Ja wam to wytłumaczę. Czyli jak butelka zaczęła finansować Brukselę
Skoro już mam – użyję eufemizmu – złe zdanie o politykach, tak i samo o dużej części Polaków, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tę drugą grupę lekko przeedukować. Z politykami sobie odpuszczam, bo ci akurat są niereformowalni, więc muszą wyginąć jak dinozaury, choć czekanie na asteroidę już mi się znudziło, czyli trzeba tu innego bodźca.
Tym razem będzie jednak o butelce. Tak, o zwykłej plastikowej butelce po wodzie, coli czy innym napoju, która dla jednych stała się symbolem ekologicznego postępu, dla innych symbolem unijnego zamordyzmu, a dla jeszcze innych po prostu kolejnym przedmiotem, który trzeba zawieźć do sklepu, wsadzić do automatu i odzyskać własne pieniądze. Właśnie o tych pieniądzach porozmawiajmy, bo mam wrażenie, że spora część ludzi kompletnie nie rozumie, jak działa system, przeciwko któremu tak ochoczo protestuje. W Polsce ludzie kłócą się o pięćdziesiąt groszy, pomstują w Europie na piętnaście centów lub o to, czy automat przyjmie zgniecioną butelkę, a tymczasem nad ich głowami funkcjonuje znacznie większy mechanizm finansowy.
Żeby było jasne: możesz nie oddawać butelki. Twoja sprawa. Możesz ją wyrzucić do kosza, zostawić w samochodzie, zrobić z niej doniczkę albo postawić na półce jako pomnik własnego buntu przeciwko biurokracji. Możesz nawet kolekcjonować butelki i zbudować sobie z nich domek letniskowy. Tylko potem nie narzekaj, że pieniądze gdzieś znikają, bo one nie znikają. One mają właściciela.
Najpierw kaucja, potem rachunek
System kaucyjny jest przedstawiany przede wszystkim jako mechanizm ekologiczny. Kupujesz napój, płacisz kaucję, oddajesz opakowanie, odzyskujesz pieniądze. Proste. Problem zaczyna się natomiast wtedy, kiedy spojrzymy szerzej. Unia Europejska ma bowiem również własny mechanizm finansowania związany z odpadami opakowaniowymi z tworzyw sztucznych, które nie są poddawane recyklingowi. Od 2021 roku państwa członkowskie przekazują do budżetu UE tzw. zasób własny oparty na niepoddanych recyklingowi odpadach opakowaniowych z plastiku. Stawka wynosi 0,80 euro za kilogram i tutaj dochodzimy do rzeczy, którą warto ludziom powiedzieć dużymi literami.
To nie jest prywatny podatek Ursuli von der Leyen. Nie, Ursula nie siedzi wieczorem przy biurku i nie liczy butelek, które Polacy wyrzucili do śmieci. Pieniądze trafiają do budżetu Unii Europejskiej, którym nieudolnie zarządzają unijne instytucje w ramach wspólnego systemu budżetowego. Ale z punktu widzenia obywatela efekt jest bardzo konkretny: jeżeli państwo ma więcej niepoddanych recyklingowi odpadów z tworzyw sztucznych, jego udział w finansowaniu budżetu UE z tego źródła jest wyższy. Dlatego opowieść o butelce nie kończy się w momencie, kiedy wrzucasz ją do kosza.
I teraz najciekawsze
W Polsce temat stał się wyjątkowo gorący wraz z uruchomieniem systemu kaucyjnego. Ludzie pytają: „Po co mam oddawać tę butelkę”? Otóż między innymi po to, żeby ograniczyć ilość opakowań, które kończą jako odpady niepoddane recyklingowi, ale też dlatego, żeby płacić mniej do nienasyconego budżetu Unii Europejskiej. Czy system jest idealny? Oczywiście, że nie. Żaden system wymyślony przez Unię Europejską nie jest idealny, a już szczególnie taki, który próbuje połączyć ekologię, handel, logistykę, podatki, unijne przepisy i przyzwyczajenia kilkuset milionów ludzi. Ale z tego nie wynika automatycznie, że recykling jest „totalną bzdurą”.
Tutaj trzeba zrobić jedną rzecz, której w publicystyce często brakuje: oddzielić rzeczywiście głupie rozwiązania od całej idei gospodarowania odpadami, bo plastik rzeczywiście jest problemem. Tylko problemem nie jest wyłącznie to, że butelka leży w lesie, a jest także to, ile energii, surowców i pracy potrzeba do wyprodukowania tworzywa, jego transportu, przetworzenia i ponownego wykorzystania.
Plastik nie jest magiczny
Teraz dochodzimy do kolejnego mitu. Tak, nie każdy plastik nadaje się do nieskończonego recyklingu, ba, większość się do tego nie nadaje. To jest prawda. Tworzywa degenerują się z różnych powodów, czyli mogą tracić właściwości podczas kolejnych procesów przetwarzania, a różne rodzaje plastiku mają zupełnie różne możliwości recyklingu. Problemem są również zanieczyszczenia, mieszanie materiałów, dodatki chemiczne i jakość surowca wtórnego.
Tak samo nie można powiedzieć, że każda plastikowa butelka po przetworzeniu staje się automatycznie bezużyteczna. PET może być poddawany recyklingowi mechanicznemu i, przy odpowiedniej jakości oraz technologii, ponownie wykorzystywany między innymi do produkcji opakowań niespożywczych. Ale jest jescze jeden problem, bo część najprostrzych plastików, w tym PET, zazwyczaj tylko jeden raz i trupiozielone butelki, raczej nie wrócą już do obiegu. Istnieją natomiast inne metody przetwarzania.
Jeżeli mamy coś przetwarzać tylko po to, żeby zużyć przy tym więcej energii, wygenerować kolejne koszty i stworzyć całą armię urzędników kontrolujących, czy butelka odpowiednio pożegnała się ze światem, to warto zadać pytanie o sens takiej operacji. Bo środowisko nie zna pojęcia „certyfikat zgodności z unijną tabelką”.
Butelka może żyć dłużej niż człowiek
Pojawia się w tej całej butelczanej sytuacji rzecz naprawdę interesująca. Nie zawsze najlepszym rozwiązaniem jest zamiana starego plastiku w dokładnie taki sam produkt. Jeżeli materiał może zostać wykorzystany do produkcji elementów budowlanych, desek kompozytowych, paneli, wyposażenia czy innych trwałych produktów, jego życie może zostać wydłużone o wiele lat. Ale dopiero tutaj zaczyna się prawdziwa rozmowa o gospodarce obiegu zamkniętego, nie zaś o tym, czy Kowalski wrzuci butelkę do żółtego pojemnika. Tylko o tym, co się z tą butelką dzieje później.
Jeżeli po całej ekologicznej ceremonii butelka zostanie przewieziona setki kilometrów, przetworzona, spalona albo zdegradowana do materiału o znacznie niższej wartości, to trudno udawać, że właśnie uratowaliśmy planetę przed zagładą. Czasami bardziej ekologiczne rozwiązanie jest również najbardziej banalne: produkować mniej śmieci i projektować produkty tak, żeby służyły dłużej. To jednak jest znacznie trudniejsze niż postawienie automatu pod supermarketem.
A teraz rachunek
Tu dochodzimy do sedna. W Polsce opłata związana z unijnym zasobem własnym od niepoddanych recyklingowi odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych rzeczywiście ma wymiar liczony w miliardach złotych. Podawana jest kwota 1,24 mld zł w 2026 roku, ale wymaga to jednak precyzyjnego przedstawienia, bo nie należy jej opisywać jako „podatku za nieoddanie butelki” w prostym znaczeniu. To nie działa tak: Kowalski kupił wodę. Kowalski nie oddał butelki. Ursula dostała 50 groszy. Tak byłoby efektownie, ale byłoby nieprawdziwe.
Mechanizm jest bardziej skomplikowany i właśnie dlatego jest jeszcze ciekawszy.
Unijny system finansowania wykorzystuje bowiem statystycznie określaną masę niepoddanych recyklingowi odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych. Na tej podstawie państwa członkowskie finansują odpowiednią część budżetu przejadanego w UE. Czyli obywatel nie płaci tej kwoty bezpośrednio przy kasie jako „haraczu dla Brukseli”, ale koszty systemu ponoszą państwa, gospodarka, przedsiębiorcy i ostatecznie podatnicy.
Dlatego można o tym dyskutować, można pytać, czy konstrukcja systemu jest właściwa, można nawet się zastanawiać, czy środki są wykorzystywane efektywnie. Można też próbować ustalić czy wszystkie unijne regulacje dotyczące odpadów rzeczywiście dają proporcjonalne efekty środowiskowe, jak i można zadawać pytania, dlaczego coraz więcej problemów rozwiązuje się poprzez tworzenie kolejnych obowiązków, opłat, norm i procedur. Ale trzeba znać fakty.
Najbardziej absurdalne jest co innego
Najbardziej absurdalne jest to, że człowiekowi można wmówić, że problemem świata jest jego jedna plastikowa butelka. Ty jesteś winny, bo kupiłeś wodę, bo wyrzuciłeś, bo nie oddałeś, bo nie posegregowałeś, bo nie kupiłeś odpowiedniego opakowania, bo nie użyłeś odpowiedniego pojemnika, bo ślad węglowy, klimat, planeta. A gdzieś w tle rośnie cała konstrukcja przepisów, administracji, systemów raportowania, kontroli i finansowania.
Wówczas człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie znaleziono genialnego sposobu na stworzenie nowego podatnika: winnego konsumenta. Winnego tego, że pije wodę, że je, że jeździ samochodem, że ogrzewa mieszkanie, że chce polecieć samolotem, a teraz jeszcze winnego tego, że nie oddał butelki.
Tylko nie róbmy z butelki wojny cywilizacyjnej
Mam pretensję zarówno do twórców, jak również do przeciwników systemu. Bo można krytykować Unię Europejską, Komisję Europejską, system kaucyjny, sposób jego wdrażania, koszty, biurokrację i sens poszczególnych rozwiązań, ale robienie z oddania butelki aktu narodowego oporu jest zwyczajnie śmieszne. Naprawdę. Jeżeli ktoś uważa, że pięćdziesięciogroszowa kaucja jest symbolem zniewolenia narodu, to proponuję trochę odpocząć od internetu. Butelka to butelka – oddaj ją, jeśli chcesz odzyskać pieniądze. Nie oddawaj, jeśli ci na nich nie zależy, tylko nie opowiadaj potem, że pieniądze wyparowały, że zrobiono z ciebie śmieciarza i tego typu banialuki.
Te pieniądze po prostu zostały w systemie, a system, jak to system, zawsze znajdzie sposób, żeby je zagospodarować, czyli wysłać na Ukrainę.
Dlatego warto wiedzieć
Nie jestem przeciwnikiem rozsądnego recyklingu, ale wyłącznie rozsądnego. Jestem za to przeciwnikiem pakowania wszystkiego w plastik, robienia z ekologii świeckiej religii, w której każde pytanie o koszty traktowane jest jak herezja. Jeżeli coś ma sens – róbmy to. Jeżeli nie ma – zmieńmy. Jeżeli technologia pozwala wykorzystać plastik przez kolejne kilkadziesiąt lat – wykorzystajmy to. Jeżeli konkretny materiał lepiej odzyskać niż składować – odzyskujmy. Jeżeli system kaucyjny ogranicza ilość odpadów i zwiększa odzysk wartościowych surowców – pokażmy dane.
Ale jeżeli ktoś próbuje mi wmówić, że wystarczy postawić automat przy supermarkecie i świat zostanie uratowany, to wybaczcie, ale nie kupuję tej historii i tu politycy, powinni zmienić narrację, bo robienie z ludzi debili, naprawdę przynosi odwrotny skutek.
Tak samo jak nie kupuję opowieści, że człowiek, który nie oddał butelki, jest największym problemem środowiskowym Europy. To jest po prostu wygodne, choć głupie. Łatwiej przecież wychować obywatela na posłusznego segregatora odpadów niż zbudować gospodarkę, w której produkty projektuje się z myślą o wieloletnim użytkowaniu, naprawie, ponownym wykorzystaniu i rzeczywistym odzysku materiałów. Łatwiej pobrać opłatę niż zmienić cały model produkcji. Łatwiej stworzyć tabelę niż stworzyć technologię. Łatwiej powiedzieć człowiekowi: „oddaj butelkę”, niż zapytać producenta: „dlaczego twoje opakowanie jest zaprojektowane tak, że po jednym użyciu staje się odpadem”?
I dlatego cała ta historia z butelkami jest znacznie ciekawsza, niż się wydaje. Nie chodzi tylko o plastik, a o pieniądze, odrobinę, choć nie swojej, ale odpowiedzialności. Chodzi o system i przede wszystkim chodzi o to, żeby obywatel wiedział, za co właściwie płaci.
A jeśli już mam komuś coś doradzić, to przeciwnikom systemu kaucyjnego powiem jedno: Nie róbcie z automatu do butelek Bastylji. Natomiast zwolennikom unijnej ekologii powiem drugie: Nie róbcie z plastikowej butelki świętej krowy, bo na końcu i tak pozostaje rachunek.
A rachunek – niezależnie od tego, jak pięknie opakujemy go w zielony papier – ktoś musi zapłacić.
Bogdan Feręc
