Polskość jako rama. O tożsamości, ciągłości i granicach transgresji uwagi na marginesie wystąpienia Olgi TokarczukData publikacji: 28 stycznia 2026, 11:01
Całe wystąpienie Olgi Tokarczuk jest zbudowane jest na jednym założeniu, że tożsamość narodowa w swojej trwałej formie jest podejrzana.
Zanim napisałem choć jedno zdanie o wystąpieniu Olgi Tokarczuk w Wałbrzychu, musiałem sięgnąć po wielu mądrych ludzi.
Zanim napisałem choć jedno zdanie o wystąpieniu Olgi Tokarczuk w Wałbrzychu, musiałem sięgnąć po wielu mądrych ludzi. Nie po to, by szukać potwierdzeń i afirmacji własnych i gorących emocji, lecz by sprawdzić sensy, ciężary pojęć i konsekwencje słów.
15 grudnia 2025 r., podczas centralnych obchodów 80. rocznicy przyłączenia Ziem Zachodnich i Północnych do Polski, w przestrzeni Starej Kopalni padły bowiem sformułowania, które nie są jedynie literacką refleksją. Są propozycją nowej ontologii wspólnoty.
Hasło uroczystości — „Tu jest Polska – 80 lat!” — wyraźnie wskazywało intencję: podkreślenie ciągłości, odpowiedzialności i zakorzenienia. W tym kontekście wykład Olgi Tokarczuk, dotyczący tożsamości „transgresyjnej”, wielości i negocjowalności przynależności, zabrzmiał jak kontrnarracja wobec samej idei wspólnoty narodowej jako ramy.
Nie sposób nie zauważyć, że sposób, w jaki Olga Tokarczuk mówi o II Rzeczypospolitej i powojennej Polsce, przywodzi na myśl dawne narracje delegitymizujące polską państwowość, włącznie z określeniem użytym przez Wiaczesława Mołotowa w 1939 r., gdy nazwał Polskę „bękartem Traktatu Wersalskiego”.
W obu przypadkach państwo polskie jawi się jako konstrukt problematyczny, sztuczny, wymagający korekty — a nie jako historyczna wspólnota losu.
To nie jest drobiazg retoryczny. To jest spór o fundamenty. Poniżej zamieszczam pełne wystąpienie Olgi Tokarczuk, do którego odnoszę się w dalszej części tekstu.
Tomasz Wybranowski
Wykład Olgi Tokarczuk wygłoszony w poniedziałek 15 grudnia 2025, w Starej Kopalni w Wałbrzychu, w ramach obchodów 80. rocznicy włączenia Ziem Zachodnich i Północnych do Polski.
„Dzień dobry Państwu,
Urodziłam się kilkanaście lat po wojnie w Sulechowie (Züllichau), na północnych krańcach historycznego Śląska. Przez pierwszą dekadę życia mieszkałam w Klenicy (Kleinitz), na ziemi lubuskiej, a potem w Kietrzu (Katscher), na Śląsku Orłowskim. Na sześć lat wyjechałam na studia do Warszawy i była to wyprawa do nie tylko innej strefy klimatycznej i środowiskowej, ale także do krainy nieznanych wcześniej niuansów mowy. Wróciłam do Wrocławia (Breslau) i Wałbrzycha (Waldenburg), żeby w końcu znaleźć swoje miejsce w okolicach Nowej Rudy (Neurode). Mój ojciec pochodził z pogranicza Galicji i Podola, matka ze Świętokrzyskiego. Różnice kulturowe między nimi, ich odrębne zwyczaje, były dość widoczne i często powracały, stając się powodem nieporozumień, a nawet sprzeczek. Wiedziałam zatem od początku, że ludzie są różni, a mimo to potrafią się kochać. Zdarzało się, że wybierałam, jak będę sekundować sprawie, czy patrzeć na nią z matczynego, czy raczej z ojcowskiego punktu widzenia. Pamiętam żal, kiedy ojciec stracił gdzieś w latach 70. swój wschodni akcent. Najbardziej brakowało mi tego pięknego, scenicznego, tylnojęzykowego „ł”, które zamieniło się w płaskie „ł”.
W dzieciństwie, odwiedzając dziadków w wakacje, byłam przekonana, że jedziemy do jakiegoś sąsiedniego kraju, za granicę. Witała mnie tam inna architektura, ziemia pachniała inaczej i była bardziej sucha, a roślinność mniej bujna, tak mi się przynajmniej wydawało. Ludzie mówili jakąś groźną dla dziecka gwarą. Zazwyczaj to, czego nie rozumiemy, wydaje się groźne. Ubierali się nieco inaczej, co innego jedli na kolację. Pamiętam, jak bardzo byłam zaskoczona, gdy zobaczyłam, że napisy na nagrobkach są po polsku. Dotąd bowiem sądziłam, że to niemiecki jest językiem cmentarzy.
Myślałam, że wymyślono ten język jako specjalny zasób słów, którymi zapisuje się przeszłość i historię naszych zmarłych. Tak, jechałam na wakacje za jakąś niewidzialną granicę, która przecinała tory kolejowe gdzieś w okolicach Kalisza czy Skalmierzyc.
Równie ciekawe były powroty. Pamiętam to poczucie docierania do gniazda. Wysokie, zniszczone budynki, wybrukowane ulice, odcinane szpalery drzew przy ulicach i drogach, ścieżki w ogródkach wykładane cegłami, ozdobne fasady, pałace zamienione w szkoły, PGR-ry, olbrzymie, wiekowe parki. Nasze życie toczyło się wśród tych wszystkich starych przedmiotów, szyldów pisanych szwabachą, klatek schodowych o ażurowych schodach i z ludzi wokół. Na przykład moja niania nazywała się Gertruda Nietsche. Była autochtonką i słabo mówiła po polsku, a jednak kochałam ją miłością bezwarunkową. To dzięki niej w dzieciństwie jadłam zupę z dyni i specjalną potrawę, która, jak potem odkryłam, nazywała się śląskie niebo. Jestem Polką, głęboko zanurzoną w polszczyznę i polską kulturę, lecz jestem też Dolnoślązaczką.
Niedawno w arcyciekawym wywiadzie profesor Norman Davies przypomniał, że po wojnie starło się ze sobą kilka starych przepisów na Polskę. W jednym z nich profesor przywołuje tu koncepcję generała Władysława Andersa. „Pełnoprawnymi obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej oprócz Polaków byli Litwini, Ukraińcy, Żydzi czy Niemcy”. Davies mówi tak: „Sam Anders zresztą urodził się w niemieckiej ewangelickiej rodzinie.
Trzeba pamiętać, że w Wojsku Polskim w 1939 r. służyły osoby o bardzo różnych tożsamościach narodowych. Wśród obrońców Westerplatte można było znaleźć wielu Ukraińców. Od siebie dodam, że obywatele Polski, przedstawiciele mniejszości narodowych i etnicznych, walczyli nie tylko we wszystkich wojnach, które Polska prowadziła, ale także we wszystkich powstaniach, które zwykliśmy nazywać narodowymi.”
Cytuję dalej profesora.
„Anders zabiegał o to, by do jego armii mogli dołączyć wszyscy obywatele RP, niezależnie od pochodzenia etnicznego, języka czy religii. NKWD chciało pozwolić na wyjazd tylko Polakom rozumianym jako katolicy, którzy posługują się językiem polskim. Mimo oporu Andersowi udało się wyprowadzić ze Związku Radzieckiego osoby o bardzo różnych tożsamościach narodowych, z wyjątkiem Niemców. Z oczywistych powodów w ZSRR nie wyrażono na to zgody.”
Drugi pomysł na Polskę był zgoła odmienny. W tej koncepcji, co ciekawe bliźniaczej do postawy Sowietów wobec armii Andersa, Polakiem był mówiący po polsku katolik. Tę ideę Romana Dmowskiego i polskiej przedwojennej endecji Sowieci i polscy komuniści przejęli i twórczo zmodyfikowali. Profesor Davies wyjaśnia to w ten sposób: „Dodali do niego koncepcję pansłowiańskiej solidarności i uznanie bratniej przywódczej roli Związku Radzieckiego, a następnie przesiedlili miliony Polaków, Ukraińców, Białorusinów i Niemców. Ludzi pozostałych w Polsce poddano przymusowej kolonizacji, by stworzyć homogeniczny naród, który nigdy wcześniej nie istniał. Następnie zakłamano historię, by przekonać Polaków, że ich kraj i naród właśnie wróciły do naturalnego historycznego kształtu.” Koniec cytatu.
I znowu mówi dalej profesor Norman Davies. „Dzięki tej inżynierii ZSRR mogło wytłumaczyć odebranie Polsce Kresów, które przypadły odrębnym narodom, Ukraińcom, Białorusinom, Litwinom. Ich państwa weszły w skład zdominowanego przez Rosję Związku Radzieckiego. Tymczasem nowi, homogeniczni Polacy otrzymali nowe granice, przesunięte na zachód, w ziemiach historycznie polskich. Dorobiono do tego ideologiczne wyjaśnienie o tym, że to powrót Polski do granic historycznych z roku tysięcznego. Była to całkowicie arbitralna decyzja. Jej narzędziem wykonawczym miała być narzucona siłą całkiem nowa tożsamość”.
Pamiętam, że jako dziecko sama byłam poddawana tym propagandowym wpływom, czytając świeżo napisane stare baśnie o dzielnych rycerzach Chrobrego i podłych niemieckich klechdach. O nieustannym i odwiecznym, niejako organicznym napięciu polsko-niemieckim na tym pograniczu. Komuniści w nacjonalistycznej homogenizacji, o której czystość dbano przecież nie tylko przez histerię antyniemiecką, ale także poprzez antyukraińskość czy antyżydowskość, realizowali więc w gruncie rzeczy wizję Dmowskiego, by nie powiedzieć: całego obozu narodowego, z tym najradykalniejszym włącznie.
Tymczasem z biegiem lat, z kolejnymi pokoleniami, pojawiła się tu nowa tożsamość, tylko inna od tej wymarzonej endecko-komunistycznej. Pomyślmy, czy na ziemiach przyłączonych nie przetrwała w jakiejś formie tamta andersowsko-giedroyciowska idea Rzeczpospolitej wieloetnicznej i wielokulturowej, w której Polakiem stawał się nie tylko ten przesiąknięty kulturą i dziedzictwem centralnej Polski i ta z Kresów o polskości pochodzącej z zupełnie innej tradycji, ale i Żyd, który albo nie miał do czego wracać, albo wracać do swoich dawnych miejsc nie chciał, ale także przesiedleni Łemkowie i Ukraińcy.
Również Romowie, którzy osiedlali się tutaj przed wiekami i bardzo tłumnie po 1945 r. I Niemcy, którzy czuli się na tyle związani z ziemią, że postanowili zostać. W ich liczbie także i ci, którzy się czuli Polakami. Brzmi to jak paradoks, prawda? I jeszcze po 1948 r. pojawili się Grecy i Macedończycy, którzy znaleźli tutaj schronienie po wojnie domowej oraz wielka rzesza repatriantów z Francji, Belgii i Niemiec, którzy uwierzyli w lepszy, sprawiedliwszy, młody kraj, w którym zbudują swoją przyszłość. Innymi słowy, prawdziwa, przedwojenna Polska, ta różnorodna i wieloetniczna, odtworzyła się magicznie na Dolnym Śląsku, w ziemi lubuskiej i Ziemiach Północnych w ramach tego dziwacznego, geopolitycznego eksperymentu.
Lecz dziś, w trzecim, czwartym pokoleniu, stało się coś jeszcze bardziej zdumiewającego. Ta mieszanka ludów, które przybyły na ziemie zachodnie po wojnie, ten tygiel językowy, kulturowy, religijny, mentalny, w głębokich procesach zbiorowej świadomości, wykształcił swój własny rodzaj tożsamości. Niechętny i zmęczony pracą politycznej, komunistyczno-nacjonalistycznej propagandy. Dodam tutaj z uśmiechem, że nie udałoby się to w takim stopniu, gdyby nie kobiety, które wszak po wojnie stanowiły znaczącą większość mieszkańców tych ziem.
Wspólnota, która wykuwała się tutaj od podstaw, od prawa i pięści, wykonała imponującą pracę, nadając narzuconemu eksperymentowi społecznemu swoją własną twarz i charakter, nie godząc się na maskę, którą próbowano jej nałożyć przemocą. Potężne siły odrodzenia, odnowy, asymilacji, optymizmu i twórczego nastawienia do życia sprawiły, że z osobliwej mieszaniny ludów, chodzącej po ulicach tego miasta 80 lat temu, powstało spójne w swojej pasji, otwarte społeczeństwo Polaków i Europejczyków. Ludzi u siebie, na swoim. Te cechy pozwalają nam patrzeć optymistycznie w przyszłość, nawet jeżeli ta zapowiada się bardzo burzliwie.
A jako że żyjemy zarówno w przestrzeni i czasie, przeszłości naszych miejsc nie da się zignorować. Żeby mieć poczucie sensu i ciągłości, musimy wcielać w swoje własne doświadczenie również pamięć, pracę i wysiłek ludzi, którzy żyli tu przed nami. Bez względu na to, jakim mówili językiem i do jakich struktur państwowych należeli. W sensie kulturowym i duchowym oni także są naszymi przodkami. Nie mam z tym żadnego kłopotu.
Na kominku w moim domu stoją fotografie jego poprzednich niemieckich właścicieli, którzy żyli w nim i z wielkim wysiłkiem starannie remontowali go po jeszcze wcześniejszych mieszkańcach. Tych, którzy pierwsze fundamenty położyli na skale kilkaset lat temu, w czasach wojny trzydziestoletniej. Są oni moją rodziną.
To wszystko, o czym dzisiaj do Państwa mówię, skłania mnie do refleksji o wyłonieniu się tutaj, na Ziemiach Zachodnich i Północnych, swego rodzaju nowej tożsamości, którą roboczo nazwę „tożsamością transgresyjną”. Jest to tożsamość pojemniejsza i rozleglejsza niż ta dana nam przy urodzeniu.
Wykracza poza spadek genów i dziedzictwo kulturowe przodków. Jest wynikiem świadomego i aktywnego bycia w świecie, dynamicznego uczestniczenia w nim fizycznie, intelektualnie i emocjonalnie. Jest jednak przede wszystkim wynikiem własnej pracy i refleksji, nieustannie stymulowanej przez pytanie „kim jestem?.”
Tworzy się przez to spór z narzuconym, sztywnym i niezmiennym. Nie więzi, lecz uwalnia i otwiera oczy ta tożsamość. Jest to tożsamość, która nieprzerwanie bada inne sposoby, modele, tryby i formy istnienia, przez co staje się tożsamością poszukującą, a także wcielającą w siebie nowe, nieznane i inne. Jej istotą jest inteligentna, ale i odważna przemiana.
Mamy dziś okazję z namysłem odpowiedzieć sobie, czym było te 80 lat najnowszej historii, co zbudowaliśmy i co musieliśmy utracić. I kimjesteśmy. Dziękujębardzo”.
Olga Tokarczuk
Zanim cokolwiek napisałem o wystąpieniu Olgi Tokarczuk, musiałem poczytać wielu mądrych ludzi, by zrozumieć kontekst i wagę tego, co mówiła. 15 grudnia 2025 r. w Wałbrzychu odbyły się centralne uroczystości 80. rocznicy przyłączenia Ziem Zachodnich i Północnych do Polski — historycznej daty z 1945 r., kiedy te terytoria weszły w granice Rzeczypospolitej. Hasło obchodów brzmiało „Tu jest Polska – 80 lat!” i miało podkreślić pamięć, historię oraz wspólnotę mieszkańców tych ziem.
Wśród licznych polityków, samorządowców i przedstawicieli kultury, w tym premiera Donalda Tuska, Tokarczuk wygłosiła wykład „tu i teraz” w Starej Kopalni w Wałbrzychu. Jej słowa o tożsamości i różnorodności regionu natychmiast wywołały dyskusje — podkreślała, że ludzie osiedlający się tu po wojnie pochodzili z różnych kultur i tradycji, a tożsamość tych ziem powstaje poprzez współtworzenie wspólnoty, a nie jedynie z narodowej homogenności.
Polskość jako błąd do naprawienia – niezgoda redaktora Wybranowskiego
Wystąpienie Olgi Tokarczuk w Wałbrzychu jest jednym z najbardziej konsekwentnych przykładów miękkiej delegitymizacji polskości, jakie padły w przestrzeni publicznej w ostatnich latach. Nie poprzez krzyk, nie poprzez atak, lecz poprzez estetyczną, empatyczną i literacką normalizację tezy, że polskość jest czymś wtórnym, problematycznym i zasadniczo przejściowym.
To nie jest opowieść o historii. To jest projekt wychowawczy.
Tokarczuk nie mówi: „polskość jest zła”. Mówi coś znacznie skuteczniejszego: „polskość jest jedną z wielu narracji, które dojrzały człowiek powinien umieć przekroczyć”.
Analiza i kontrargumenty wobec wystąpienia Olgi Tokarczuk w Wałbrzychu
Wystąpienie Olgi Tokarczuk w Wałbrzychu nie jest jedynie literacką refleksją nad historią miejsca. Jest propozycją nowego sposobu myślenia o tożsamości, w której wspólnota narodowa przestaje być ramą, a zaczyna być jednym z wielu elementów do negocjacji. Poniżej zachęcam do przeczytania moich uwag i myśli. Tekst powstawał długo i mimo, że jest to moja emocjonalna reakcja, to rozpisana na chłodno analiza sensów, jakie niosą kluczowe sformułowania wystąpienia Olgi Tokaczuk, wzbogacona o liczne filozoficzne odniesienia i światłe nazwiska.
„Jestem Polką, lecz jestem też Dolnoślązaczką.”
W mojej szkole podstawowej w Wożuczynie, moja pani profesor od języka polskiego Alina Wróblewska mawiała, że spójnik to taka część mowy, która zmienia porządek. Tak jest i w tym wypadku.
Słowo „lecz” nie jest niewinne. Nie łączy, ale wprost przeciwstawia. Buduje napięcie tam, gdzie może istnieć naturalna ciągłość. W tym zdaniu polskość nie jest ramą, w której mieści się tożsamość regionalna, lecz czymś, co należy zrównoważyć, a może nawet skorygować.
Tymczasem tożsamości regionalne nie powstają obok narodowych, lecz w ich obrębie. Dolnośląskość bez polskości nie ma języka, kodu symbolicznego ani ciągłości przekazu. Tak jak gwara istnieje dzięki językowi wspólnemu, tak regionalność trwa dzięki wspólnocie narodowej, która ją chroni przed rozproszeniem lub zawłaszczeniem.
Charles Taylor w „Źródłach jaźni: Kształtowanie nowoczesnej tożsamości” zauważa, że:
„Poznanie, kim jestem, jest formą poznania, gdzie stoję. Moja tożsamość definiowana jest przez zobowiązania i identyfikacje, które stanowią ramę lub horyzont…”
Tożsamość nie jest arbitralnym wyborem; bowiem bez ram wspólnotowych traci sens i głębię. Regionalność musi istnieć w kontekście tożsamości, która jest ramą, a nie konkurencją.
Książka Charlesa Taylora „Źródła jaźni” analizuje rozwój nowoczesnej tożsamości w kulturze zachodniej od średniowiecza do XX wieku. Autor pokazuje, że współczesne „ja” kształtuje się poprzez wartości i moralne wybory, a nie tylko przez biologiczne czy społeczne uwarunkowania.
Taylor podkreśla, że nowoczesna tożsamość jest autonomiczna, refleksyjna i odpowiedzialna, ale równocześnie zagrożona kryzysem wartości w świecie odrzucającym tradycję. Książka ukazuje, że poczucie jaźni jest zawsze zakorzenione w historii, kulturze i źródłach etycznych.
„Homogeniczny naród, który nigdy wcześniej nie istniał.” Fałszywa alternatywa
To zdanie ustawia spór w sposób mylący. Sugeruje, że polska powojenna homogenizacja była czymś sztucznym czy nienaturalnym. Tymczasem naród po wojnie nie był projektem ideologicznym, lecz odruchem przetrwania i ciągłości po traumie. Simone Weil, tak często cytowana przez św. Jana Pawła II, w „Potrzebie korzeni” podkreśla, że:
„Ludzie mają korzenie dzięki realnemu uczestnictwu w życiu wspólnoty, która zachowuje w żywej formie skarby przeszłości i oczekiwania wobec przyszłości.”
Korzenie nie są dekoracją!!! Są filarem sensu i ciągłości, których próżnia nie może wypełnić żadna abstrakcyjna transgresja.
„Ojczyzna to przede wszystkim naród, a potem państwo: bez narodu nie ma państwa!” – mawiał jeden z architektów wolnej i niepodległej Polski – Roman Dmowski.
„Komuniści realizowali w gruncie rzeczy wizję Dmowskiego.” Rażące intelektualne nadużycie Olgi Tokarczuk!
Łączenie myśli narodowej z praktyką totalitaryzmu nie analizuje historii! Ono moralnie zdyskredytowuje samą ideę narodu. Naród istniał przed ideologiami i przetrwał je. Benedict Anderson w „Wyobrażonych wspólnotach” napisał:
„Narody są wyobrażone, ponieważ członkowie nawet najmniejszego narodu nigdy nie poznają większości swoich współczłonków…”
Tożsamość narodowa nie jest ideologią! Jest strukturalną wspólnotą wyobrażaną z własnym językiem i pamięcią. Tożsamość europejska nie istnieje w próżni. Ona rodzi się w relacjach wewnątrz wspólnot narodowych. Łączenie myśli narodowej z praktyką totalitaryzmu nie służy analizie historii, lecz upraszcza ją i fałszuje.
Takie powiązanie moralnie podważa i dyskredytuje samą ideę narodu, przypisując jej odpowiedzialność za zbrodnie systemu. Praktyki totalitarne są wynikiem konkretnych politycznych i społecznych uwarunkowań, a nie nieodłączną cechą narodowej tożsamości.
„Prawdziwa, przedwojenna Polska odtworzyła się magicznie…” Autentyczność jako zarzut
Użycie słowa „magicznie” sugeruje inscenizację, fasadę. Tymczasem autentyczność wspólnoty nie polega na etnicznej wielości, ale na ciągłości odpowiedzialności za język, pamięć i instytucje. Anthony D. Smith podkreśla w swoich analizach, że narody są historycznymi wspólnotami kulturowymi o trwałej pamięci, a nie konstrukcjami jednorazowymi czy efemerycznymi.
Tożsamość narodowa jest ciągłością, a nie iluzorycznym artefaktem.
„Społeczeństwo Polaków i Europejczyków.” A gdzie hierarchia zakorzenienia?!
Europejskość bez narodowych ram jest abstrakcją. Nie ma Europejczyków „w ogóle”; są narody, które dopiero potem identyfikują się europejsko. Wspominany już przeze mnie Charles Taylor w “Multiculturalism and the Politics of Recognition” przypomina, że:
„Tożsamość definiujemy zawsze w dialogu, czasem w sporze, z tym, co znaczące dla nas osoby chcą w nas zobaczyć…”
W konsekwencji myślenie w ten sposób zaciemnia rzeczywiste źródła problemów i prowadzi do niesprawiedliwych uogólnień wobec całego narodu.
„Oni także są naszymi przodkami.” – Empatia zamiast genealogii
Choć to zdanie jest emocjonalnie nośne, to pojęciowo jest nieprecyzyjne i wprowadza w błąd. Przodek to ktoś, z kim dzielimy ciągłość kulturową i symbolicznego dziedzictwa. Poprzedni mieszkańcy są częścią historii miejsca, ale niekoniecznie wspólnoty, której dziedzictwo mamy prawo dzielić. Simone Weil przypomina też, że:
„Człowiek pozostawiony sam sobie nie ma praw, lecz ma obowiązki…”
Tożsamość to nie tylko empatia, to zobowiązanie wobec tych, którzy wnieśli wkład w formowanie wspólnoty.
„Tożsamość transgresyjna.” – Przekraczanie bez punktu oparcia
Transgresja brzmi jak wolność, ale trzeba pamiętać, że przekraczać można tylko to, co trwa. Tożsamość dziedziczona jest punktem startu. Bez niej człowiek dryfuje między narracjami silniejszymi od siebie.
Tutaj w sukurs przychodzi mi mój ulubiony Roger Scruton, który trafnie zauważa, że tożsamość narodowa i lojalność wobec wspólnoty mają centralne znaczenie dla trwałości demokracji:
„W demokracji lojalność obywatela nie jest wobec rządu, ale wobec czegoś wyższego, czegoś, co dzielą wszyscy obywatele… To wspólne ‘my’ jest tym, co pozwala demokracjom przetrwać.”
Scruton również pisał, że tożsamość narodowa jest ramą, która marginalizuje lojalności pokoleniowe, rodzinne czy plemienne i ustanawia przed obywatelami coś większego — kraj i wspólną historię.
Scruton podkreśla różnicę między patriotyzmem a nacjonalizmem. Nie każdy patriotyzm musi być ideologiczną dominacją — to raczej miłość do wspólnoty i jej dziedzictwa, a nacjonalizm jako ideologia jest patologiczny, gdy rości sobie absolutne prawo do woli wspólnoty, co podważa demokrację i wolność.
Roger Scruton także przypomina, że tożsamość narodowa jest warunkiem wspólnej odpowiedzialności i porządku społecznego, a nie czymś, co można arbitralnie rozpuszczać bez konsekwencji.
Kontrciekawienie Adama Michnika
Adam Michnik, choć krytyczny wobec ideologicznych nadużyć tożsamości, przypomina, że ruchy wolnościowe i tożsamościowe w historii, jak solidarnościowa Polska lat 80. XX wieku, miały wspólny cel: wolność, suwerenność i tożsamość narodu:
„Solidarność była ruchem na rzecz wolności obywatelskiej i demokracji politycznej; po drugie ruchem na rzecz suwerenności państwa i tożsamości narodu…”
Michnik ostrzega także, że tożsamość narodowa bez refleksji łatwo może się zdeformować, ale to nie znaczy, że powinniśmy ją zastąpić jej brakiem.
Polskość nie potrzebuje idealizacji. Ale nie może być zgody na to, aby traktować ją jako problem do rozwiązania, jak to widzi Tokarczuk. Polska i polskość nie jest żadną fazą przejściową ani – tym bardziej! – błędem historii.
Słowa Olgi Tokarczuk o II Rzeczypospolitej, sugerujące jej „nieautentyczność” czy „magiczność” w odtwarzaniu się po wojnie, budzą (że powtórzę to po raz wtóry) skojarzenia z propagandową retoryką Wiaczesława Mołotowa, który określił Polskę jako „bękarta Traktatu Wersalskiego”. W obu przypadkach pojawia się sugestia, że państwo polskie jest nienaturalne, sztuczne lub problematyczne z samej swojej istoty.
Takie sformułowania ryzykują deprecjację tożsamości narodowej i ciągłości wspólnoty, redukując Polskę do ideologicznego obiektu, a nie rzeczywistej wspólnoty historycznej. Podobieństwo jest tym bardziej niepokojące, że odwołuje się do narracji, która w przeszłości służyła legitymizowaniu agresji i zewnętrznych nacisków.
Podsumowanie – suma przemyśleń
W finale napiszę jeszcze, że Polska i polskość nie są żadnymi narracjami do rozpuszczenia w „pojemniejszej” – jak powiedziała – tożsamości! Polska jest warunkiem ciągłości. A bez ciągłości nie ma ani wolności, ani przyszłości.
Całe wystąpienie zbudowane jest na jednym założeniu: że tożsamość narodowa w swojej trwałej formie jest podejrzana. Zostaje ona konsekwentnie skojarzona z przemocą, ideologią, inżynierią społeczną, endecją i komunizmem. W efekcie polskość nie jawi się jako odpowiedź na chaos historii, lecz jako problem wymagający korekty.
Szczególnie rażące jest przedstawienie powojennej polskiej wspólnoty jako „homogenicznego narodu, który nigdy wcześniej nie istniał”. To zdanie unieważnia doświadczenie milionów ludzi, dla których polskość była jedynym dostępnym językiem odbudowy sensu po totalnym rozpadzie świata. Naród zostaje tu zredukowany do produktu przemocy, a nie uznany za formę samoobrony kulturowej.
W tej narracji „prawdziwa Polska” istnieje tylko tam, gdzie polskość przestaje być dominująca, gdzie rozpuszcza się w wieloetnicznym tyglu. Polska narodowa jawi się jako deformacja, a nie jako kontynuacja. To odwrócenie porządku historycznego i moralnego.
Kulminacją jest pojęcie „tożsamości transgresyjnej”, które Olga Tokarczuk przedstawia jako ideał dojrzałości. Jest to tożsamość, która przekracza, kwestionuje i rozmontowuje to, co dane i dziedziczone. Problem polega na tym, że nie da się przekraczać bez punktu oparcia.
Transgresja bez fundamentu nie jest wolnością — jest dryfem.
Najdalej idącym nadużyciem jest nazwanie dawnych niemieckich mieszkańców „naszymi przodkami”. To nie jest gest pojednania. To jest zniszczenie pojęcia dziedziczenia. Przodek to nie ktoś, kto był wcześniej. Przodek to ktoś, z kim łączy nas ciągłość. Gdy wszyscy stają się przodkami, nikt nim naprawdę nie jest.
Efekt końcowy jest jednoznaczny: polskość zostaje przestawiona z kategorii dziedzictwa na kategorię opcji. A naród, który zgadza się być opcją, w dłuższej perspektywie przestaje istnieć jako wspólnota losu.
To nie jest tekst o historii. Olga Tokarczuk wykreowała tekst o przyszłości, w której polskość ma grzecznie ustąpić miejsca „czemuś pojemniejszemu”. I właśnie dlatego budzi sprzeciw.
Spór o ontologię wspólnoty – Wspólnota jako rama sensu
W propozycji tożsamościowej Olgi Tokarczuk ujawnia się fundamentalne przesunięcie ontologiczne: od wspólnoty jako ramy sensu ku tożsamości jako procesowi nieustannego przekraczania. To przesunięcie nie jest niewinne. Oznacza bowiem zmianę odpowiedzi na pytanie: co sprawia, że „my” w ogóle istnieje?
W klasycznym rozumieniu wspólnota poprzedza jednostkowy wybór. Nie dlatego, że jednostkę zniewala, lecz dlatego, że umożliwia znaczenie. Język, w którym mówimy; symbole, którymi myślimy; kategorie dobra i zła — nie są wynikiem indywidualnej decyzji, lecz dziedziczenia. Charles Taylor nazwał to „horyzontem sensu”: czymś, co istnieje zanim zaczniemy wybierać.
Propozycja „tożsamości transgresyjnej” zakłada coś odwrotnego: że sens rodzi się dopiero w akcie przekroczenia. Problem polega na tym, że przekroczenie bez fundamentu nie jest aktem wolności, lecz rozpadem odniesień.
Naród jako warunek wolności, nie jej zaprzeczenie
Myśl nowoczesna często przeciwstawia naród wolności. Ale to przeciwstawienie jest fałszywe. Wolność nie polega na braku ram, lecz na istnieniu takich ram, które są własne, a nie narzucone. Naród historycznie był właśnie taką ramą: wspólnotą języka, prawa i pamięci, która umożliwiała jednostce działanie bez konieczności podporządkowania się imperium, ideologii lub abstrakcyjnej władzy.
Gdy Tokarczuk sugeruje, że powojenna polskość była projektem „homogenicznym”, zbliża się do logiki, w której każda forma scalenia jest podejrzana, a każda trwałość potencjalnie opresyjna. To logika późnej nowoczesności, w której jedyną niekwestionowaną wartością staje się zmiana.
Ale wspólnota, która nie trwa, nie może być nośnikiem odpowiedzialności. A bez odpowiedzialności nie istnieje ani etyka, ani polityka — pozostaje tylko narracja.
Pamięć bez dziedziczenia
Szczególnie widoczne jest to w sformułowaniu „oni także są naszymi przodkami”. To propozycja pamięci bez dziedziczenia — emocjonalnej, lecz pozbawionej zobowiązania. Przodek nie jest figurą empatii, lecz ciągłości. Jeśli każdy poprzednik staje się przodkiem, to dziedzictwo przestaje mieć właściciela, a wspólnota — granice odpowiedzialności.
W rezultacie tożsamość przestaje być czymś, co się niesie, a staje się czymś, co się aranżuje.
Tożsamość, którą trzeba nieustannie redefiniować, nie daje wolności — daje zmęczenie i podatność na zewnętrzne projekty sensu. Wspólnota nie znosi różnicy. Ona ją osadza w czasie.
Tomasz Wybranowski
Fot. CC BY-SA 4.0 Tomasz Leśniowski
