Monetarna agonia świata. Cywilizacja pieniądza zmierza ku nieuchronnemu krachowi – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Monetarna agonia świata. Cywilizacja pieniądza zmierza ku nieuchronnemu krachowi

Współczesny globalny ład oparty jest na skomplikowanych i wzajemnie powiązanych instrumentach finansowych, a znalazł się w punkcie zwrotnym, z którego nie ma już bezpiecznego powrotu. Patrząc bez emocji i z pełną rzetelnością ekonomiczną na fundamentalne wskaźniki makroekonomiczne, należy postawić bolesną, lecz bezkompromisową diagnozę, że świat pod względem monetarnym jest już kompletnym bankrutem. Jedynym realnym ratunkiem dla podtrzymania pozorów płynności stała się natomiast ucieczka do przodu, która w praktyce oznacza albo dopuszczenie do natychmiastowej, gwałtownej zapaści całego systemu, albo nieskrępowany, destrukcyjny, dalszy dodruk pustego pieniądza.

W obu tych przypadkach ludzkość skończy bardzo źle. Kluczem do zrozumienia naszej obecnej sytuacji jest świadomość, że zarówno pierwszy scenariusz, ten katastroficzny, jak i drugi, będący jedynie formą paliatywnego odsuwania wyroku w czasie, prowadzą nas dokładnie do tego samego, tragicznego końca. Różnią się jedynie dynamiką i rozłożeniem akcentów społecznych w czasie, jednak finał pozostaje niezmienny, czyli będzie to całkowita utrata wartości siły nabywczej i reset dotychczasowego sposobu życia.

Aktualnie rządzący oraz kluczowi decydenci polityczni na całym świecie znajdują się na etapie głębokiego zaprzeczenia, w którym za wszelką cenę nie chcą przyznać, że cywilizacja pieniądza jest w swojej schyłkowej fazie. Co więcej, w oficjalnym dyskursie publicznym nie podejmują oni nawet najmniej realnych prób systemowego rozwiązania tej kwestii, skupiając się zamiast tego na maskowaniu objawów choroby. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź na to pytanie okazuje się przerażająco prosta, choć skrajnie niewygodna dla establishmentu. Gdyby politycy zdecydowali się na uczciwość, musieliby publicznie wyznać, że wraz z ostatecznym końcem parytetu złota i zerwaniem systemu z Bretton Woods, zaczęli bezwzględnie zadłużać świat na potężne, niemożliwe do spłacenia kwoty. Porzucenie twardego fundamentu kruszcu, uwolniło rządy od dyscypliny budżetowej i otworzyło drzwi do niczym nieograniczonej kreacji pieniądza z powietrza, co stało się podstawą tej współczesnej i kreowanej przez polityków piramidy finansowej.

Istotne w tym wszystkim jest to, że nasz świat monetarny, a więc pieniądze, które obywatele wypracowują codzienną, ciężką pracą, z każdym rokiem są drastycznie mniej warte. Proces ten nie wynika z naturalnych mechanizmów rynkowych, a jedynie z faktu, że banki centralne bezustannie drukują ich coraz więcej, aby pokryć narastające lawinowo długi, jakie bezpośrednio wynikają z systemowo malejącej wartości samej waluty. To klasyczne błędne koło, a kreacja nowego długu wymaga emisji nowego pieniądza. Emisja rozwadnia natomiast bazę monetarną, zmniejszając siłę nabywczą oszczędności i zmuszając do kolejnej rundy zadłużania.

Aby w pełni zrozumieć skalę tej degradacji i to, jak głęboko inflacja ukryta w systemie uderzyła w tkankę społeczną, warto dokonać retrospekcji historycznej. Popatrzmy na lata trzydzieste, czterdzieste, pięćdziesiąte i sześćdziesiąte ubiegłego wieku i przeanalizujmy, jaki był wówczas dominujący model rodziny oraz realne możliwości ekonomiczne przeciętnego gospodarstwa domowego. Absolutnym standardem w tamtych dekadach było to, że w strukturze rodzinnej pracowała zawodowo zaledwie jedna osoba, a mimo to udawało się utrzymać całe gospodarstwo przy życiu, zapewniając dach nad głową oraz podstawowe środki egzystencji. Oczywiście, nie we wszystkich gospodarstwach domowych można było mówić, iż żyje się na wyjątkowo wysokim czy przyzwoitym poziomie, ale obiektywna prawda historyczna pokazuje, że bez problemu dawało się przeżyć z jednej pensji, a stabilność ekonomiczna była wartością namacalną.

Wszystko zaczęto drastycznie, choć stopniowo zmieniać tuż po zakończeniu II wojny światowej, kiedy to architekci nowego ładu społeczno-gospodarczego uznali, że rodziny powinny mieć do dyspozycji znacznie więcej nominalnych pieniędzy. Oficjalnym celem tej profesjonalnie opakowanej transformacji miało być stymulowanie i rozwijanie handlu detalicznego, co z kolei, choć tylko w teorii miało dynamicznie pobudzić wewnętrzną ekonomię poszczególnych państw. Co jednak faktycznie za tym stoi i jakie były realne konsekwencje tych zmian? Świat poszedł w nieco innym kierunku, niż głosiły to szumne rewolucyjne slogany, które obiecywały powszechny dobrobyt poprzez masową rewolucję w zatrudnieniu i wejście na rynek pracy nowych grup społecznych, głównie kobiet. Owszem, na rynku pojawiło się zdecydowanie więcej pieniędzy, ale zamiast realnie podnieść standard życia rodzin, środki te błyskawicznie zaczęły przejmować i akumulować tworzące się, potężne korporacje międzynarodowe. Z tego zjawiska można z kolei wysnuć niezwykle ponury, lecz logiczny wniosek, iż wielkie namawianie do emancypacji przemysłowej społeczeństwa wcale nie doszło do skutku z powodu troski o faktyczny rozwój państw czy dobrobyt jednostek. Prawdziwym motorem napędowym było dążenie do tego, aby za wszelką cenę napędzać zyski prywatnych firm kosztem realnej siły nabywczej obywateli.

To jednak zaledwie jeden z wielu aspektów całej złożonej sprawy związanej z systemowym upadkiem pieniądza. Mamy przecież kolejny, niezwykle jaskrawy przykład, jakim jest rynek nieruchomości, gdzie przez pokolenia absolutnym standardem były własne domy przekazywane z ojca na syna. Tych domów i mieszkań natomiast przez długi czas w ogóle nie budowało się na kredyty, ponieważ instrumenty takie w dzisiejszym rozumieniu praktycznie nie istniały.

Oczywiście, w wyjątkowych sytuacjach można było zadłużyć się na pewne mniejsze kwoty u lokalnych pożyczkodawców, by doraźnie wesprzeć proces zakupu lub wyposażenia nieruchomości, ale stanowiło to margines gospodarki. Sytuacja uległa istotnej zmianie, gdy instytucje bankowe zauważyły, że można zacząć na takich wieloletnich operacjach pożyczkowych generować gigantyczne i bez wysiłku zyski. Już w latach pięćdziesiątych poprzedniego stulecia domy zaczęły gwałtownie drożeć, napędzane korporacyjnym kapitałem spekulacyjnym. Ten celowy zabieg wywołał trwały skutek psychologiczny, a kiedy już skutecznie przyzwyczajono wiele społeczeństw do myśli, że bezwzględnie mogą i muszą mieć własne cztery kąty, rozbudziło to masową chęć posiadania nieruchomości na własność, ale nie za własne pieniądze, bo za wszelką cenę. Niestety, w wyniku tej manipulacji ceny domów zaczęły rosnąć w tempie geometrycznym, co tłumaczono opinii publicznej rzekomo zwiększonym zapotrzebowaniem wolnego rynku. Co jednak najistotniejsze i najbardziej zatrważające, bardzo szybko doszło do momentu, w którym nie można już było sfinansować zakupu nieruchomości nawet z dwóch łączonych, pełnych pensji.

Dokładnie w ten sposób narodził się współczesny, drapieżny rynek kredytów hipotecznych. Co ciekawe, na samym początku jego istnienia najdłuższym okresem, na jaki racjonalnie myślący człowiek mógł zaciągnąć takie zobowiązanie pożyczkowe, było zaledwie osiem lat. Spójrzmy teraz na naszą współczesność i zderzmy to z dzisiejszą rzeczywistością, w której standardowe kredyty na zakup skromnego mieszkania zaciąga się rutynowo na około trzydzieści lat. To porażające porównanie bezlitośnie pokazuje, jak potężną część swojej realnej wartości stracił pieniądz na przestrzeni zaledwie kilku dekad, a człowiek współczesny stał się dziś niewolnikiem instytucji finansowych na większość swojego dorosłego życia tylko po to, by zaspokoić podstawową biologiczną potrzebę, jaką jest bezpieczne schronienie.

Co również niezwykle ciekawe z punktu widzenia historii gospodarczej, ta gigantyczna piramida finansowa, jaką przez długie lata z pełną premedytacją budowały banki komercyjne we współpracy z globalnymi korporacjami, zaczęła ostatecznie chylić się ku nieuchronnemu upadkowi w 2008 roku. Wtedy właśnie eksplodował potężny kryzys finansowy, obnażając fikcję toksycznych aktywów. Wówczas, prawie natychmiast zareagowały rządy państwowe, które zamiast pozwolić rynkowi na naturalne oczyszczenie, podjęły decyzję o ratowaniu winowajców. Wpompowały w cały niewydolny system niewyobrażalne biliony dolarów, euro, rubli, jenów i innych globalnych walut, co na chwilę powstrzymało natychmiastowe załamanie się struktur. Kolejnym krokiem milowym, jaki w fundamentalny sposób przyczynił się do ostatecznego zdegradowania systemu finansowego na świecie, była pandemia koronawirusa. W tamtym okresie państwowe mennice i komputery banków centralnych działały na najwyższych możliwych obrotach, generując sztuczną płynność pieniężną z prędkością, jakiej historia nowożytna jeszcze nie widziała.

Jaki jest tego bezpośredni, odczuwalny przez nas wszystkich efekt? Jest nim wszechobecna, niszczycielska inflacja, która obecnie w sposób jasny i klarowny wskazuje, że papierowy pieniądz w naszych portfelach przestał pokrywać realną wartość towaru i faktyczne koszty jego produkcji. Tak oto doszliśmy do zjawiska samej inflacji, z którą obecnie, niezwykle dzielnie i pokazowo, walczą nasi politycy. Aby ułatwić zrozumienie tego mechanizmu, posłużę się przykładem z naszego bezpośredniego podwórka, a mianowicie polityką realizowaną przez Europejski Bank Centralny. Otóż EBC z pełną powagą wmawia nam w swoich oficjalnych komunikatach, że prawidłowym, zdrowym dla gospodarki wzrostem inflacji jest ten utrzymujący się na poziomie 2 procent rocznie.

W tym miejscu jako obywatel i obserwator zadaję ważne pytanie: dlaczego?! Z jakiego obiektywnego powodu chleb musi z każdym rokiem drożeć? Czy masło naprawdę musi być droższe z każdym kolejnym sezonem? Czy samochody muszą mieć każdego roku przypisaną wyższą cenę? Według dogmatów Europejskiego Banku Centralnego odpowiedź brzmi: tak, ponieważ to rzekomo napędza wzrost gospodarczy i stymuluje konsumpcję. No dobrze, ale skoro wielkim tuzem matematyczno-ekonomicznym nie jestem, to z perspektywy zwykłego człowieka nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób mam się realnie przyczynić do wzrostu ekonomicznego – w moim konkretnym przypadku Irlandii – skoro absolutnie wszystko wokół mnie drożeje, nawet jeśli formalnie dzieje się to tylko o te mityczne dwa procent rocznie. Czy moja pensja rośnie automatycznie w dokładnie takim samym tempie? Czy nadąża za realną inflacją koszyka zakupów? I wreszcie, czy zarabiam na tyle dużo, że po kolejnym skumulowanym rocznym wzroście inflacyjnym mój realny poziom życia pozostał na tym samym, bezpiecznym poziomie? Na wszystkie te kluczowe pytania uczciwa odpowiedź brzmi krótko: nie. Jesteśmy systemowo okradani z siły nabywczej naszych dochodów bieżących i z oszczędności.

Warto też dokładniej to wyjaśnić, ponieważ dla wielu osób pewne skomplikowane pojęcia funkcjonujące w powszechnym obiegu informacyjnym są całkowicie niezrozumiałe, co akurat rządy z premedytacją wykorzystują. W mediach niezwykle często mówi się o zjawisku zwanym długiem publicznym. Pojęcie to, a odarte z akademickiej nowomowy, jest w rzeczywistości niczym innym, jak po prostu ogromnymi pożyczkami, które politycy bezczelnie zaciągają w imieniu i na koszt własnych obywateli, przerzucając odpowiedzialność na przyszłe pokolenia. To teraz zastanówmy się wspólnie i odpowiedzmy sobie na pytanie: czy słyszał ktoś ostatnio w wiadomościach, aby dług publiczny w Polsce lub w Irlandii uległ realnemu zmniejszeniu? Nie, te wskaźniki cały czas nieubłaganie rosną. Oznacza to, że zarówno gabinet Micheála Martina w Irlandii, jak i rząd Donalda Tuska w Polsce, stale i bezustannie nas zadłużają, podpisując weksle bez pokrycia.

Mogę się w tej kwestii tylko domyślać intencji, choć osobiście stoję na mocnym stanowisku, że po doświadczeniach pandemii ten gigantyczny, szalony dodruk pieniądza trzeba było za wszelką cenę ukryć przed opinią publiczną, a już z całą pewnością należało zamaskować jego bezprecedensową skalę. W efekcie Europie stojącej na samej krawędzi finansowej przepaści niezwykle na rękę była nagła inwazja Rosji na Ukrainę. Spójrzcie tylko z uwagą, w jak ogromnym stopniu uruchomiły się wówczas unijne elity, ale nie tylko one – i z jak wielką, wręcz podejrzaną ochotą rozpoczęły masowe finansowanie tej wojny. Czym to było spowodowane w wymiarze czysto pragmatycznym? Odpowiedź jest dziecinnie prosta: politycy zyskali idealne, moralne uzasadnienie, dzięki któremu mogli bez przeszkód ogłosić, iż natychmiast potrzebne są kolejne miliardowe pożyczki na wsparcie Ukrainy. W wolnym tłumaczeniu – zaczęto kolejny dodruk pieniędzy.

To teraz, czy z punktu widzenia ekonomicznego było nam to, jako społeczeństwu, bezwzględnie potrzebne? Nie będzie tu z mojej strony żadnej oceny politycznej czy moralnej samego państwa ukraińskiego, ponieważ poruszam się wyłącznie w chłodnej sferze faktów ekonomicznych. Nam, jako zwykłym obywatelom i uciemiężonym podatnikom, z całą pewnością nie było to potrzebne, gdyż bez tego geopolitycznego pretekstu ów tajemniczy, narastający dług publiczny, niewątpliwie byłby obecnie znacznie niższy, czyli wzrastałby w zdecydowanie wolniejszym tempie. Nagłą potrzebę militarnego i finansowego wsparcia Ukrainy zobaczyli błyskawicznie cyniczni politycy z całego świata. Dostrzegli oni bowiem z nieskrywaną ulgą, że właśnie niekontrolowanymi wydatkami wojennymi mogą perfekcyjnie zakryć przed społeczeństwem swoje własne, poprzednie katastrofalne błędy finansowe oraz gigantyczne zadłużenie, które wygenerowali na długo przed pierwszym wystrzałem.

Musimy jednocześnie jako dojrzałe społeczeństwo zdawać sobie sprawę, że ratowanie narodowych gospodarek na siłę i za pomocą pustego pieniądza, a nawet szatańskie finansowanie odległych konfliktów zbrojnych, to jedynie środek skrajnie tymczasowy. Tego typu działania wyłącznie pogłębiają i nawarstwiają fundamenty problemu, odwlekając na później nieuchronny, ostateczny upadek ekonomiczny. Im dłużej jako ludzkość nie robimy absolutnie nic w kierunku natychmiastowego zaprzestania tej głęboko szkodliwej działalności, a mam tu na myśli permanentny dodruk pieniądza oraz sztuczne wywoływanie potrzeb konsumpcyjnych, których społeczeństwa nie są w stanie zaspokoić z własnych, uczciwie wypracowanych pieniędzy, tym tkwiący w systemie problem staje się głębszy.

Taka ślepota doprowadzi w konsekwencji do całkowitego upadku ekonomicznego w ujęciu globalnym, ponieważ skala powiązań sprawia, że kryzys nie ograniczy się już tylko do poszczególnych, pojedynczych krajów.

Obecnie, a uważam z pełną odpowiedzialnością, że znaleźliśmy się już w fazie krytycznej, ostateczny upadek pieniądza i całkowita utrata jego szczątkowej wartości może nastąpić dosłownie w każdej chwili. Proces ten może zostać zainicjowany przez jakikolwiek, pozornie nieistotny czynnik. Wcale nie musi to być kolejna wielka wojna światowa, nie musi być tym zapalnikiem również gwałtowne bankructwo kolejnego gigantycznego banku inwestycyjnego na Wall Street. Impulsem do wywołania lawinowego, światowego krachu finansowego może stać się obecnie nawet większa, niespodziewana katastrofa naturalna, która przerwie globalne łańcuchy dostaw. Jeszcze gorzej będzie, a mamy już ku temu pierwsze, niezwykle niepokojące oznaki na rynkach międzynarodowych, gdy pieniądz zacznie gwałtownie upadać przez całkowity brak zainteresowania inwestorów papierami dłużnymi i obligacjami skarbowymi poszczególnych państw. Taki scenariusz zmusi do zintensyfikowania i tak już szaleńczego dodruku pieniądza przez banki centralne, które będą kupować własny dług tylko po to, by utrzymać niewydolne instytucje polityczne i finansowe w jakiejkolwiek sprawności ruchowej.

Z dużym, wręcz badawczym zainteresowaniem patrzę obecnie na dynamiczny rynek kryptowalut, ponieważ ten systematycznie i powoli załamuje się na naszych oczach. Osobiście nie mam absolutnie żadnej pewności, wbrew temu, co z uporem maniaka powtarzają opłacani specjaliści z tego zakresu, że mamy do czynienia jedynie z chwilową, zdrową korektą wartości rynkowej. Jeżeli przyjąć ten gorszy, lecz wysoce prawdopodobny scenariusz, obecne zawirowania mogą być zaledwie preludium i wstępem do całkowitego, spektakularnego załamania całego rynku aktywów cyfrowych. Taki krach z natury rzeczy pociągnie za sobą tradycyjny rynek inwestycyjny, by kolejnym punktem domina w tym globalnym upadku stały się banki komercyjne. One z kolei, poprzez utratę płynności i „atak” na okienka kasowe, doprowadzą do nagłego zgaśnięcia całych struktur państwowych, włączając w to nawet te najbogatsze kraje zachodnie, bo to przecież one właśnie, choć pod fasadą luksusu, są dzisiaj najbardziej zadłużonymi podmiotami na planecie. Tym samym budowana od dekad piramida finansowa ostatecznie upada z hukiem, a my jako ludzkość stajemy w obliczu systemowego kryzysu, jakiego ten świat jeszcze nigdy w swojej historii nie widział.

Bogdan Feręc

Graf. Wygenerowana przez AI

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS:
Polityczny konformiz
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.