Jak mówimy w Łodzi

Trochę inaczej niż w Polsce, bo przecież Łódź od zarania swoich dziejów była wielonarodowa, a wpływy słychać na ulicach po dziś dzień.

Zacząć muszę od Parku Śledzia, chociaż to tylko nazwa zwyczajowa, a przez mieszkańców nadana Parkowi Staromiejskiemu. Dlaczego? W tym rejonie, czyli na łódzkim Starym Mieście osiedlała się ludność żydowska, a w tym właśnie miejscu prowadzony był handel rybami. Najwięcej było natomiast beczek z solonymi śledziami, co dało nazwę.

To oczywiście nie wszystko, bo przecież mamy też międzynarodowy port lotniczy im. Władysława Reymonta, ale ze świecą szukać łodzianina starszego pokolenia, który użyje tej nazwy. Od lat, kiedy byłem jeszcze całkiem mały, a nawet później, gdy jeszcze nikt nie wiedział, że Łodzi powstanie port lotniczy, Aeroklub Łódzki znajdował się na Lublinku, czyli niegdysiejszej wsi Lublinek.

Następnie, gdy władze Łodzi zadecydowały, że lądować tam będą samoloty pasażerskie, lotnisko w pierwszej fazie działalności nosiło jeszcze nazwę Lublinek, by następnie przemianować je na im. Władysława Reymonta. Nie zmieniło to jednak w mowie potocznej niczego i powiedzieć łodzianinowi, że odlatuje się z lotniska Wł. Reymonta, to zacznie się zastanawiać, skąd ów człowiek leci… Wystarczy powiedzieć wówczas z Lublinka i sprawa jest jasna.

Mamy też krańcówki, co wielu może dziwić, ale to nic innego, jak najzwyklejsza w świecie pętla autobusowa lub tramwajowa. Będąc przy komunikacji miejskiej w Łodzi mamy również bilety miesięczne, obecnie w różnej formie, także elektronicznej, ale kto w Łodzi powie, że kupił ów bilet miesięczny? Przyjezdny, który mówi też, że mieszka w Łodzi, a my w mieście Łodzi, bo mówiąc, że (z)Łodzi ma konotacje ze złodziejstwem. My mamy jednak migawki i mieszkamy w mieście Łodzi, jak ten kot, co z miasta Łodzi pochodzi.

Z tych naszych regionalizmów, a używanych właściwie tylko w Łodzi, mamy również angielkę, która z Wielką Brytanią nie ma nic wspólnego, bo jest po krakowsku weką, a po ludzku Bułką Paryską lub Wrocławską. Z tą angielką nie będziemy jednak paradować po mieście, czyli trzeba ją w coś zapakować, a najlepiej w tytkę.

Tytka ma natomiast kilka znaczeń, bo może być papierową niewielką torbą z uszami, ale może być też jednokilogramowym opakowaniem, w jakim kupuje się np. cukier.

W podsumowaniu tej części felietonu mogę użyć wszystkich tych słów, więc kto oprócz rodaka z Bałut albo Polesia zrozumie, co autor miał na myśli?

„Weź migawkę, pojedź na krańcówkę, kup angielkę i włóż ją w tytkę”. Proste?

Bałuciarze, Polesiacy, Chojeńscy i Widzewiacy, to oczywiście mieszkańcy dzielnic, więc Bałut, Polesia, Chojen i Widzewa. Naród to też mieszkańcy dzielnic.

W Łodzi można się również aplikować, czyli zalecać, ale i puszczać babę, czyli latawca. Maja babcia mówiła na nie boby, ale to już całkiem inna historia. Mówiła też brzuszek, czyli surowy boczek, a to ten wędzony lub gotowany stawał się dopiero boczkiem. Brzuszek można było też chechłać, więc kroić tępym nożem i schować się w chęchy (chynchy), czyli w krzaki. Drygle, a ich nie należy się obawiać, bo to zimne nóżki – podawane w Łodzi zazwyczaj z octem, jak placki ziemniaczane z cukrem.

Drapok, to też ciekawe, bo przecież zarówno metalowy czyścik do mocno zabrudzonych garnków, ale i trepy, które wzmacniane były drutem.


Niektórzy w dawniejszych czasach socjalistycznych braków palili papierosy bez filtra, a ochroną przed wpadającym do ust tytoniem była drewniana lub szklana dulawka. Spodnie i kurtki to my zapinamy na ekspres, żeby galancie wyglądać. Ze słowem galancie można łączyć również słowa dobrze, ładnie i dużo.

Wysyłało się też ludzi do pipla, czyli marudzie kazano się w ten sposób wypchać, a i po drodze można było wstąpić na gęsi pipek, czyli potrawę z nadziewanych gotowanych i pieczonych żołądków gęsich. Kiedy kanar wsiądzie do tramwaju, to mamy kontrol, a nie kontrolę, a kole godziny to za ok. 60 minut.

Są też, a może bardziej były lebera i leberka, a ta pierwsza nazwa odnosi się do wyrobu garmażeryjnego wątrobianki, natomiast druga do zwykłej pasztetowej.

Kobita w Łodzi chodzi w butach na obczasach  i to po schódkach, bo i schodów w Łodzi nie mamy.

Piętka lub dupka to przylepka chleba, który kroiło się na sznytki, a rolwaga to wóz do przewozu złomu lub innych rzeczy. Rolwagą nazywano też dwukołowe taczki, z których sprzedawano różne towary. W Łodzi, kiedy pacholęciem będąc, mawiało się „uwaga, uwaga, bo jedzie rolwaga”.

W ostatnią drogę to my jednak udajemy się na smentarz, ale zawsze w butach wyczyszczonych szuwaksem, czyli pastą do butów.

W Łodzi parę osób lubiło też coś zachachmęcić, czyli ukraść / oszukać, a wygódki, których już praktycznie nie ma, były toaletami na zewnątrz budynków. Zafiraniamy też okna, więc je zasłaniamy i nie jemy białego barszczu lub żurku, a zalewajkę.

Żonata, to ma jednak w Łodzi męża, a ten może coś żyndolić, więc ciąć niedbale.

Taka ta nasza mowa i trzeba czasami uważać, co się mówi, bo łódzkie regionalizmy są dla wielu niezrozumiałe.

Bogdan Feręc

Photo by Oleksandr Kinshov on Unsplash

Udostępnij:
ZNAJDŹ NAS:
Szkoły będą ponow
Czy Irlandia będzie