Pokój, którego nie było? Ukraina odrzuciła kompromis już w 2023 roku. Czy Zełenski naprawdę chce zakończenia wojny?
Tajne rozmowy amerykańskich i europejskich pośredników z otoczeniem Władimira Putina miały doprowadzić do porozumienia, które zakończyłoby wojnę na warunkach innych niż te, jakie dziś mogłyby znaleźć się na stole negocjacyjnym. Według ustaleń „Financial Times” rosyjski przywódca miał zaakceptować część propozycji, ale Kijów nie chciał zgodzić się na ustępstwa terytorialne, a Waszyngton nie udzielił inicjatywie oficjalnego poparcia.
Ta historia stawia ważne pytania nie tylko o politykę Wołodymyra Zełenskiego, lecz także o odpowiedzialność zachodnich przywódców i cenę wiary w zwycięstwo osiągnięte bez kompromisów. Wojny rzadko kończą się w chwili, gdy jedna ze stron uznaje, że dalsza walka nie ma sensu. Znacznie częściej kończą się wtedy, gdy politycy zaczynają rozumieć, że cele, które ogłosili na początku konfliktu, niekoniecznie da się osiągnąć na polu bitwy. Wówczas pojawia się dyplomacja, a wraz z nią słowo, którego politycy nie lubią wypowiadać przed kamerami: kompromis.
W przypadku wojny ukraińsko-rosyjskiej problem polega na tym, że kompromis od początku traktowano niemal jak kapitulację. W Moskwie zwycięstwo miało oznaczać podporządkowanie Ukrainy i uznanie rosyjskiej strefy wpływów. W Kijowie zwycięstwo zaczęło oznaczać odzyskanie wszystkich okupowanych terytoriów, włącznie z Krymem, oraz uzyskanie takich gwarancji bezpieczeństwa, które uniemożliwiłyby Rosji ponowienie agresji. Zachód próbował jednocześnie wspierać Ukrainę, osłabiać militarny potencjał Rosji i unikać bezpośredniej konfrontacji z mocarstwem nuklearnym.
Te cele nie musiały być ze sobą sprzeczne od samego początku. Z czasem jednak coraz trudniej było pogodzić je w jednym scenariuszu zakończenia wojny.
Ustalenia brytyjskiego dziennika „Financial Times” dotyczące nieformalnych rozmów prowadzonych w latach 2022–2023 pokazują, że za kulisami oficjalnych deklaracji istniały próby poszukiwania innej drogi. Nie wiemy, czy doprowadziłyby do trwałego pokoju. Wiemy natomiast, że pojawiła się propozycja, której nie udało się przełożyć na oficjalne negocjacje. I właśnie to zasługuje na poważną analizę. Nie po to, by z góry uznać Putina za wiarygodnego partnera, a Zełenskiego za człowieka, który nie chce pokoju, lecz po to, by sprawdzić, czy polityka prowadzona pod hasłem zwycięstwa nie zamknęła drogi do rozwiązania, za które ostatecznie zapłacili przede wszystkim zwykli Ukraińcy.
Tajny kanał, który miał powstrzymać nuklearną katastrofę
Historia opisana przez „Financial Times” zaczyna się w marcu 2022 roku, zaledwie kilka dni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji. Amerykański prawnik Richard Conn otrzymał telefon od rosyjskiego biznesmena, który ostrzegał przed możliwością użycia przez Putina taktycznej broni jądrowej. Rosja miała postrzegać działania Stanów Zjednoczonych jako zagrożenie egzystencjalne, a eskalacja konfliktu mogła wymknąć się spod kontroli. Conn przekazał te informacje Ericowi Greenowi, który odpowiadał w amerykańskiej Radzie Bezpieczeństwa Narodowego za sprawy rosyjskie. Później do inicjatywy dołączył bankier inwestycyjny Bob Foresman, a kluczową postacią stał się Matthias Warnig, były funkcjonariusz wschodnioniemieckiej Stasi i wieloletni znajomy rosyjskiego prezydenta.
Warnig miał tę przewagę nad wieloma dyplomatami, bo mógł rozmawiać z Putinem bez konieczności przechodzenia przez całą machinę rosyjskiej administracji. Kierował wcześniej projektem gazociągu Nord Stream, znał rosyjskie elity i miał osobisty dostęp do człowieka, który rozpętał wojnę.
4 października 2022 roku doszło do spotkania w Zurychu. Kilka tygodni później Warnig przekazał Amerykanom, że rozmawiał z Putinem i przedstawił mu stanowisko Waszyngtonu. Według relacji pośrednika rosyjski prezydent deklarował gotowość do negocjacji i wskazywał rozmowy rosyjsko-ukraińskie w Stambule z wiosny 2022 roku, jako możliwy punkt wyjścia. Nie oznacza to, że Putin zamierzał porzucić wszystkie swoje cele. Przeciwnie, z relacji wynikało, że uważał kontynuowanie działań wojennych za konieczne, a jednocześnie dopuszczał rozmowy o ich zakończeniu.
„Financial Times” podkreśla, że amerykańscy urzędnicy nie potwierdzili, iż nieformalna inicjatywa odegrała decydującą rolę w ograniczeniu zagrożenia nuklearnego. Waszyngton prowadził również oficjalne rozmowy z Moskwą. Nie można więc przypisywać grupie biznesmenów zasług, których nie udało się niezależnie potwierdzić.
Co właściwie proponowano Ukrainie?
W styczniu 2023 roku uczestnicy inicjatywy, nazywanej „Platformą”, spotkali się na Gran Canarii i przygotowali projekt porozumienia. W lutym dokument miał zostać przedstawiony zarówno Putinowi, jak i Zełenskiemu. Założenia były dalekie od pełnego zwycięstwa którejkolwiek ze stron. Rosja miała wycofać wojska z większości terytoriów zajętych po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji. Linia rozgraniczenia miała natomiast odpowiadać sytuacji sprzed 24 lutego 2022 roku, z uwzględnieniem rosyjskiej kontroli nad zajętymi wcześniej Krymem oraz częścią Donbasu.
Ukraina miałaby zaakceptować faktyczną rosyjską kontrolę nad Krymem i zapewnić Rosji swobodny przejazd lądowym korytarzem prowadzącym na półwysep. W zamian otrzymałaby gwarancje bezpieczeństwa ze strony państw NATO. Moskwa rozpoczęłaby natomiast osobne rozmowy ze Stanami Zjednoczonymi dotyczące własnych gwarancji bezpieczeństwa.
Ważnym elementem pozostawała kwestia członkostwa Ukrainy w NATO. Putin sprzeciwiał się przystąpieniu Ukrainy do Sojuszu, ale dopuszczał jej członkostwo w Unii Europejskiej oraz alternatywny mechanizm bezpieczeństwa. Według relacji Warniga rosyjski prezydent przeanalizował dokument, naniósł uwagi i zgodził się na proponowany przebieg linii rozgraniczenia. To właśnie ta informacja stanowi jeden z najbardziej interesujących elementów publikacji brytyjskiego dziennika.
Trzeba jednak zachować precyzję: nie był to podpisany traktat, uzgodniony rozejm ani wiążąca oferta rosyjskiego rządu. Była to propozycja wypracowana przez nieformalnych pośredników, a stanowisko Putina znamy przede wszystkim z relacji Warniga. Nie wiemy, czy rosyjski przywódca zaakceptowałby wszystkie warunki podczas oficjalnych negocjacji ani czy jego wojsko rzeczywiście wycofałoby się zgodnie z ustaleniami. Mimo tych zastrzeżeń propozycja zasługuje na uwagę. Zakładała bowiem wycofanie rosyjskich wojsk z rozległych obszarów zajętych podczas inwazji, a więc również z terenów, które Moskwa ogłosiła częścią Federacji Rosyjskiej. Nie byłoby to rozwiązanie sprawiedliwe z punktu widzenia ukraińskich roszczeń terytorialnych, ale mogłoby oznaczać przerwanie walk i odzyskanie przez Kijów kontroli nad znaczną częścią okupowanego kraju.
Ukraina przy takim rozwiązaniu musiałaby pogodzić się z utratą Krymu, przynajmniej w wymiarze faktycznej kontroli, oraz z rosyjskim korytarzem lądowym. Co więcej, gwarancje bezpieczeństwa, choć istotne, nie byłyby automatycznie równoważne członkostwu w NATO i wynikającym z niego zobowiązaniom sojuszniczym. Ważne jest też, że takie porozumienie, nie dawałoby Ukrainie rzeczywistego bezpieczeństwa, a jedynie zamrażałoby konflikt.
Dlaczego Zełenski nie chciał rozmawiać o ustępstwach?
Według relacji przedstawionych przez „Financial Times” ukraiński producent filmowy Ołeksandr Rodnianski, który uczestniczył w inicjatywie i miał kontakty z władzami w Kijowie, napotkał poważne trudności z przedstawieniem propozycji Zełenskiemu oraz ówczesnemu szefowi jego biura, Andrijowi Jermakowi. Ukraińskie władze nie chciały zaakceptować ustępstw dotyczących granic. Uważały, że sytuacja militarna pozwala im osiągnąć więcej, bez rezygnacji z terytoriów. Ukraina odzyskała wcześniej część obszarów w obwodach charkowskim i chersońskim, a jej wojsko przygotowywało się do kontrofensywy w 2023 roku.
Z perspektywy Kijowa rachunek mógł wydawać się logiczny. Dlaczego oddawać Rosji Krym i zapewniać jej korytarz lądowy, skoro istnieje nadzieja na odzyskanie kolejnych terenów? Dlaczego rezygnować z aspiracji do NATO, skoro właśnie rosyjska agresja pokazała, jak niebezpieczne jest pozostawanie poza systemem gwarancji Sojuszu?
Wojna to jednak nie tylko kwestia tego, czego chce się od przeciwnika, ale również tego, co rzeczywiście można od niego uzyskać. Rodnianski oceniał, że ukraińskie władze były nadmiernie optymistyczne w ocenie swoich perspektyw wojskowych. Jego zdaniem potrzebna była presja Stanów Zjednoczonych, aby Kijów poważnie potraktował kompromis. To opinia uczestnika wydarzeń, a nie bezspornie ustalony fakt. Niemniej stawia ona istotny problem, czy w 2023 roku Ukraina właściwie oceniła własne możliwości i potencjalną cenę dalszej wojny?
Zełenski mógł uważać, że ustępstwa byłyby nie tylko politycznie nieakceptowalne, ale również strategicznie błędne. Nie zmienia to jednak faktu, że odrzucenie kompromisu oznaczało kontynuowanie wojny, której kosztów nie dało się dokładnie przewidzieć.
Warto przy tym pamiętać, że prezydent Ukrainy nie podejmował decyzji w politycznej próżni. Miał do czynienia ze społeczeństwem, które zostało zaatakowane, utraciło bliskich, domy i bezpieczeństwo. Zgoda na faktyczne pozostawienie Krymu pod kontrolą Rosji mogłaby zostać odebrana jako zdrada obywateli i żołnierzy, którzy walczyli o integralność terytorialną kraju. Nie można więc uczciwie sprowadzić sprawy do tezy, że ukraiński prezydent odrzucił pokój, ponieważ wolał wojnę. Można natomiast pytać, czy nie uzależnił możliwości zakończenia konfliktu od warunków, których spełnienie stawało się coraz mniej prawdopodobne.
Czy Zełenski w ogóle chce zakończenia wojny?
To pytanie brzmi prowokacyjnie, ale w polityce międzynarodowej powinno się je stawiać bez strachu przed niewygodnymi odpowiedziami. Trzeba tylko rozróżnić trzy sprawy: pragnienie pokoju, warunki, na jakich pokój miałby zostać zawarty, oraz polityczne interesy związane z prowadzeniem wojny. Nie ma podstaw, by na podstawie samego odrzucenia nieformalnej propozycji stwierdzić, że Zełenski nie chce końca wojny. Nie znamy jego prywatnych motywacji, a odmowa przyjęcia konkretnego układu nie oznacza automatycznie odrzucenia każdej możliwości pokojowej.
Można jednak oceniać skutki jego polityki i zadawać pytania o jej założenia. Jeżeli przywódca uznaje, że pokój jest możliwy wyłącznie po odzyskaniu wszystkich terytoriów, a zarazem nie dysponuje pewnością, że jego armia będzie w stanie tego dokonać, powinien przedstawić obywatelom uczciwy rachunek ryzyka. Ile jeszcze istnień ludzkich może kosztować realizacja maksymalnych celów? Jak długo państwo jest w stanie prowadzić wojnę? Jakie są realne szanse na uzyskanie skutecznych gwarancji bezpieczeństwa? Co stanie się, jeśli zachodni partnerzy ograniczą pomoc?
To, co też istotne, nie są pytania prorosyjskie, a wyłącznie o odpowiedzialność przywódcy za państwo.
Polityk nie może traktować każdej propozycji kompromisu jako obrazy godności narodowej. Ta ma znaczenie, lecz jej obrona nie polega wyłącznie na deklarowaniu nieustępliwości. Czasami wymaga także umiejętności rozpoznania momentu, w którym dalsze trwanie przy maksymalnych żądaniach może przynieść więcej strat niż korzyści. Z drugiej strony podobnej odpowiedzialności należałoby wymagać od Putina. To Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję. Nie można odwracać tej kolejności i przedstawiać ukraińskiego oporu jako pierwotnej przyczyny konfliktu. Jeśli Moskwa rzeczywiście chciała zakończenia wojny, mogła udowodnić to konkretnymi działaniami, a nie tylko deklaracjami przekazywanymi przez osobistego znajomego prezydenta.
Największym problemem tej historii jest zatem nie to, że Zełenski nie przyjął propozycji. Problem polega na tym, że nieformalny projekt, który miałby potencjalnie zatrzymać walki, nie został poddany skutecznej próbie oficjalnych negocjacji.
Waszyngton również ma coś na sumieniu
Z ustaleń „Financial Times” wynika, że inicjatywa rozpadła się ostatecznie w lutym 2023 roku, gdy pojawiły wątpliwości, czy amerykańscy pośrednicy działają z upoważnienia Białego Domu. Według relacji Warniga Putin poinformował swojego doradcę Jurija Uszakowa o istnieniu kanału i polecił sprawdzić jego wiarygodność u Jake’a Sullivana, ówczesnego doradcy prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego. Sullivan miał odpowiedzieć, że Waszyngton nie autoryzował tej inicjatywy i uznaje istniejące kanały oficjalnej komunikacji za wystarczające.
Byli przedstawiciele amerykańskiej administracji zakwestionowali jednak tę wersję. Twierdzili, że Uszakow nie poruszał z Sullivanem kwestii kanału Warniga, a Eric Green podważał również twierdzenie, że Waszyngton nie prowadził poważnych rozmów z Moskwą.
Nie można zatem uznać za dowiedzione, że administracja Joe Bidena świadomie zablokowała gotowy pokój. Można natomiast postawić pytanie, czy amerykańskie władze nie powinny były dokładniej sprawdzić możliwości, które pojawiły się za pośrednictwem ludzi mających dostęp do Kremla? Jeżeli istniała choćby ograniczona szansa na wynegocjowanie wycofania rosyjskich wojsk z dużej części okupowanych obszarów, należało ją zweryfikować. Nie oznacza to obowiązku zaakceptowania rosyjskich warunków. Oznacza obowiązek sprawdzenia, czy można je zmienić.
Zachód powinien zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście dążył do zakończenia wojny na warunkach zapewniających Ukrainie bezpieczeństwo, czy też jego polityka przez pewien czas opierała się przede wszystkim na założeniu, że Rosja zostanie militarnie osłabiona, a ostateczne rozstrzygnięcie można odłożyć na później.
To nie są cele tożsame. Można jednocześnie wspierać Ukrainę i próbować zakończyć wojnę. Można również tak prowadzić politykę, że pierwsze zadanie zacznie wypierać drugie.
Czy zmarnowano okazję do zawarcia pokoju?
Uczestnicy inicjatywy przekonują, że w 2023 roku istniała możliwość osiągnięcia porozumienia korzystniejszego dla Ukrainy niż warunki, które mogłyby pojawić się po kolejnych latach walk. Ich argument jest zrozumiały: im dłużej trwa wojna, tym więcej ludzi ginie, infrastruktura ulega zniszczeniu, a pozycje negocjacyjne stron mogą się zmieniać. Nie oznacza to jednak, że gdyby Ukraina zaakceptowała propozycję, konflikt na pewno by się zakończył.
Po pierwsze, nieformalna deklaracja Putina nie była gwarancją wykonania umowy. Po drugie, nie wiadomo, czy rosyjskie wojsko rzeczywiście wycofałoby się z ustalonych obszarów. Po trzecie, nie przedstawiono mechanizmu gwarantującego, że Rosja nie wykorzystałaby zawieszenia broni do przygotowania kolejnej ofensywy. Po czwarte, nie ma pewności, czy państwa NATO, zobowiązałyby się do udzielenia Ukrainie pomocy w przypadku ponownego ataku.
To ostatnie zagadnienie jest szczególnie ważne. Ukraina nie potrzebowała jedynie zakończenia strzelaniny. Potrzebowała warunków, które ograniczałyby ryzyko ponownej inwazji. Gwarancje bezpieczeństwa zapisane na papierze mogą mieć ogromne znaczenie, ale ich wartość zależy od tego, kto ich udziela, co dokładnie obiecuje, i czy jest gotowy ponieść koszty realizacji zobowiązań.
Dlatego nie należy przedstawiać wydarzeń z 2023 roku jako historii pewnego pokoju, który Zełenski odrzucił z niewytłumaczalnych powodów. Była to niewykorzystana możliwość negocjacyjna, obciążona poważnymi niewiadomymi i politycznym ryzykiem. Nie wolno jednak popaść w przeciwną skrajność i uznać, że skoro układ nie był gwarantowany, nie warto było go badać.
Pokój nie jest kapitulacją, ale nie może być również złudzeniem
Historia tajnych rozmów z 2023 roku przypomina, że wojny nie kończą się od samych deklaracji. Potrzebują negocjacji, ustępstw, gwarancji i politycznej odwagi. Niekiedy wymagają także przyznania, że pierwotne cele okazały się nieosiągalne albo że ich realizacja pochłonęłaby więcej, niż państwo jest w stanie zaakceptować. Wołodymyr Zełenski miał prawo odrzucić propozycję, którą uważał za niebezpieczną dla przyszłości Ukrainy. Jednak, czy jego decyzja powinna być wyłączona z krytycznej oceny. Podobnie administracja Bidena miała prawo nie ufać nieformalnym pośrednikom, ale powinna umieć wyjaśnić, czy i dlaczego uznała ich inicjatywę za niewartą dalszego sprawdzenia.
Najważniejszy wniosek nie brzmi więc, że Ukraina nie chciała pokoju. Brzmi znacznie poważniej: w 2023 roku polityczne kalkulacje, nieufność i wiara w możliwość osiągnięcia lepszych wyników na polu bitwy mogły zamknąć drogę do rozmów, które należało przynajmniej dokładnie zweryfikować.
Nie wiemy, czy ta droga prowadziła do trwałego pokoju. Nie wiemy nawet, czy Putin rzeczywiście zamierzał dotrzymać warunków, które miał omawiać z Warnigiem. Wiemy natomiast, że wojna trwała dalej, a jej kosztów nie ponosili przede wszystkim ludzie siedzący przy negocjacyjnym stole. Ponosili je żołnierze, cywile, rodziny rozdzielone przez front i kolejne pokolenia Ukraińców, które będą musiały odbudować kraj.
Dlatego pytanie o Zełenskiego jest zasadne, pod warunkiem że nie zastąpi analizy gotowym oskarżeniem. Czy jego polityka rzeczywiście zwiększała szanse na bezpieczne zakończenie wojny? Czy ocena możliwości militarnych Ukrainy była realna? Czy Zachód zrobił wystarczająco dużo, by zbadać alternatywy dla dalszej walki?
Na te pytania nie wystarczy odpowiedzieć patriotycznym sloganem ani automatycznym oskarżeniem o prorosyjskie sympatie. Potrzebne są fakty, dokumenty i uczciwy rachunek politycznych decyzji. Jedno natomiast pozostaje pewne: pokój nie staje się zdradą tylko dlatego, że wymaga ustępstw. Ale też nie staje się sukcesem tylko dlatego, że ktoś nazwie go porozumieniem.
Największym błędem Zełenskiego mogło być nie samo odrzucenie propozycji z 2023 roku, lecz ewentualne przekonanie, że czas, determinacja i wsparcie Zachodu automatycznie doprowadzą Ukrainę do zwycięstwa. Największym błędem Zachodu mogło być zaś założenie, że można jednocześnie podtrzymywać wojnę, osłabiać Rosję i odkładać na później pytanie o warunki jej zakończenia. To właśnie te błędy, jeśli rzeczywiście miały miejsce, wymagają rozliczenia. Nie dla satysfakcji politycznych przeciwników Zełenskiego ani dla wygody Kremla, lecz po to, by przyszłe decyzje nie były podejmowane z takim samym lekceważeniem dla niepewności, kosztów i ludzkiego życia.
Bo historia nie rozlicza przywódców wyłącznie z tego, jak stanowczo przemawiali w czasie wojny. Rozlicza ich również z tego, czy potrafili rozpoznać moment, w którym należało spróbować ją zakończyć.
Bogdan Feręc
Źr. Financial Times
Fot. CC President Of Ukraine

