Konkurencja zmieniła zasady gry
Do niedawna można było mówić, że wojna pomiędzy firmami była stosunkowo czysta, każdy znał zasady i wiadomo było, jak wyglądać ma walka o klienta, czyli utrzymanie się na rynku. Teraz wszystko się zmieniło, bo pojawiły się całkiem inne zasady tej gry o rynek i maksymalizację zysków.
Większość z nas wie, że w Irlandii, ale i na całym świecie powstaje rocznie miliony firm. Część z nich utrzymuje się na rynku, jednak znakomita większość upada po kilku miesiącach lub roku. To naturalna kolej rzeczy i nie ma w tym procesie niczego nadzwyczajnego. Jednak w przedsiębiorstwach, które przetrwały, a i ugruntowały swoją pozycję pokutowało przekonanie, iż muszą być lepsze od konkurencji, żeby wciąż zachować obecność na rynku. Stosowano przeróżne metody, by utrzymać stałych odbiorców, ale pozyskiwać też nowych, bo ci są wartością, jaka daje sygnał, że firma się rozwija.
Ważne jest jednak, że konkurencja nie próżnowała, a to oznacza, iż stosowała przeróżne zabiegi, aby przedstawić w gorszym świetle konkurenta, a nawet odciągnąć klientów, którzy zdecydowali się na zakup w firmie ich „wroga”. Mogliśmy wówczas obserwować, że pojawiały się promocje i zachęty, których nie oferował sklep lub hurtownia sprzedająca taki sam asortyment i wszystko się jakoś kręciło. Jednak to postępowanie, choć z zyskiem dla klientów, generowało całkiem pokaźne koszty, czyli mogło być uważane zarówno za stałą pozycję w wydatkach firmy, ale też, jako wyraźna strata.
O ile mniejsze przedsiębiorstwa wciąż trzymają się tych zasad, tak do zmasowanego ataku przystąpili hegemoni rynku i zamiast proponować potencjalnym nabywcom zniżki, uderzają bezpośrednio w konkurujące firmy. Tak dochodzimy do clou felietonu, w którym okaże się, że potentaci branżowi uznali, iż tworzenie nowych firm, jest dla nich bezpośrednim zagrożeniem i oznacza ograniczone możliwości sterowania rynkiem.
Wcześniej nawet rekiny biznesu, choć nie musieli się obawiać beniaminków, wykonywali czyste ruchy, a co się z tym wiązało, wprowadzali promocje, by zdobyć klienta. Teraz poszli w inną stronę, więc ta mnogość małych firm, która corocznie pojawia się na rynku, musi mierzyć się z taranem, jaki wprawiony został w ruch przez wszechpotęgę globalnego kapitału. Zasada była prosta. Nowe firemki mogą sobie funkcjonować, gdy nie mają żadnego albo prawie żadnego wpływu na sieci handlowe lub przedsiębiorstwa produkcyjne, bo przykładowy John spod Dublina, który sprzedaje dwadzieścia wanien z hydromasażem rocznie, nie jest zagrożeniem dla światowych marek. Ale, gdy ten sam John zaczął sprzedawać wanien pięćdziesiąt, a na dodatek otworzył swoje filie w Cork i pod północnoirlandzką granicą, wówczas pojawiał się na celowniku potentata rynku. Co ciekawe, John mógł nawet konkurować z hegemonem, bo „dogadał” się z producentem takich wanien i oferował swoim klientom niższe ceny, niż znana sieć szczycąca się czterdziestoma punktami sprzedaży na całej wyspie.
Wówczas, a może bardziej niegdyś, sieć brała się za rosnącego w siłę Johna i wprowadzała na terenie jego działania takie zachęty dla kupujących, że John ze swoją brygadą musiał w końcu zwinąć interes. Tak było, a jak jest? Jest inaczej, a może nawet powie ktoś, że ładniej, bo nie niszczy się konkurujących firm i nie zostawia Johna w skarpetkach.
Otóż korporacje i sieci uznały, że jednak ciekawszym rozwiązaniem, a nawet umacnianiem potęgi będzie coś całkiem innego, ale i odpędzi się od siebie krytyków mówiących o niszczeniu rodzimych sprzedawców, producentów oraz usługodawców. Obecnie hegemon sektora stał się poniekąd grupą przestępczą, która oferuje tzw. ochronę za nietykalność, ale nie idzie w tym kierunku, choć zasada jest taka sama. Mówi się natomiast naszemu przykładowemu Johnowi, iż jego działalność wzbudziła uznanie w szefostwie firmy, spodobały się rozwiązania, jakie wdrożył i, że należałoby wyjść z pomysłami na szersze wody. Co jednak istotne, o ile chodzi o średni biznes, John ma wyłącznie sprzedać na rzecz potentata swoją firmę, nie zaś wejść w jej struktury.
Tym samym proponuje się rosnącemu w siłę niewielkiemu jeszcze przedsiębiorstwu, aby je sprzedał, a ono pod skrzydłami światowej marki wypłynie na globalne wody. Czy tak się dzieje? Nie, w żadnym z przypadków. Owszem, rozwiązania, jakie do tej pory oferował John, a były innowacyjne, wdraża się u giganta, ale już bez udziału samego Johna, od którego firmę, wraz z jego know-how kupiono. Nikt jednak w takim przypadku nie może powiedzieć, że agresywna konkurencja wykończyła Johnowi firmę, że przegrał z rynkową potęgą, a nawet, że globalna sieć wykańcza rodzimych przedsiębiorców.
Cóż, w tym przypadku nie zmieniło się absolutnie nic, bo hegemoni nadal wykańczają drobną przedsiębiorczość, ale robią to teraz w sposób zawoalowany, wręcz duszą lokalny biznes w białych rękawiczkach.
Bogdan Feręc
Photo by Ludovic Charlet on Unsplash
