Operacja „Cisza w oborze”. Krowy ponownie na celowniku, a metan w odwrocie
Wygląda na to, że Irlandia postanowiła zmierzyć się z problemem, który jeszcze niedawno uchodził za tak naturalny, jak deszcz w Galway. Krowy mają bekać mniej, a najlepiej w ogóle nie bekać. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, dokąd zmierza współczesna polityka rolna, to właśnie otrzymał odpowiedź, że do momentu, w którym nawet przeżuwanie stanie się kwestią regulowaną.
W ramach inwestycji wartej 37,5 mln euro państwo finansuje projekty, które mają uczynić rolnictwo bardziej „efektywnym i odpornym”. W praktyce oznacza to między innymi badania nad tym, jak sprawić, by bydło produkowało mniej metanu. Wysokiej klasy specjaliści ustalili, że większość tego gazu nie pochodzi teraz już z tego, co intuicyjnie przychodzi na myśl, lecz z bekania, uwaga naukowców koncentruje się właśnie na tym subtelnym, acz strategicznym aspekcie życia krowy. Blisko 1,5 mln euro przeznaczono na analizę dodatków paszowych, które mają ograniczyć emisje w całym cyklu życia zwierzęcia. Innymi słowy, krowa przyszłości ma nie tylko rosnąć i dostarczać mięsa, ale robić to w sposób możliwie najcichszy, przynajmniej z punktu widzenia atmosfery. Do tego dochodzi sztuczna inteligencja monitorująca zdrowie stad, biopolimery z alg i opakowania z resztek browarnianych, więc całość zaczyna przypominać momentami bardziej laboratorium niż gospodarstwo rolne.
Oficjalna narracja jest typowa, bo mowa jest o innowacji, konkurencyjności i zrównoważonym rozwoju i padają zapewnienia o konieczności inwestowania w przyszłość sektora rolno-spożywczego. Wszystko brzmi spójnie, dopóki nie spojrzy się na to z perspektywy producentów, którzy od lat funkcjonują pod rosnącą presją regulacyjną, kosztową i środowiskową.
*
Trudno oprzeć się wrażeniu, że krowa staje się tu wygodnym symbolem, czyli problemem, który można zmierzyć, opisać i ograniczyć. W mojej ocenie to nie jest wyłącznie kwestia emisji metanu. To kolejny etap procesu, w którym ograniczanie produkcji bydła staje się celem samym w sobie, tylko opakowanym w język badań i technologii. W tle pojawia się jednak szerszy kontekst polityczny i handlowy, w tym relacje z krajami Mercosur, które od dawna budzą obawy europejskich producentów wołowiny.
Z tej perspektywy trudno nie widzieć w całej operacji czegoś więcej niż tylko walki z gazami cieplarnianymi. To kolejny punkt na mapie działań, które systematycznie podnoszą poprzeczkę dla hodowców, jednocześnie otwierając rynek na konkurencję z zewnątrz. Efekt jest przewidywalny: rosnące koszty, coraz większa niepewność i poczucie, że reguły gry zmieniają się szybciej, niż da się do nich dostosować.
A gdzieś w tym wszystkim i to na samym końcu stoi krowa, żuje, patrzy i przynajmniej na razie, jeszcze swobodnie się jej odbija. Choć jeśli tempo zmian się utrzyma, być może niedługo będzie musiała robić to w sposób zgodny z wytycznymi, najlepiej po cichu i z pełną świadomością swojego wpływu na klimat.
Absurd? Być może. Jednak w obecnych realiach to absurd, który dostał finansowanie, harmonogram i bardzo konkretny cel.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
