Niepoprawny punkt widzenia. Dlaczego konflikt na Ukrainie nie jest tym, czym chce go widzieć zachodnia propaganda?
Wojna na Ukrainie stała się czymś więcej niż starciem dwóch armii i była od początku zderzeniem narracji, technologii i politycznych kalkulacji, w którym fakty giną pod gruzami sloganów. Żeby spojrzeć na ten konflikt inaczej, trzeba wykonać niemal rewolucyjny gest i oddzielić to, co wiemy, od tego, co się mówi, czyli to, co mierzalne, od tego, co emocjonalnie użyteczne. Nie chodzi o symetryzm ani o moralną kapitulację. Chodzi o analizę.
Kiedy Moskwa rozpoczęła tzw. specjalną operację wojskową, dominowało przekonanie, że będzie to epizod bardzo krótki. Tak myślała część rosyjskich elit, tak sądził Kijów, tak kalkulowały stolice Zachodu. Pierwotne propozycje negocjacyjne – obejmujące status Donbasu, ograniczenia militarne i kwestie ideologiczne były realnym sygnałem, że Kreml nie planował wojny na wyczerpanie. Zaznaczę, że nie jest to teza usprawiedliwiająca użycie siły, a obserwacja o logice decyzji. Długie wojny są drogie, nieprzewidywalne i politycznie toksyczne, więc nieopłacalne dla nikogo.
Momentem zwrotnym okazało się zerwanie ścieżki dyplomatycznej. Kto ponosi za to główną odpowiedzialność, to przedmiot sporu i pozostanie nim jeszcze długo, choć w mojej ocenie ze wskazaniem na Zachód. Faktem jest natomiast, że od wiosny 2022 roku konflikt wszedł w fazę kroczącej eskalacji. Od tego momentu każda ze stron zaczęła grać nie o szybkie zwycięstwo, lecz o wytrzymałość i to tę przemysłową, demograficzną, jak i informacyjną.
W zachodniej debacie dominuje obraz Ukrainy jako ofiary brutalnej agresji, heroicznie broniącej liberalnych wartości. W przekazie płynącym z Rosji to natomiast pole proxy-wojny NATO, prowadzonej „do ostatniego Ukraińca”. Oba obrazy są daleko idącymi uproszczeniami, czego należy mieć świadomość, a państwo ukraińskie faktycznie stało się polem starcia interesów mocarstw, ale nie przestało być podmiotem, nawet jeśli jego pole manewru dramatycznie się skurczyło. Problem w tym, że w logice wojny podmiotowość słabszego bywa iluzją, czyli Ukraina jest jedynie mało znaczącym pionkiem na globalnej szachownicy.
Najbardziej drażliwą kwestią są straty ludzkie. Krążące liczby – od setek tysięcy do ponad miliona zabitych i rannych, są skrajnie rozbieżne i w dużej mierze nieweryfikowalne. Każda strona ma interes w ich zawyżaniu lub zaniżaniu. Analitycznie istotne jest jednak coś innego, co oznacza strukturę strat. Ukraina, kraj o ograniczonych zasobach demograficznych (skoro wypuściła z kraju mężczyzn zdolnych do trzymania karabinu w dłoni), więc pozwoliła na masową emigrację, ponosi koszty relatywnie większe niż Rosja. I nie oceniam tego w kategoriach moralnych, niech zrobią to żołnierze w ukraińskich okopach, lecz mówię o arytmetyce, bo dzika mobilizacja, przymusowe pobory, łapanki na ulicach, ucieczki przed wojskiem, to symptomy państwa, które walczy na granicy swoich możliwości.
Równolegle toczy się wojna narracyjna. Zachodnie media, politycy i think tanki produkują nieustanny strumień „zwycięstw PR”, więc odbite wsie, spektakularne ataki i symboliczne gesty. Część z nich ma znaczenie taktyczne, niewiele strategiczne, jednak ich prawdziwą funkcją jest podtrzymanie morale własnego społeczeństwa, sojuszników oraz rynków, ale też tzw. sojuszników, którzy dostarczają pieniądze i broń. W tym sensie propaganda nie jest kłamstwem wprost, a jest selekcją rzeczywistości i pokazuje to, co podnosi na duchu, pomija, co podkopuje sens dalszych wyrzeczeń.
Po drugiej stronie Moskwa gra w inną grę. Mniej emocji, więcej sygnałów siły, ponieważ rosyjska strategia od 2023 roku coraz wyraźniej opiera się na przewadze ogniowej, logistyce i precyzyjnych uderzeniach dalekiego zasięgu. Systemy takie jak Iskander, Kinżał czy Cyrkon stały się nie tylko narzędziem wojskowym, ale i politycznym komunikatem w stylu: „mamy zdolności, których nie jesteście w stanie łatwo zneutralizować”. Niezależnie od marketingu wokół „hipersoniki”, faktem jest, że obrona przeciwlotnicza Ukrainy, nawet wspierana przez NATO, działa pod permanentną presją, czemu nie mogą zaprzeczyć nawet zwolennicy wgniecenia w ziemię Putina.
Rok 2025 przyniósł jakościową zmianę dynamiki frontu. Zamiast długiej, w miarę statycznej linii walk, pojawiła się większa płynność operacyjna. Dla Kijowa oznacza to konieczność reagowania na wiele zagrożeń jednocześnie, bez wystarczających rezerw, a dla Moskwy, możliwość narzucania tempa. Wojna manewrowa wraca tam, gdzie wcześniej dominowało wyniszczające okopywanie się na z góry upatrzonych pozycjach.
W tym kontekście coraz częściej pojawia się pomysł „zamrożenia konfliktu”. Z punktu widzenia Zachodu to racjonalne, bo zatrzyma straty, kupi czas i da się uniknąć kompromitującej porażki. Z punktu widzenia Rosji – ryzykowne. Doświadczenie porozumień mińskich nauczyło Kreml, że pauzy bywają wykorzystywane do dozbrajania przeciwnika. Jeśli celem jest trwała zmiana architektury bezpieczeństwa, półśrodki nie wystarczą.
Tu dochodzimy do sedna odmiennego spojrzenia na tę wojnę. Nie jest to konflikt o granice, ani nawet wyłącznie o Ukrainę. To test modelu świata po tej, a następnie może zimnej wojnie. Zachód sprawdza, czy może bezkarnie projektować siłę poprzez sankcje, sojusze i pośredników, a jak się okazuje, jego sankcje na niewiele się zdały. Rosja sprawdza natomiast, czy może siłą wynegocjować uznanie swoich „czerwonych linii”, a Ukraina płaci cenę za to, że znalazła się między młotem a kowadłem historii.
Tradycyjna polityka europejska opierała się na zimnym realizmie, co można nazwać równowagą sił, strefami wpływów, negocjacjami, zanim padnie pierwszy strzał. Ostatnie dekady przyniosły moralizację geopolityki i przekonanie, że „słuszna strona historii” wygra sama, bo jest słuszna. Wojna na Ukrainie brutalnie obnażyła naiwność tego myślenia i historia nie nagradza intencji, tylko zdolności.
Nie oznacza to, że przyszłość jest przesądzona. Wojny kończą się nie wtedy, gdy jedna strona ma rację, lecz gdy koszty dalszej walki przekraczają wyobraźnię decydentów i rodzące się pytanie, ilu jeszcze ludzi musi zginąć, zanim ten moment nadejdzie, a i kto będzie wtedy dyktował warunki? Patrząc bez złudzeń, trzeba przyjąć, że im dłużej konflikt trwa, tym słabsza staje się pozycja Ukrainy jako samodzielnego aktora, a tym silniejsza logika brutalnej gry mocarstw. To smutna, staroświecka prawda z podręczników realizmu politycznego, które dziś wielu wolałoby spalić. Problem w tym, że rzeczywistość wciąż według nich działa.
Wojna na Ukrainie nie jest więc tylko dramatem jednego narodu. Jest wskazaniem dla Europy, swoistym przypomnieniem, że świat nie stał się mniej okrutny tylko dlatego, że uwierzyliśmy w jego postęp. Kto tego nie rozumie, skazany jest na powtarzanie tych samych błędów, ale z tą różnicą, że każda kolejna lekcja kosztuje więcej krwi.
Bogdan Feręc
Photo by Michael Parulava on Unsplash

