Mandat z dostawą do domu, czyli jak prawie zostałem mężem stanu – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Mandat z dostawą do domu, czyli jak prawie zostałem mężem stanu

Kilka tygodni temu siedziałem sobie w błogostanie, uprawiając ulubioną dyscyplinę sportową znaną jako patrzenie w sufit, a to był ten moment tygodnia, w którym moje ambicje kończyły się na zaparzeniu kawy, a jedynym politycznym dylematem był wybór między „nie chce mi się” a „absolutnie mi się nie chce”.

I wtedy odezwał się telefon.

Spojrzałem na ekran, gdzie pojawił się numer z Polski. W mojej głowie natychmiast zapaliła się czerwona lampka, wyjąc niczym syrena na okręcie podwodnym, że to podejrzane. Intuicja podpowiadała mi jedno z dwóch, że albo właśnie wygrałem bon na darmowe czyszczenie dywanów w mieście, w którym nie mieszkam, albo zaraz usłyszę, że mój zaufany profil przejęty został przez hakerów z egzotycznego kraju, a jedynym ratunkiem jest kupno zestawu emaliowanych garnków gotujących na parze, a nawet bez pary.

Z pewnym obrzydzeniem, ale i resztką ciekawości, przesunąłem palcem po ekranie, ciągnąc za nim zieloną słuchawkę. – Dzień dobry panu – usłyszałem głos tak aksamitny i głęboki, że gdybym był długonogą blondynką, już przygotowywałbym się do ślubu, a może w tym momencie kupiłbym te garnki, nawet gdybym nie miał kuchni.

Jako człowiek kulturalny, co muszę podkreślać, bo na pierwszy rzut oka można odnieść zgoła inne wrażenie, odwdzięczyłem się podobnym zwrotem i przeszedłem w tryb namiętnego nasłuchu. Głos przedstawił się z imienia i nazwiska, a dosyć znane, można nawet powiedzieć, że popularne, wręcz telewizyjne. Rozmówca nie bawił się w podchody i wyznał bez bicia: „Śledzę pana”.

Zanim zdążyłem sprawdzić, czy wszystkie rolety w domu są zasłonięte, doprecyzował, że śledzi mnie medialnie, że czyta, analizuje i, o zgrozo, widzi między nami „punkty zbieżne”. W tym momencie poczułem lekkie pieczenie w okolicach mojego kręgosłupa, na szczęście tylko moralnego. Miałem już przygotowaną tyradę o tym, że nie piszę tekstów pod dyktando, nie uprawiam bałwochwalstwa za kolumnę w popularnym wydawnictwie i nie zamierzam wychwalać pod niebiosa nikogo, kto nie potrafi poprawnie wypełnić druku przelewu, ale głos był szybszy.

– Chcielibyśmy pana na pokładzie. Widzimy dla pana miejsce na liście kandydatów do Sejmu RP”.

Krztusząc się łykiem zassanej właśnie wody, parsknąłem śmiechem i nie był to śmiech dyskretny, bo był to ten rodzaj parsknięcia, po którym trzeba czyścić ekran laptopa. – Szanowny panie, wycedziłem, gdy już odzyskałem oddech. – Gdyby zadał Pan sobie trochę trudu i przeprowadził małe śledztwo na moich tekstach i wśród moich znajomych z Polski, wiedziałby Pan, że takie propozycje omijam łukiem szerszym, niż polscy kierowcy omijają przepisy ruchu drogowego.

Wyjaśniłem mojemu kusicielowi, być może zbyt ostro i zbyt łopatologicznie, że od lat zajmuję się zawodowym wytykaniem politykom braku wizji, braku idei, moralności i w wielu przypadkach, deficytów intelektualnych, które sprawiają, że nawet instrukcja obsługi tostera wydaje się im literaturą wysoką. Jakże bym mógł teraz usiąść z nimi w jednej ławie, bratać się, pić kawę w sejmowym bufecie, zastanawiając, który z moich nowych „kolegów” jest właśnie w trakcie zmieniania barw partyjnych dla lepszego miejsca w jakiejś komisji?

Dodałem, że moje „tak” byłoby, jak dobrowolne założenie sobie kagańca i żadna poselska dieta, żadna darmowa przejażdżka Pendolino i żadna legitymacja ze złotym orzełkiem nie wynagrodzi mi luksusu, jakim jest możliwość napisania, że król jest nagi i przy okazji ma fatalną polityczną nadwagę.

Mój rozmówca, z godną podziwu, acz irytującą pewnością siebie, nie przyjął odmowy. – Proszę to przemyśleć. Niech pan nikomu nie mówi o naszej rozmowie. Zadzwonię po połowie stycznia – rzucił na do widzenia, jak gdyby oferował mi ostatnią szansę na uniknięcie potopu.

Cóż, publikując ów tekst, właśnie uroczyście palę za sobą ten most, posypuję go solą i stawiam tabliczkę „Teren zaminowany”. Moja kariera polityczna zdechła, zanim zdążyłem kupić pierwszy sejmowy garnitur z poliestru, ale przynajmniej pozostaję uczciwy wobec siebie.

Zastanawia mnie tylko jedna, fascynująca rzecz. Dlaczego partia, która aktualnie jest na fali wznoszącej, chce mieć w swoich szeregach emigranta zarobkowego, który zajmuje się słownym chłostaniem polityków? I to wszystkich, od lewa do prawa, nie oszczędzając nikogo, kto akurat nawyprawia głupot niemożebnych. Czyżby w polskiej polityce brakowało już ludzi z własnym zdaniem do tego stopnia, że szukają wśród tych, którzy prawie ich nienawidzą?

A może po prostu szukali kogoś do mycia tych emaliowanych garnków? Teraz to już jednak nie jest ważne. Tak na marginesie, drugi raz już nie zadzwonił.

Bogdan Feręc

Fot. Public domian Piotr Waglowski

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
❤️‍🔥 Luty n
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.