Dobrze, to wyślijcie mnie na Białoruś! A jak już się rozpędzicie, to najlepiej do Korei Północnej
Tekst dedykuję Pani Sylwii, Panu Andrzejowi i innym, którzy już spisali mnie na straty albo banicję.
Pisze sobie człowiek felietony, przelewa na papier swoje przemyślenia, stawia tezy, udowadnia je albo obala, czasem kogoś pochwali, częściej skrytykuje, a tu nagle okazuje się, że najwyraźniej nie pasuje do otaczającego go świata. I wtedy zapada wyrok. Bez sądu, bez prawa do odwołania, za to z dobrze znanym kierunkiem podróży: Białoruś. Najlepiej gdzieś pod Mińsk. Podobno właśnie tam byłoby mi lepiej niż w Irlandii, Polsce, a może nawet w całej Unii Europejskiej.
Nie raz i nie dwa razy słyszałem już takie sugestie. Powód? Oficjalnie nie znam, ale mogę się domyślać, że chodzi o rzecz niezwykle poważną, wręcz niewybaczalną. Otóż mam czelność prezentować poglądy odmienne od tych, które podobają się pewnej grupie samozwańczych przedstawicieli europejskiej nowoczesności. Nie zawsze klaszczę tam, gdzie klaszczą inni, niekoniecznie zachwycam się tym, czym zachwycać się należy, a kiedy coś mi się nie podoba, zdarza mi się o tym napisać.
W dzisiejszych czasach to już niemal wystarczający powód, żeby wskazać człowiekowi kierunek emigracji. Nie podoba ci się nasza wizja świata? Drzwi są tam. A właściwie nie drzwi, tylko granica. Najlepiej wschodnia.
Zmartwię jednak wszystkich, którzy już zaczęli pakować moje walizki. Gdybym rzeczywiście miał wybierać, to wolałbym znaleźć się w Moskwie. Niestety, ostatnio Ukraińcy ostrzeliwują również rosyjską stolicę, więc być może Mińsk byłby rozwiązaniem nieco bezpieczniejszym. Nie mówię, że idealnym. Po prostu w życiu człowieka przychodzą czasem takie chwile, kiedy trzeba dokonać wyboru między dwiema niedoskonałościami.
Oczywiście, zanim ktoś zacznie wyciągać z tego daleko idące wnioski, warto byłoby wykonać pewną podstawową czynność, z którą najwyraźniej nie wszyscy sobie radzą. Mianowicie porównać oba miasta. Moskwa jest znacznie bardziej europejska, niż wielu osobom wydaje się na podstawie telewizyjnych komentarzy, politycznych deklaracji i opowieści ludzi, którzy najczęściej oglądali ją z odległości bezpiecznej dla własnych przekonań. Mińsk przypomina mi natomiast Warszawę i to tę z okresu tuż po 1989 roku. Oczywiście nie jest to porównanie idealne, ale pewne podobieństwa można dostrzec.
Tyle że przecież nie o urbanistykę tutaj chodzi. Nie zamierzam pisać przewodnika turystycznego ani namawiać nikogo do weekendowego wypadu na Białoruś. Cała zabawa zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek zastanowi się, dlaczego właściwie miałby tam trafić.
Bo podobno tam pasuję.
No dobrze, może i pasuję. Sam jednak mam co do tego poważne wątpliwości. Nie dlatego, że nie potrafiłbym się tam odnaleźć, ale dlatego, że nie jestem przekonany, czy ludzie, którzy tak ochoczo wysyłają mnie na Wschód, rzeczywiście przemyśleli własną propozycję. Język rosyjski znam, więc z porozumiewaniem się nie powinienem mieć większych problemów. Nie musiałbym pokazywać palcem na chleb, udawać, że rozumiem wszystko, co słyszę, ani uczyć się od podstaw, jak zamówić obiad. Co więcej, zarówno Rosjanie, jak i Białorusini potrafią być ludźmi miłymi, życzliwymi i przyjaźnie nastawionymi do innych. Wiem, że dla niektórych może to być informacja trudna do przyswojenia, nawet herezja, ale ludzie mieszkający w państwach, których polityki nie akceptujemy, nie tracą automatycznie człowieczeństwa na przejściu granicznym.
I tutaj dochodzimy do sedna sprawy.
Zaraz zapewne odezwą się głosy, że jestem niespełna rozumu, skoro w ogóle dopuszczam taką myśl. I wiecie co? W pewnym sensie mogę się nawet zgodzić. Pod jednym jednak warunkiem, że będziemy rozmawiać o polityce zagranicznej i wewnętrznej obu państw, a nie o zwykłych ludziach, którzy w nich żyją. To są dwie różne sprawy. Polityka państwa nie jest tym samym, co charakter jego mieszkańców, a sympatyczny człowiek nie staje się automatycznie zwolennikiem każdej decyzji własnego rządu. Tak samo jak krytyk polityki Unii Europejskiej, nie musi być przeciwnikiem Europy, a człowiek niezgadzający się z władzami w Mińsku, nie musi uważać Białorusi za kraj zamieszkany wyłącznie przez ludzi niegodnych zaufania.
To naprawdę nie jest skomplikowane. Wystarczy odrobina dobrej woli i zdolność odróżniania ludzi od systemów politycznych. Dlatego jeśli ktoś już koniecznie chce mnie wysyłać na Wschód, niech przynajmniej uściśli, o co mu chodzi. Czy mam tam pojechać dlatego, że nie podzielam jego poglądów? Czy może dlatego, że nie chcę bezkrytycznie przyjmować wszystkiego, co podaje się za jedyną słuszną interpretację wydarzeń? A może po prostu dlatego, że w jego świecie krytyka własnego obozu jest dopuszczalna wyłącznie wtedy, kiedy dotyczy przeciwników?
W takim przypadku problem nie leży ani w Mińsku, ani w Moskwie. Leży znacznie bliżej.
Ale dobrze, zostawmy na chwilę politykę i przyjrzyjmy się temu, co w życiu człowieka ma znaczenie całkiem przyziemne. Nie chodzi przecież wyłącznie o flagi, przemówienia, geopolityczne deklaracje i telewizyjne dyskusje. Człowiek musi jeszcze coś zjeść, kupić podstawowe produkty, zatankować samochód i zapłacić rachunki. Nawet najbardziej zagorzały obrońca europejskich zasad, nie jest w stanie wyżywić rodziny samymi wartościami. Przynajmniej nie słyszałem jeszcze o takim przypadku. Właśnie dlatego postanowiłem przyjrzeć się cenom na Białorusi. Skoro mam tam zostać zesłany, wypadałoby przynajmniej sprawdzić, czy będę miał za co żyć.
No i zaczyna robić się ciekawie. Według informacji, na które trafiłem w internecie, kilogram chleba na Białorusi kosztuje w przeliczeniu na złotówki od 2,60 do 3,42 zł. Byłem ostatnio w Polsce i w Łodzi za kilogram chleba płaciło się mniej więcej od 5 do 7 złotych. Oczywiście wszystko zależy od rodzaju pieczywa, sklepu i miejsca zakupu. Ja akurat wybierałem nieco inny chleb, więc za kilogram wychodziło mi około 16 złotych. Tak, dobrze przeczytaliście. Szesnaście złotych.
Nie twierdzę, że każdy polski bochenek kosztuje tyle samo ani że należy natychmiast organizować narodową wyprawę po pieczywo do Mińska. Pokazuję jedynie, że różnice cenowe potrafią być spore, a codzienne zakupy bywają znacznie bardziej wymowne niż niejedna polityczna deklaracja.
Przejdźmy więc do obiadu. Ziemniaki, produkt prosty, swojski i niewymagający specjalnych umiejętności kulinarnych. Kilogram na Białorusi ma kosztować około 1,72 zł, podczas gdy w Polsce około 2 złote.
Różnica nie zwala z nóg, ale przecież nikt nie obiecywał, że po przekroczeniu granicy wszystkie produkty nagle stanieją o połowę. Ziemniaki to jednak dopiero początek. Do nich przydałoby się jeszcze trochę masła, bo suche kartofle, nawet jeśli są tanie, mogą być dość przykrym doświadczeniem kulinarnym. W Mińsku 200 gramów masła kosztuje w przeliczeniu około 2,61 zł. W Polsce trzeba za taką porcję zapłacić od 5,20 zł do ponad 7 złotych.
I proszę, oto kolejny element układanki. Nie ma tutaj wielkiej filozofii. Jest produkt, jest cena, jest różnica. Można oczywiście dyskutować o jakości, dostępności, zarobkach, podatkach i całej reszcie ekonomicznych uwarunkowań. I słusznie, bo porównywanie samych cen bez uwzględnienia siły nabywczej i poziomu wynagrodzeń nie daje pełnego obrazu sytuacji. Ale kiedy ktoś wysyła człowieka do innego kraju, przekonując go, że powinien tam zamieszkać, wypadałoby przynajmniej sprawdzić, jak wygląda codzienność na miejscu. Bo codzienność nie składa się wyłącznie z konferencji prasowych i słów premiera, że jest świetnie, a będzie jeszcze lepiej, byle tylko PiS nie rządził.
Na koniec zatankujmy jeszcze samochód. W końcu nawet zesłanie polityczne nie oznacza, że człowiek musi poruszać się wyłącznie pieszo, więc pewnie kupiłbym jakiegoś rozklekotanego Moskwicza albo inne Żiguli. Na Białorusi benzyna 95 kosztuje około 3,54 zł za litr, a olej napędowy 5,53 zł. W Polsce za litr benzyny 95 zapłacimy około 6,79 zł, natomiast diesel kosztuje około 7,97 zł, o ile akurat rząd premiera Donalda Tuska nie weźmie się za obniżanie cen, i nie ustali ich na ponad 8 złotych.
Różnice są wyraźne. Zanim więc ktoś zacznie wyciągać z nich wnioski, których wcale nie formułuję, przypomnę tylko, że ceny paliw są jednym z elementów kosztów życia, a nie kompletną miarą zamożności społeczeństwa. Dochodzą przecież zarobki, dostępność towarów, podatki, usługi publiczne, ograniczenia gospodarcze i wiele innych czynników. Nie zmienia to jednak faktu, że przy kasie na stacji benzynowej ideologiczne deklaracje mają zwykle niewielką wartość. Dystrybutor nie pyta, czy jesteś zwolennikiem Wschodu, Zachodu, Brukseli czy Waszyngtonu. Pokazuje cenę i oczekuje zapłaty.
I właśnie w tym miejscu chciałbym zadać moim politycznym geografom jedno, bardzo konkretne pytanie.
Jak bardzo poczuję się pokrzywdzony, jeśli rzeczywiście wygonicie mnie z Irlandii albo Polski na Białoruś?
Nie twierdzę, że Białoruś jest rajem na ziemi. Nie twierdzę też, że niższe ceny chleba, masła czy paliwa rozwiązują wszystkie problemy tego kraju. Nie zamierzam udawać, że kwestie swobód obywatelskich, sytuacji politycznej czy relacji państwa z obywatelem można zignorować tylko dlatego, że zakupy wychodzą taniej. Chodzi mi o coś znacznie prostszego. O tę osobliwą łatwość, z jaką niektórzy ludzie proponują innym przeprowadzkę do państwa, które ma być rzekomo odpowiednim miejscem dla każdego, kto myśli inaczej. Jakby zmiana adresu rozwiązywała spory polityczne, a przekroczenie granicy automatycznie porządkowało cudze poglądy.
To zresztą dość zabawne, że w świecie, który tak chętnie opowiada o wolności, różnorodności i tolerancji, tak szybko pojawia się pomysł, by niewygodnego człowieka odesłać gdzieś daleko. Najlepiej tam, gdzie nie będzie już przeszkadzał.
A przecież można inaczej. Można się spierać, krytykować, wytykać błędy i udowadniać, że ktoś nie ma racji. To wszystko jest częścią normalnej debaty. Wysyłanie oponenta na Wschód nie jest natomiast argumentem. Jest jedynie przyznaniem, że na argumenty zabrakło pomysłu.
Dlatego mam na koniec propozycję dla wszystkich, którzy tak bardzo martwią się o moje geograficzne dopasowanie do otaczającej rzeczywistości. Nie ograniczajcie się do Białorusi. Jeśli już organizujecie mi przeprowadzkę, zróbcie to porządnie. Z rozmachem, konsekwentnie i bez półśrodków. Skoro nie pasuję do Irlandii, Polsce też podobno nie odpowiadam, a w Unii Europejskiej najwyraźniej jestem elementem niepożądanym, to może od razu wyślijcie mnie do Korei i to Północnej.
Tam dopiero będę miał okazję przekonać się, jak wygląda życie w państwie, w którym zakres dopuszczalnych poglądów jest znacznie węższy niż lista produktów w przeciętnym sklepie. Tylko uprzedzam, że jeśli nawet tam znajdę coś, co uznam za warte pochwały, i coś, co zasługuje na krytykę, to nie gwarantuję, że zamilknę.
W końcu felietonista nie po to pisze, żeby wszystkim było przyjemnie. A jeśli komuś bardzo przeszkadza to, co piszę, zawsze może przestać czytać. To rozwiązanie znacznie tańsze niż organizowanie mi biletu w jedną stronę.
Bogdan Feręc
Photo by Aleksandr Artiushenko on Unsplash

