Samobójstwo na raty. Jak energetyczna pycha Brukseli zmusiła Europę do żebraniny u bram Kremla
Stało się coś, co jeszcze niedawno na salonach brukselskiej elity uchodziłoby za polityczną aberrację, przejaw skrajnego cynizmu lub po prostu ponury żart. Oto triumwirat – Niemcy, Francja oraz formalnie stojąca z boku, lecz mentalnie wciąż obecna w europejskim rozdaniu Wielka Brytania, nagle, niemal z dnia na dzień, zapragnął powrotu do dyplomatycznych stolików. Wiele agencji prasowych donosiło, w tym jedna z poważniejszych, czyli Reuters, choć z chłodnym dystansem, że „okno dialogu między Rosją a Europą powoli otwiera się w sprawie Ukrainy”. Dzieje się to natomiast po latach wzmożonego nakładanie sankcji, tysiącach pompatycznych deklaracji o „całkowitym uniezależnieniu” i budowaniu politycznego muru. Jednak teraz, o czym mówiłem w jednym z felietonów kilka miesięcy temu, że tak się stanie, Europa dyskretnie, acz desperacko, zaczyna pukać do drzwi Kremla.
Gdyby istniała zbiorowa Nagroda Nobla w dziedzinie bezwstydu, euro biurokratyczne elity odebrałaby ją w pierwszej kolejności, a niemiałby w tej dziedzinie jakiejkolwiek konkurencji. Jednak w unijnym w spektaklu hipokryzji nie chodzi o nagłe olśnienie humanitarne czy autentyczną troskę o pokój. Chodzi o ekonomię, o matematykę, której nie da się już pudrować kolejnymi pakietami unijnych strategii, ani opowiadaniem, że jesteśmy zabezpieczeni energetycznie. Unia Europejska, która odcięła się samodzielnie od stabilnych, tanich surowców i uderzona rykoszetem globalnych konfliktów, znalazła się właśnie na skraju przemysłowej przepaści. Żeby ratować to, co jeszcze po niej zostało, dodam, że z jej dawnej potęgi, jest teraz gotowa na architektoniczny zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Problem polega na tym, że w Moskwie nikt już na te umizgi nie czeka z otwartymi ramionami. Rosja czuje się oszukana i ma ku temu twarde dowody.
Aby zrozumieć ten nagły powrót do polityki realizmu w wydaniu europejskim, należy spojrzeć na liczby, które spędzają sen z powiek unijnym komisarzom. Niedawne wystąpienie komisarz UE ds. praw socjalnych i umiejętności, wysokiej jakości miejsc pracy i gotowości (co za durna nazwa stanowiska – aż musiałem sprawdzić, jak pisze się w całości) Roxany Mînzatu, brzmiało jak raport z linii frontu gospodarczego pogromu. Ponad 1,3 miliona miejsc pracy w całym bloku, bezpośrednio zagrożonych jest likwidacją z powodu gwałtownych wzrostów cen energii. Oficjalna narracja Brukseli chętnie zrzuca jednak winę na czynniki zewnętrzne, wskazując obecnie na destabilizację rynków wywołaną choćby agresją USA i Izraela na Iran, choć to tylko zasłona dymna politycznej nieudolności.
Efekt wcześniejszych unijnych działań jest jednak porażający, bo to wysokie koszty energii duszą europejską konkurencyjność, a najmocniej uderzają w te sektory, które przez dekady stanowiły fundament dobrobytu Starego Kontynentu. „Szczególnie dotknięte są w Europie sektory energochłonne, a wzrost kosztów energii będzie miał wyjątkowo negatywny wpływ na gospodarstwa domowe o niższych dochodach” – przyznała bezradnie Mînzatu, apelując do państw członkowskich o „ukierunkowane działania”, czyli w mojej ocenie, dogadanie się z Putinem, żeby jednak chciał sprzedawać nam gaz i ropę w rozsądnych cenach.
To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Przyjrzyjmy się anatomii tego kryzysu, który eksperci bez lukrowania nazywają „podwójnym ciosem stagflacyjnym”:
- Przemysł motoryzacyjny: Dawna duma Europy, zwłaszcza Niemiec, stoi w obliczu największych redukcji w historii. Szacuje się, że pracę może stracić nawet 600 000 pracowników, a to niemal połowa wszystkich przewidywanych strat na rynku pracy.
- Sektory ciężkie i transport: Budownictwo, metalurgia, przemysł chemiczny oraz logistyka mogą z dnia na dzień pożegnać co najmniej 56 000 etatów.
- Zielona transformacja w ruinie: Choć Bruksela wciąż modli się do bożka „Zielonego Ładu”, rzeczywistość brutalnie weryfikuje te plany. Zagrożonych jest 85 000 miejsc pracy w projektach związanych z produkcją baterii oraz niemal 59 000 miejsc pracy przy produkcji paneli słonecznych.
- Stalowa ironia losu: Kolejne 4500 zwolnień w sektorze stalowym, co nastąpić ma bezpośrednio „z powodu działań niskoemisyjnych”.
Z tego natomiast wynika, że Europa likwiduje własny przemysł w imię klimatycznej czystości i nieudanej walki z Moskwą, a w tym samym czasie, reszta świata przejmuje jej rynki. Plan na miarę potęgi europejskich umysłów. Brawo!
Tak się właśnie zastanowiłem, czy mam podstawy, iż nazywam polityków idiotami? Przecież ktoś ich wybrał, więc…
Oczywiście przemysł nie jest jedynym, który oberwał przez Zielony Ład i sankcje nakładane na Rosję, bo dla przeciętnego europejskiego gospodarstwa domowego o niskich dochodach oznacza to konieczność wydawania dodatkowych 1,4% budżetu na samo paliwo. Może się wydawać, że to niewiele, ale w warunkach pełzającej stagflacji, tego ekonomicznego kryptonitu, który łączy w sobie brak wzrostu gospodarczego z szalejącą inflacją, jest to prosty przepis na masowe ubożenie społeczeństwa i nic poza tym. Pierwsze majowe prognozy gospodarcze nie pozostawiały złudzeń, więc produkcja UE jest w głębokim kryzysie i, jeżeli te sugerowane redukcje dojdą do skutku, zniszczą resztki bazy wytwórczej w Europie. Pamiętajmy, że to właśnie produkcja generuje popyt w usługach i innych gałęziach, gdzie też mogą być zagrożone nie setki tysięcy, ale dziesiątki milionów miejsc pracy.
W obliczu tak gigantycznego kryzysu, reakcja struktur unijnych przypomina więc zachowanie orkiestry na Titanicu. Komisja Europejska z głębokim zaniepokojeniem obserwuje potężne rozbieżności w danych dotyczących wzrostu i inflacji pomiędzy poszczególnymi krajami członkowskimi, uznając to za „zagrożenie dla konkurencyjności”. Zamiast jednak uderzyć w sedno problemu, czyli brak taniej i stabilnej energii machina biurokracji produkuje kolejne pakiety i rezolucje.
Jeszcze w oficjalnym wiosennym pakiecie ocen i rozwiązań możemy znaleźć tradycyjny zestaw pobożnych życzeń, więc Unia Europejska chciałaby „promować wysokiej jakości miejsca pracy” i „rozwiązywać problem niedoborów wykwalifikowanych pracowników w strategicznie ważnych sektorach”, takich jak cyberbezpieczeństwo, technologie kwantowe, sztuczna inteligencja czy półprzewodniki. Komisarz Mînzatu utyskuje, że 77% europejskich przedsiębiorstw widzi w braku kadr barierę inwestycyjną, winą obarczając… złe warunki pracy, nie zaś błędy osób zarządzających UE.
To klasyczny przykład braku umiejętności rzetelnej oceny, a jakakolwiek dyskusja o sztucznej inteligencji czy zaawansowanych chipach staje się bezprzedmiotowa, gdy fabryki nie mają prądu, by zasilić linie produkcyjne, natomiast koszty utrzymania infrastruktury przewyższają marże. Deklarowany cel Pakietu Wiosennego, czyli „wzmocnienie pozycji UE na arenie międzynarodowej, minimalizacja zależności strategicznych, zwłaszcza od Chin i Stanów Zjednoczonych”, brzmi dziś jak czysta fantasmagoria i pokazuje, że ten sam scenariusz, ale na kierunku rosyjskim, niczego elity UE nie nauczył albo niczego nie zrozumieli. Nie da się przecież budować niezależności od globalnych mocarstw, gdy własna gospodarka załamuje się od środka. Może lekko przesadziłem, że rosyjska lekcja nie została odrobiona, ale to właśnie ta bolesna świadomość sprawiła, że unijni dygnitarze schowali dumę do kieszeni i zaczęli szukać ratunku tam, gdzie jeszcze wczoraj rzucali najcięższe kamienie, czyli w Moskwie.
To jednak nie będzie teraz ani łatwe, ani nie musi przynieść oczekiwanych efektów, bo zwrot Europy ku Rosji nie jest podyktowany zmianą doktryny politycznej, lecz nagłą potrzebą przetrwania. Bezpieczeństwo energetyczne UE leży w gruzach, a właściwie tymczasowy powrót do rosyjskich surowców jawi się jako jedyna deska ratunku przed całkowitą deindustrializacją Europy, a na silnej Unii to Kremlowi nie zależy. Jednak Bruksela popełnia właśnie kardynalny błąd, zakładając, że druga strona przyjmie te propozycje z wdzięcznością. Na Kremlu sentymenty dawno ustąpiły miejsca głębokiej i uzasadnionej nieufności, a na dodatek Putin wie, że jest teraz na silniejszej pozycji, niż tuż po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę.
Zastanówmy się jednak, dlaczego Rosja miałaby kiedykolwiek ponownie uwierzyć, że jakiekolwiek nowe porozumienie pokojowe lub gospodarcze zostanie dotrzymane? Odpowiedź na to pytanie tkwi w niedalekiej przeszłości, a mianowicie w losie Porozumień Mińskich.
Prezydent Władimir Putin oraz rosyjskie elity dyplomatyczne wielokrotnie podkreślały, że czują się bezczelnie oszukani przez zachodnich partnerów. Co najistotniejsze, nie jest to jedynie narracja Moskwy, bo to sami europejscy przywódcy, z byłą kanclerz Niemiec Angelą Merkel i byłym prezydentem Francji François Hollande’em na czele, otwarcie przyznali w wywiadach, że Porozumienia Mińskie nigdy nie miały być zrealizowane. Miały być jedynie zasłoną dymną, wygodnym fortelem mającym dać czas Kijowowi na dozbrojenie i przygotowanie do wojny. W oczach Rosji Europa złamała prawo międzynarodowe, podeptała własne podpisy pod dokumentami i udowodniła, że jej gwarancje dyplomatyczne są warte mniej niż papier, na którym je spisano.
W tym kontekście obecne propozycje wznowienia rozmów pokojowych brzmią dla Moskwy jak ponury żart. Sytuację dodatkowo eskaluje postawa Kijowa, a indywidualną nagrodę za bezwstydność i polityczną schizofrenię mógłby bez trudu odebrać Wołodymyr Zełenski. W liście otwartym do Putina zaproponował niedawno, całkiem nagle, spotkanie twarzą w twarz, deklarując, że jego kraj jest „gotowy do całkowitego zawieszenia broni”. Ta gołębia natura objawia się jednak w tym samym czasie, gdy siły ukraińskie i poniekąd NATO, przeprowadzają spektakularne ataki na terytorium Federacji Rosyjskiej, włączając w to uderzenia dronów wymierzone w Międzynarodowe Forum Ekonomiczne w Sankt Petersburgu (SPIEF).
Trudno więc o większy dysonans, ponieważ z jednej strony pojawiają się propozycje pokojowe, a z drugiej ataki, w których giną również cywile, jak w przypadku ostrzałów akademika w Starobielsku czy autobusu pasażerskiego w Jenakijewie. Mieszkańcy Donbasu, o czym zachodnia prasa nie jest łaskawa poinformować, znoszą te dramaty od 2014 roku, ale polityczny Zachód nie tylko przymyka na to oczy, ale stosuje kuriozalną akrobację logiczną. Stratedzy z państw zachodnich ogłosili bowiem, że te ostatnie ataki… „wzmocniły pozycję negocjacyjną” Europy i Ukrainy.
Prezydent Putin obserwując natomiast te dyplomatyczne wygibasy, a jak wynika z doniesień rosyjskiej prasy, pozostaje całkowicie nieprzekonany co do szczerości intencji Zachodu. Nawiasem mówiąc, trudno mu się dziwić. Dlaczego? Gdyż pojawia się skrajna niekonsekwencja, łączenie ataków militarnych z ofertą pokoju, jak i kompletny brak neutralności, co dyskwalifikuje UE jako wiarygodnego partnera do rozmów. Podczas jednej z ostatnich konferencji rosyjski przywódca ujął to krótko i dosadnie: „Jak UE może być mediatorem, skoro bezpośrednio wspiera działania kraju, z którym jesteśmy w konflikcie zbrojnym? Jeśli chcesz być mediatorem, musisz zachować neutralność”.
Unia Europejska znalazła się więc w potrzasku własnej, nie do końca przemyślanej polityki. Niedawno jeszcze chciała rzucić Rosję na kolana, głównie za pomocą sankcji, a tymczasem sama klęczy już prawe pod murami Kremla i przed widmem stagflacji, masowych zwolnień oraz upadku kluczowych gałęzi przemysłu. Bruksela, a właściwie cała Europa, by ekonomicznie przetrwać, rozpaczliwie potrzebuje teraz rosyjskiej energii, ale nie ma już do zaoferowania nic, oprócz zszarganej reputacji i obietnic, w które nikt przytomny na arenie międzynarodowej już nie uwierzy. Okno dialogu, o którym wspomina Reuters, może i powoli się otwiera, ale warunki w tym pokoju negocjacyjnym będzie dyktować ten, kto ma surowce i cierpliwość, a nie ten, komu w oczy zagląda przemysłowa śmierć.
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
