PiS na krawędzi. Albo rewolucja, albo polityczny dom spokojnej starości
Dawno nie zajmowałem się konkurencją polityczną Koalicji Obywatelskiej, więc dla zachowania równowagi wypada powiedzieć kilka słów również o Prawie i Sprawiedliwości. Niestety, obraz tej partii również nie będzie malowany jasnymi barwami. Wręcz przeciwnie. Mam bowiem coraz silniejsze przekonanie, że Jarosław Kaczyński popełnił błąd, a na dodatek strategiczny, który kosztuje jego ugrupowanie coś znacznie cenniejszego niż kilka punktów procentowych w sondażach. Kosztuje czas, a ten w polityce jest walutą, której nie da się odzyskać.
Spójrzmy choćby na pisowskiego pomazańca, czyli Przemysława Czarnka. Jeszcze niedawno przedstawiano go niemal jako polityczną wunderwaffe PiS-u. Miał zostać nową twarzą ugrupowania, kandydatem na premiera, człowiekiem zdolnym poderwać prawicowy elektorat i zmusić Donalda Tuska do defensywy. Początek rzeczywiście wyglądał obiecująco, bo Czarnek był aktywny i dynamiczny, wręcz medialny. Sondaże lekko drgnęły, sympatycy PiS-u zaczęli zbierać okruchy optymizmu, a przeciwnicy znacznie uważniej obserwować rozwój wydarzeń i ujadać, jak psy gończe na polowaniu, by jednak potem wszystko się zatrzymało.
Nie było kolejnego uderzenia, nie było nowej narracji, nie było politycznego przyspieszenia i zamiast ofensywy pojawiła się stagnacja. Dzisiaj trudno mówić o jakimkolwiek marszu po władzę, bo znacznie bardziej przypomina to powolną dewaluację notowań, która postępuje niemal niezauważalnie, ale systematycznie.
Dlaczego?
Przecież PiS nadal punktuje rząd, nadal krytykuje Koalicję Obywatelską, nadal wytyka błędy ministrów i premiera. Cóż, problem polega na tym, że robi to dokładnie tak samo jak dwa, trzy czy dziesięć lat temu, natomiast polityka nie lubi i nie wybacza powtarzalności. W Polsce nie wystarczy być trochę ostrym. Trzeba być bezwzględnie skutecznym, a kiedy przeciwnik popełnia poważny błąd, opozycja powinna rzucić się na niego z całą siłą, szarpać za gardło i nogawki. Tymczasem PiS coraz częściej zachowuje się tak, jakby bał się własnego cienia. Ostatnia afera dotycząca funkcjonowania warszawskiego szpitala, która echem i czkawką odbija się na politycznych salonach, mogła przecież zdominować debatę publiczną i stać się politycznym koszmarem rządzących. Tymczasem została wykorzystana jedynie częściowo, bez konsekwencji i bez odpowiedniej determinacji, przynajmniej do tej pory.
Jeszcze większym problemem są jednak ludzie, bo po prawej stronie sceny politycznej od miesięcy oglądamy dokładnie te same twarze, które społeczeństwo oglądało już przed utratą przez PiS władzy. Te same nazwiska, te same spory, takie same konferencje prasowe, niezmienne argumenty i co najgorsze – ten sam sposób prowadzenia polityki. To właśnie ci politycy w ogromnym stopniu odpowiadają za utratę władzy, jak były premier Mateusz Morawiecki, który podejmuje próby szarpania KO za nogawki, ale jakoś tak nieudolnie, a chwilami nawet śmiesznie. Wiemy przecież, że PiS stracił władzę nie dlatego, że byli niekompetentni, choć z całą pewnością byli, a i popełniali mrowie błędów. Nie dlatego też, że nie mieli doświadczenia – mieli i to spore, ale przegrali dlatego, że wyborcy zwyczajnie się nimi zmęczyli i charakteryzowali się dokładnie taką samą arogancją, jaką obserwujemy obecnie.
Polityka jest brutalna, więc czasem nie przegrywa się dlatego, że jest się złym, a niekiedy dlatego, że jest się w niej zbyt długo. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że Prawo i Sprawiedliwość wcale nie musi wymyślać nowej strategii, aby ponownie wejść na najjaśniejsze salony. Ono już ją kiedyś opracowało i co więcej – odniosło dzięki niej spektakularny sukces. Warto przypomnieć sobie okoliczności dwóch kampanii prezydenckich, więc najpierw Andrzeja Dudy, a potem Karola Nawrockiego. Obaj przed startem swoich kampanii byli znani przede wszystkim osobom interesującym się głęboko polityką. Dla przeciętnego Polaka pozostawali postaciami niemal anonimowymi, wręcz fikcyjnymi. Nie byli liderami partyjnych konfliktów, nie uczestniczyli przez lata w telewizyjnych awanturach, nie kojarzyli się z politycznym zmęczeniem materiału i właśnie dlatego mogli wygrać.
Obaj jednak pokazali wyborcom nową twarz prawicy. Świeżość okazała się wartością większą niż doświadczenie, czyli ludzie nie głosowali wówczas wyłącznie na nazwiska. Głosowali na zmianę wizerunku.
Można przecież cały czas powtarzać, że Nawrocki był kandydatem społecznym. To jednak bardziej element kampanijnej narracji niż rzeczywistość. Wszyscy doskonale wiedzieli, kto stoi za jego kandydaturą, to jednak nie miało większego znaczenia. Liczył się wtedy efekt, a ten był taki, że PiS potrafił na chwilę przestać być PiS-em, którego wyborcy mieli i mają już serdecznie dosyć.
Właśnie tutaj, w tych dwóch prezydentach znajduje się odpowiedź na pytanie, jak odzyskać władzę. Nie kolejnymi konferencjami tych samych polityków. Nie kolejnymi występami ludzi, którzy od kilkunastu lat prowadzą dokładnie te same wojny. Nie kolejnym odgrzewaniem tych samych emocji. Prawo i Sprawiedliwość powinno wykonać najbardziej bolesny, ale jednocześnie najważniejszy ruch od wielu lat. Stara gwardia powinna, a może nawet musi zniknąć z pierwszej linii frontu. Nie mówię o politycznej emeryturze. Nie nawołuję do wyrzucania kogokolwiek z partii lub składania w mauzoleum. Doświadczenie w polityce jest bardziej niż potrzebne, jednak doświadczenie nie musi oznaczać codziennej obecności przed kamerami.
Jarosław Kaczyński, Mariusz Błaszczak i wielu innych polityków mogłoby nadal uczestniczyć w podejmowaniu strategicznych decyzji, ale powinni przestać być twarzami codziennej polityki. Ich miejsce powinni zająć ludzie, których Polacy jeszcze nie zdążyli znienawidzić ani pokochać, czyli przede wszystkim młodsi, wyważeni i naturalniejsi. Ludzie mówiący normalnym językiem zamiast politycznym żargonem i posługujący się emocjonalnymi hasłami. Politycy, którzy nie wyglądają, jakby codziennie budzili się z zamiarem stoczenia kolejnej wojny z połową społeczeństwa.
I to nie będzie oznaka słabości Prawa i Sprawiedliwości, bo to stało się obecnie warunkiem przetrwania.
Każda partia polityczna wcześniej czy później staje przed koniecznością wymiany pokoleniowej. Jedne robią to świadomie, a inne czekają, aż wyborcy wymuszą zmianę przy urnach. PiS coraz bardziej przypomina więc partię, która panicznie boi się własnego odświeżenia, a przecież historia tego ugrupowania jasno wskazuje coś zupełnie odwrotnego. Największe sukcesy PiS odnosił właśnie wtedy, gdy stawiał na nowe twarze.
Dlatego dziwi mnie, że Jarosław Kaczyński wciąż nie zdecydował się na odważniejszy ruch. Być może już dostrzega problem, być może prowadzone są wewnętrzne rozmowy, być może plan sukcesji istnieje. Jeżeli jednak tak właśnie jest, to realizowany jest zdecydowanie zbyt wolno. Polityka, co będę powtarzał do znudzenia, nie znosi próżni. Jeżeli PiS nie stworzy nowego pokolenia liderów, rezygnując z podstarzałego Czarnka i emeryta Kaczyńskiego, zrobią to za niego inni. Konfederacja tylko czeka na rozczarowanych wyborców prawicy, więc każdy miesiąc bez zmian działa na korzyść konkurencji.
Można też powiedzieć, że największym przeciwnikiem Prawa i Sprawiedliwości nie jest dziś Donald Tusk, nie jest nim nawet Koalicja Obywatelska. Najgroźniejszym przeciwnikiem PiS-u jest sam PiS, który nie umie oderwać się od PiS-u sprzed kilku lat. Prawo i Sprawiedliwość to teraz wciąż partia, która nie zauważyła, że świat się zmienił, która uwierzyła, że raz zdobyte poparcie pozostanie na zawsze i wreszcie partia, która wciąż myśli, że wyborcy będą głosować z przyzwyczajenia.
Nie będą.
Wyborcy są znacznie bardziej pragmatyczni, niż politykom się wydaje. Jeżeli zobaczą energię, kompetencję i świeżość, potrafią zmienić swoje preferencje bardzo szybko. Tak samo szybko, jak kiedyś dali szansę Andrzejowi Dudzie czy Karolowi Nawrockiemu. Dzisiaj PiS stoi przed prostym wyborem, czyli albo odważy się na prawdziwą rewolucję kadrową i pozwoli nowemu pokoleniu przejąć mikrofony, kamery oraz polityczną inicjatywę, albo pozostanie zakładnikiem własnych legend.
Jarosław Kaczyński przez lata udowodnił, że potrafi zaskakiwać politycznych przeciwników. Być może zrobi to jeszcze raz, jednak, o ile nadal będzie uważał, że do zwycięstwa wystarczy wystawiać te same stare konie, iść z tymi samymi hasłami o złym Tusku i tym samym stylem prowadzenia polityki, może się okazać, że następne wybory nie będą walką o powrót do władzy, lecz o utrzymanie pozycji największej partii opozycyjnej.
Wiemy przecież, że na politycznej szachownicy nie wygrywa ten, kto najdłużej siedzi przy stole, a ten, kto w odpowiednim momencie ma odwagę wymienić figury. Ale to wymaga odwagi i zastosowania słów pewnej piosenki…
Bogdan Feręc
Graf. Wygenerowana przez AI
