić człowieka, który po pracy chce jedynie włączyć ulubiony serial i zapomnieć o świecie, by analizował zawiłości budżetowe gminy? Zasugerowałem, że nawet na wybory chodzi niewielka ilość uprawnionych, więc zanim zacznie to wszystko działać, upłyną dziesięciolecia. Moja diagnoza była ponura. Cóż, mam oprócz o politykach, tak samo złą opinię o samym społeczeństwie, a może bardziej o braku jego zainteresowania tymi, którzy manipulują ich życiem. Boimy się wolności, bo wolność nierozerwalnie wiąże się z odpowiedzialnością. Łatwiej jest tym samym narzekać na „onych” w Warszawie czy Dublinie, niż samemu wziąć kartę do głosowania i zdecydować o losie lokalnej szkoły czy szpitala.

Wtedy profesor Matyja stwierdził, bo jako wykładowca ma więcej ode mnie do powiedzenia, że wcale nie musi się stać tak, jak w mojej czarnej wizji. Cóż, Mirek ma w sobie ten pedagogiczny optymizm, który każe mu wierzyć w ewolucję ludzkiej świadomości pod wpływem bodźców. Wg Mirka, może się okazać, że gdy ludzie zauważą, iż mają bezpośredni wpływ na swój kraj, obudzą się też w nich mechanizmy, aby po pierwsze zacząć kontrolować tzw. polityków, a po drugie, zaczną śledzić wydarzenia w swoim kraju, aby mieć wiedzę na jego temat. To koncepcja „nauki przez działanie”. Jeśli dasz dziecku instrument, może w końcu zacznie grać, a jeżeli dasz obywatelowi narzędzie władzy, może w końcu przestanie być tylko widzem.
Amerykański bezpiecznik i otwarta przyszłość
Nasze rozmowy nigdy nie kończą się normalnie – konkluzją, więc pozostawiamy je otwarte, a nawet kiedy do nich wracamy, rzucamy pomysłami. Nie jesteśmy teoretykami z wieży z kości słoniowej, my szukamy realnych bezpieczników i rozwiązań, które mogłyby uratować system przed samozniszczeniem.
Kiedy już mieliśmy kończyć, wówczas przypomniałem sobie jeden z felietonów, w którym napisałem, że wstępem do wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej, mógłby się stać model zastosowany w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Chodzi ni mniej ni więcej o to, że w połowie kadencji, pojawiają się wybory, które mogą zmienić wszystko, czyli cały układ polityczny w kraju. To rozwiązanie typu mid-term elections wydaje się być idealnym batem na leniwych parlamentarzystów.
Co to daje? W mojej ocenie bardzo dużo, bo przede wszystkim tuż po zdobyciu mandatu, poseł lub senator, nie może osiąść na laurach i zmuszony jest wykazać, że jednak wykonuje swoją pracę sumiennie, wywiązuje się z obietnic, ale też działa w imieniu wyborców. W obecnym systemie czteroletni „miodowy miesiąc” polityka, w którym może on ignorować swój elektorat, jest standardem. System amerykański skraca tę smycz. Wówczas profesor Matyja stwierdził, że to właśnie część demokracji bezpośredniej, gdyż nie daje politykom czasu, aby przez cztery lata nic nie robili. To była kropka nad „i” naszej dyskusji, więc zgoda co do tego, że czas jest najcenniejszą walutą, której nie wolno nam politykom bezkarnie podarować.
Kończąc nasze telefoniczne spotkanie pomyślałem o tym, jak wielką wagę ma edukacja obywatelska. Co ciekawe, każdy może skorzystać z wiedzy Akademii i dowiedzieć się, jak bardzo można zmienić świat, a przynajmniej swój kraj, kiedy ma się wiedzę o polityce i politykach. Bo ostatecznie to nie systemy nas zawiodą, ale nasza własna niewiedza. Profesor Matyja, ze swoją szwajcarską precyzją i polskim sercem, stoi na straży tej wiedzy, czekając, aż suweren wreszcie przetrze oczy i wyjdzie z roli plebsu, by stać się prawdziwym gospodarzem we własnym domu. Czy to nastąpi? Czas pokaże, ale jedna rzecz jest pewna, bez takich ludzi jak Mirek, nawet byśmy nie wiedzieli, że drzwi do tego domu są otwarte. Musimy tylko odważyć się przez nie przejść.
Bogdan Feręc
Image by VIVIANE M. from Pixabay
Fot. Facebook – Mirosław Matyja
