Mieszkaniowe eldorado, czyli jak budować, żeby nie zbudować
Irlandia ma długą tradycję w produkowaniu opowieści cudownych, takich o skrzatach, złotych garnkach i innych mirażach, do których człowiek niby idzie, niby już widzi, a jednak to wszystko znika, kiedy zbliżysz się na trzy kroki. Trzeba to powiedzieć uczciwie, że w XXI wieku to nie żaden Leprechaun jest mistrzem iluzji, ale tutejsi ministrowie od mieszkalnictwa. Oni to dopiero potrafią tworzyć legendy. Takie wielkie, rozbuchane, że nawet Tolkien by się wzdrygnął i powiedział: „Panowie, może jednak trochę mniej”.
O ile dobrze pamiętam, bo przecież już ostrzegałem i było to circa siedem lat temu, waliłem na alarm, że ten kraj pędzi prosto na spotkanie ze ścianą i, że kiedy w nią uderzy, to usłyszycie gromki huk aż w Lisdoonvarna. Ale nie, ponieważ ówczesny premier uparcie wierzył w bajkę o niewidzialnej dłoni rynku, która wszystko ustawi i wyreguluje, jak niegdyś prędkość starego gramofonu. „Rynek to zrobi lepiej niż państwo”, mówił Enda Kenny. Na to zaś prezydent Michael Daniel Higgins, człowiek o duszy poety, odparł szefowi rządu, że może jednak nie, że może jednak ta niewidzialna dłoń nie zna się na murarce. Premier Kenny tylko wzruszył ramionami, jakby prezydent mówił do niego w języku elfów, i odwrócił się na pięcie.
No i co? No i mamy – wielkie irlandzkie mieszkaniowe eldorado, ale bez skarbów, a za to z czynszami tak wysokimi, że niedługo trzeba będzie brać kredyt na sam fakt, że chcesz wynająć pokój z widokiem na ceglaną ścianę drugiego domostwa.
Potem, żeby zachować przyzwoitą chronologię faktów, nastała nowa ekipa, niby świeża, niby młodsza, niby pełna energii. Leo Varadkar wchodził na scenę niczym szef bandy zbawców i pokrzykiwał donośnie, że „Naprawimy! Zmienimy! Zbudujemy tyle domów, że ludzie będą mieli prywatne garderoby na własne garderoby!”, a jego prawa ręka, czyli minister Eoghan Murphy, wziął się do roboty z takim rozmachem, że aż człowiek się zdziwił, przynajmniej dopóki nie zobaczył, co ten człowiek robi.
Minister Murphy wymyślił bloki, które miały wspólne kuchnie i wspólne strefy relaksu, ale po jednej sztuce dla dziesięciu mieszkań, czyli rozwiązanie znane bardziej z więzień niż z cywilizowanych państw. Pomysł padł szybciej niż rządowe obietnice, a opozycja miała używanie. Nic w tym dziwnego, bo jeśli ktoś chce budować cele mieszkalne, to niech przynajmniej da w każdym pokoju telewizor, a może nawet wyznaczy realny cel.
Minister Murphy poległ, wrócił do swojej prywatnej galaktyki pomysłów, a jego miejsce zajął kolejny śmiałek, którym okazał się sam, jak następnie wyszło na jaw, niesławny w roli szefa budowlanki Darragh O’Brien. Ten to dopiero zapewniał, że „zbuduje tyle domów, że Irlandczycy będą mogli się przeprowadzać z nudów”. No i jeden element tej obietnicy faktycznie się spełnił, bo ludzie zaczęli się nagminnie przeprowadzać. Tu należy dodać, że nie dlatego, iż mieszkań było w nadmiarze, a powód był prozaiczny i landlordzi po pandemii dostali szału nadrabiania strat finansowych.
Po pięciu kadencyjnych latach Darragh O’Brien nadal nie dostarczył nawet połowy tego, co obiecywał, ale za to awansował i teraz odpowiada za klimat. To akurat mnie trochę martwi, bo jeśli będzie zarządzał klimatem w taki sposób, jak mieszkaniami, które miał wybudować, to ja już widzę tę prognozę na przyszłą dekadę: „Przewidywane 12 stopni i deszcz, który zacznie padać dokładnie w chwili, kiedy uda wam się wysuszyć pranie po zeszłym deszczu”.
Następny w kolejce jest James Browne, więc człowiek, który miał postawić sektor budowlany na nogi. I postawił, tyle że nogi są z waty. W pierwszym roku „posadził” Irlandii mniej mieszkań niż standardowe 35 tysięcy, choć wcześniej napinał mięśnie jak kulturysta z reklamy suplementów. Obiecywał, że rozkręca lokomotywę. Jednak ta cała zapowiadana lokomotywa najwyraźniej pali torfem i to mokrym, bo jedzie wolniej niż debata w unijnym Parlamencie. Browne mówił w początkach swojego urzędowania, że powstanie 40 tysięcy mieszkań, ale dane kwartalne wyglądały tak, jakby budowano je patykiem i zapałkami. Wtedy tłumaczył, że to początki, że jak tego przypilnuje, to do końca roku będzie tylko lepiej. Niestety nie urosło nam nic, co mogłoby zasłonić widok na ocean, chyba że liczymy nowe hotele dla turystów, a te powstają jak grzyby po deszczu.
Tak czy inaczej, plan rządu brzmi dumnie, więc przypomnę, że to 300 tysięcy mieszkań do 2030 roku. Problem w tym, że zostało jeszcze do wybudowania jakieś 270 tysięcy, czyli tempo jak przy malowaniu płotu jedną marną szczoteczką do zębów. Skoro jednak jesteśmy już przy absurdach, to powrócił demonizowany niegdyś pomysł stawiania domków modułowych w ogrodach. Te mogą pojawiać się bez pozwoleń, byle nie przekroczyły 45 metrów kwadratowych, a będą wówczas nieopodatkowane.
Już słyszę te pytania złośliwców: Czy te domki liczą się do puli trzystu tysięcy?
Irlandia potrafi tworzyć rozwiązania tak sprytne, że aż chciałoby się powiedzieć: „Ale po co?”. Tak na koniec zadam pytanie zasadnicze, bo przecież warto się zastanowić, czy ten rządowy plan w ogóle ma szanse? Odpowiadam od serca, tak po ludzku, tak z mojej oceny i perspektywy – on nie ma, więc obietnice pozostaną na papierze, a życie pójdzie całkiem inną drogą. Powiem też, dlaczego nie ma i nie będzie mieć, bo dopóki tutejsi decydenci nie zrozumieją, że budowanie domów to nie konkurs na najładniejszą ulotkę wyborczą, to w Irlandii nic się nie zmieni.
Żeby jednak nikt mi nie zarzucał, że tylko narzekam, to proszę bardzo, przykład pozytywny, choć nie z Irlandii, ale z Chin. Mieszkańcy Państwa Środka budują tak, jak noże kroją powietrze, więc szybko, bez kombinowania i z rozmachem. Wybudowali fabrykę prefabrykatów w rok, taką dużą, nowoczesną, z taśmami produkcyjnymi, które lecą szybciej niż kolejka w Lidlu przed Bożym Narodzeniem, a potem stawiają osiem pięter bloku w tydzień. Po 30 dniach natomiast, wprowadzają się pierwsi lokatorzy. Wyobraźcie sobie takie tempo na irlandzkiej ziemi, gdzie powstaje jeden modułowiec na dzień. Pięćdziesiąt takich bloków miesięcznie. Dwa tysiące mieszkań co miesiąc. Dwadzieścia cztery tysiące rocznie, a do tego tradycyjne budownictwo, bez wyhamowania. Łącznie ponad pięćdziesiąt tysięcy jednostek rocznie.
Ale zaraz, zaraz… ktoś powie, że „my nie mamy tylu robotników”. Sprawa jest prosta i premier dzwoni do Pekinu, pyta Xi Jinpinga: Słuchaj no Xi, nie pożyczyłbyś nam ośmiu tysięcy inżynierów i garści robotników? Taką fabrykę też weźmiemy, jak macie jedną na zbyciu. W końcu Chiny od lat próbują się tu rozsiąść biznesowo, traktując Irlandię jako możliwą bramę do Europy, choć jest pewna przeszkoda, niestety największa, najtwardsza, najbardziej uparta i nazywa się Bruksela. Unia Europejska, która kiedyś Irlandię wyciągnęła z zapomnienia, dziś ciągnie ją w dół, jakby wzięła ją na plecy i postanowiła pójść przez bagno w klapkach. Dublin musi więc jej słuchać, Warszawa musi się słuchać, wszyscy muszą się słuchać i nikt nie może współpracować z kim mu pasuje, bo „nie wolno”, bo jesteśmy Unią.
A ja mówię, że oba kraje powinny zmienić model współpracy z UE, czyli możemy działać na niwie ekonomicznej i to intensywnie, a na dodatek ze wszystkimi państwami bloku, ale politycznie – wara. Niech każde państwo samo decyduje, z kim robi interesy, bez odgórnych zakazów i jeśli Irlandia chce współpracować z Koreą Północną, to proszę uprzejmie, to jej biznes, jej decyzja, jej ryzyko. Może wtedy, dopiero wtedy, mogłaby naprawdę otworzyć się na pomysły, które dają efekty, a nie tylko dobrze wyglądają na konferencjach prasowych.
I tak tu siedzimy, na tej naszej Szmaragdowej Wyspie, patrząc na rosnące wykresy czynszów i stojące w miejscu budowy. Czekamy na obietnice, które nie nadchodzą, i na domy, których nikt nie buduje. Irlandia stała się natomiast krajem, w którym szybciej znajdziesz tęczę niż mieszkanie. Ale jedno trzeba jej przyznać, iż potrafi dostarczyć materiału na felieton i to taki, że aż człowiekowi chwilami żal, iż nie można na tym rynku kupić odrobiny zdrowego rozsądku, bo to jest chyba najbardziej poszukiwany towar.
Bogdan Feręc
Photo by Josue Isai Ramos Figueroa on Unsplash
