Na pograniczu rowerów i motocykli. Rząd ma dylemat klasyfikacji e-hulajnóg
Wprowadzenie urządzeń transportu osobistego do krajobrazu miejskiego miało być technologicznym i ekologicznym przełomem, przyspieszającym cyfrową oraz zieloną transformację transportu. Tymczasem e-hulajnogi stały się kością niezgody w najwyższych korytarzach władzy, rodząc pytania o granice regulacji i bezpieczeństwo ruchu drogowego.
Problem zarysował się wyjątkowo ostro na tle rosnącej liczby wypadków i obrażeń, których ofiarami nierzadko padają osoby nieletnie. Nadchodząca jesień przyniesie próbę zmierzenia się z tym wyzwaniem na drodze ustawodawczej, jednak proponowane zmiany wywołały wyraźny podział opinii wśród decydentów.
Zwolennicy zdecydowanych kroków, po naradzie z udziałem przedstawicieli gabinetu i służb mundurowych, skłaniają się ku twardej polityce. Propozycja, by nadać hulajnogom elektrycznym status pojazdów z napędem mechanicznym (MPV), zrównałaby je w świetle prawa z motocyklami i samochodami osobowymi.
Zapowiedź ta wiąże się z koniecznością wdrożenia pełnej rejestracji urządzeń, co pozwoliłoby na jednoznaczną identyfikację zarówno właściciela, jak i dystrybutora sprzętu. Choć opcja całkowitego zakazu poruszania się tymi pojazdami pozostaje na razie w zawieszeniu, planowane poprawki do ustaw o ruchu drogowym i rejestrach kierowców mają na celu drastyczne ukrócenie samowoli na drogach. Wśród uzgodnionych decyzji znalazło się także podniesienie minimalnego wieku użytkowników z 16 do 18 lat, obowiązek noszenia kasków oraz kamizelek odblaskowych, a także dwukrotne podwyższenie opłat za odbiór zatrzymanego przez służby sprzętu.
Jednak tak drastyczna zmiana kwalifikacji prawnej budzi zrozumiałe obawy części rządu i ekspertów od transportu. Przypisanie e-hulajnogi do kategorii pojazdów mechanicznych pociąga za sobą natury prawne konsekwencje, czyli wymóg posiadania prawa jazdy, wnoszenia opłat skarbowych, przechodzenia obowiązkowych badań technicznych czy posiadania ubezpieczenia OC. Krytycy zwracają uwagę, że narzucenie tak uciążliwych obostrzeń na pojazdy, których maksymalna prędkość i tak ma być fabrycznie ograniczona do 20 km/h, mija się z celem. Nadmierna biurokracja może zniechęcić tysiące osób, które korzystają z tego środka transportu w sposób odpowiedzialny, traktując go jako codzienną, ekologiczną alternatywę w dojazdach do pracy czy szkoły.
Głosy wstrzemięźliwości wskazują, że prawo powinno uderzać precyzyjnie w punkt, gdzie pojawia się realne zagrożenie, zamiast stosować odpowiedzialność zbiorową.
Skuteczna ochrona najmłodszych oraz uszczelnienie systemu sprzedaży nie muszą oznaczać natychmiastowego zrównania lekkiej hulajnogi z kilkusetkilogramowym motorem. Problem ten zresztą nie dotyczy wyłącznie jednego kraju, bo debaty nad zbalansowaniem regulacji toczą się na całym forum międzynarodowym. Dodatkową barierą proceduralną pozostaje konieczność zawiadomienia Komisji Europejskiej w ramach Systemu Informacji o Przepisach Technicznych przed jakimikolwiek zmianami wpływającymi na rynek produktów.
Ostateczny kształt przepisów pokaże, czy uda się wypracować kompromis, który uchroni zdrowie użytkowników dróg, nie zabijając przy tym idei zrównoważonej mobilności miejskiej.
Bogdan Feręc
Źr. The Irish Times
Photo by Anna Barabanova on Unsplash
