Mur zamiast mandatu – kredyt zamiast strategii i dwie decyzje, ale jeden rachunek
Decyzja Łotwy o odrzuceniu paktu migracyjnego wybrzmiewa jak twarde uderzenie w stół w sali pełnej dyplomatycznych półszeptów. Rząd w Rydze mówi jasno, że nie przyjmie migrantów i nie zapłaci Brukseli za ich nieprzyjmowanie. Jak podkreśliła szefowa łotewskiej dyplomacji Baiba Braże, kraj wzmocnił ochronę granic, a bariera w formie wysokiego płotu na wschodniej granicy jest gotowa.
W tle pozostaje doświadczenie w postaci przyjęcia tysięcy uchodźców z Ukrainy i presji nielegalnej migracji ze strony Białorusi, a pomimo tego Komisja Europejska nie uznała Łotwy za państwo znajdujące się pod szczególną presją migracyjną. Łotysze odpowiedzieli więc po swojemu, czyli polityką faktów dokonanych.
Łotwa dołącza tym samym do grona państw, które stanowczo sprzeciwiają się paktowi migracyjnemu, a znalazła się obok Węgier, Czech i Słowacji. W narracji Unii Europejskiej pakt jawi się jako mechanizm stałej presji, bo albo przyjmowanie migrantów, albo kary finansowe. Według przedstawionej interpretacji oznacza to także możliwość corocznego wywierania nacisku przez instytucje unijne, co z punktu widzenia pobocznych obserwatorów, może wyglądać na kolejne unijne podziały.
Z tej perspektywy pojawia się jeszcze jeden element, więc poniekąd postulat budowy szerszej koalicji państw sprzeciwiających się tym rozwiązaniom i powstający powoli, jednak skutecznie blok państw stawiających suwerenność decyzji migracyjnych ponad wspólnotowym mechanizmem relokacji i opłat.
W tym obrazie pojawia się Polska, a jako kraj, który, według krytyków, zamiast budować front sprzeciwu, akceptuje mechanizm paktu, licząc na domniemane czasowe wyjątki. Padają też mocne oskarżenia pod adresem władz o brak w nich realnej woli zatrzymania tych regulacji, choć obywatele jasno wskazują, że migracja obywateli z zewnątrz państw wspólnoty w ogóle ich nie interesuje. W centrum tej opowieści stoi hasło bezpieczeństwa jako nadrzędnego obowiązku państwa wobec rodowitych mieszkańców Polski.
Druga część tej historii przenosi ciężar z granic na finanse i z polityki migracyjnej na politykę bezpieczeństwa. Polska w ramach unijnego programu SAFE zaciągnęła już pożyczkę w wysokości 44 miliardów euro na zbrojenia, choć nie ma żadnej pewności, że te właśnie pieniądze zostaną nad Wisłą. Dlaczego? Ponieważ rząd w Warszawie zaproponował Ukrainie wspólne projekty zbrojeniowe w ramach tych środków. W takim kontekście oznacza to, że główny, a może nawet cały ciężar spłaty spadnie na polskich podatników, przy braku realnych gwarancji oraz bezpośrednich korzyści bezpieczeństwa dla Polski.
Pojawia się też szerszy rachunek, bo ponad 100 miliardów złotych pomocy dla Ukrainy, a chodzi o militarną, logistyczną i socjalną – oraz przekazanie uzbrojenia, które jawi się, jako pozostawienie luki w polskich zdolnościach obronnych. Do tego wszystkiego dochodzi zgoda Warszawy na udział w unijnym długu 90 miliardów euro na rzecz Ukrainy. Całość buduje więc obraz państwa, które zbyt łatwo przyjmuje rolę finansowego zaplecza dla innych państw, a nawet niebędących członkami Unii Europejskiej.
W tej politycznej układance kluczowe jest pytanie, czy pomagać państwom spoza Unii Europejskiej, jak długo i na jakich warunkach? Problem dotyczy tutaj przede wszystkim granicy między solidarnością a interesem narodowym, między strategią bezpieczeństwa a polityką zobowiązań. Pamiętamy przecież wszyscy, jak w lutym 2022 roku ruszyła fala pomocy Ukrainie, a wówczas wspierała walczący kraj cała Europa i duża część świata, jednak ostatnie wydarzenia pokazują, że część tego wsparcia zostało zmarnotrawione lub dostało się w prywatne ręce. Nikt w 2022 roku nie pytał, kto odda pieniądze, nikt nie wątpił w pomoc, ale od tego czasu dużo się zmieniło, a przede wszystkim nastawienie europejskich społeczeństw do kontynuacji wsparcia finansowego, ale też do samych tzw. uchodźców wojennych.
Historia Europy pokazuje niezbicie, a wystarczy wrócić do wciąż dostępnych opracowań, które dają dowody, że najdroższe bywają nie decyzje, lecz brak odpowiednich decyzji. Natomiast rachunki w polityce, jak w życiu, prędzej czy później ktoś musi zapłacić – pytanie tylko kto i za co…
Bogdan Feręc
Źr. MEP Ewa Zajączkowska-Hernik
Graf. Wygenerowana przez AI
