Irlandia. Jak „kawałek skały” rozgrywa świat po swojemu – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Irlandia. Jak „kawałek skały” rozgrywa świat po swojemu

Czy Irlandia kształtuje politykę międzynarodową? Odpowiedź na to pytanie jest banalna i właśnie dlatego zbyt prostym byłoby stwierdzenie, że wyspa ma lub nie ma czegokolwiek do powiedzenia na arenie międzynarodowej, bo będzie to lenistwem umysłu. Samo pojęcie uwarunkowane jest pewnymi czynnikami, a te z kolei wpływają na całą ocenę, która dopiero w połączeniu daje obraz rzeczywistości. Natomiast rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest bardziej złożona niż nagłówki gazet.

Irlandia nie jest imperium, nie ma lotniskowców, nie rozdaje kart w NATO, bo do niego nie należy, nie pisze traktatów za i dla innych, ale jednak błędem byłoby powiedzieć, że pozbawiona jest całkowicie posłuchu na świecie. Owszem, wydaje się, że ma go znacznie mniej w Europie, a nawet w Unii Europejskiej, w której notabene ma kilku komisarzy w ważnych resortach. Problemem bywa sam europejski kontynent, który uważa, że jest w jakiś sposób lepszy od Irlandii, bo jest kontynentem, a nie kawałkiem skały rzuconym gdzieś na Oceanie Atlantyckim. Europa bywa wobec Irlandii protekcjonalna, choć próbuje to ukrywać, co akurat słabo jej wychodzi, natomiast Irlandia – nie.

I tu zaczyna się pierwsza teza, bo w mojej ocenie, Irlandia nie musi krzyczeć, żeby być słyszaną, a prawdę mówiąc, wystarczy, że konsekwentnie i w spokoju robi swoje. Spójrzmy na gospodarkę Republiki. Wiele państw mogłoby się od Szmaragdowej Wyspy uczyć, przynajmniej pod względem współpracy międzynarodowej, a przykład jest prosty, więc Irlandii nie przerażają przecież żadne rozmowy z ekonomicznymi potęgami świata. Nie boi się też toczyć negocjacji z rynkami wschodzącymi, a nawet tymi z tak zwanego trzeciego świata. Założenie irlandzkich władz jest proste, więc biznes da się robić wszędzie, ale trzeba dobrze przygotować ofertę. To podejście jest stare jak fenicki handel i jednocześnie świeże jak startup z serca Irlandii, czyli z Dublina.

Efekty? To z kolei twarde liczby, nie zaś romantyczne opowieści o Molly Malone handlującej owocami morza, by następnie umrzeć w malignie, a duch jej zaczął krążyć nad Dublinem. Irlandia od lat należy przecież do ścisłej czołówki państw świata pod względem wysokiego PKB w przeliczeniu na mieszkańca. No dobrze, może nie przekłada się to na dobrobyt wszystkich jej mieszkańców, ale nie walczmy ze statystyką, bo zawsze przegramy. Ten wyspiarski kraj jest natomiast jednym z największych eksporterów usług technologicznych w Europie. W Dublinie swoje europejskie siedziby ulokowały takie firmy jak Google, Apple czy Meta i to nie jest przypadek ani efekt marketingowego czaru, ani też powalającego krajobrazu. To rezultat świadomej polityki podatkowej, inwestycji w edukację oraz konsekwentnego budowania wizerunku kraju przewidywalnego i przyjaznego biznesowi.

Powie ktoś, jak np. prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, że to raj podatkowy, a inny doda, że jest to sprytna strategia małego państwa w świecie gigantów. Prawda jest taka, że Irlandia zrozumiała coś, czego część Europy nadal nie chce przyjąć do wiadomości, iż globalizacja jako taka, nie jest zjawiskiem godnym jedynie potępiania, tylko żywiołem wzburzonych fal, na których można nauczyć się żeglować.

Ja wiem, że o Zielonej Wyspie, jej biznesie wewnętrznym mówi się wiele złego, ale przecież irlandzki biznes to nie tylko cyfrowe chmury, centra danych i wyliczanie czasu pracy co do jednej minuty. Majstersztyk polega na tym, że oprócz swoich sztandarowych produktów – masła, mleka i jego przetworów, whiskey, wołowiny oraz jagnięciny – wyspa potrafi zaproponować światu także to, co teoretycznie nie jest produktem dominującym, więc pieczarki, truskawki, jabłka, ziemniaki. Brzmi swojsko? I dobrze, bo siła Irlandii polega na tym, że potrafi opowiadać o swojej tradycji językiem nowoczesności, choć rzadko wspomina o tym dosłownie.

Irlandzka wołowina trafia np. do Azji, a irlandzka whiskey z destylarni takich jak Jameson jest marką globalną i na dodatek bardzo dobrze się ma, chociaż notuje od czasu do czasu potknięcia. Sektor rolno-spożywczy odpowiada za miliardy euro eksportu rocznie, więc w takim przypadku rolnictwo Irlandii nie jest tylko folklorem i odwiedzinami u dziadków na prowincji, bo to jest potężny segment gospodarki, który łączy zielone przez cały rok pastwiska z globalnymi łańcuchami dostaw.

Czy zatem Irlandia kształtuje politykę ekonomiczną Europy? Nie, tak nie jest i prawdopodobnie długo nie będzie, ale powiem rzecz, o której nie usłyszy się w irlandzkiej telewizji, nie o to jej chodzi. Republika wyznaje tak trochę rosyjską zasadę, że tише едешь, дальше будешь, czyli w najprostszym tłumaczeniu: „ciszej jedziesz, dalej będziesz”. W praktyce oznacza to, że Zielona Wyspa niespecjalnie rozgłasza, gdzie i w jaki sposób załatwia swoje umowy biznesowe, a to przynosi efekty. W świecie, w którym wielu liderów woli „tweetować” niż negocjować, ta powściągliwość jest niemal rewolucyjna i jest chyba całkiem dobra, patrząc na wyniki.

Druga teza brzmi więc tak, że wpływ nie zawsze oznacza dominację. Czasem może oznaczać stabilność.

Jest jeszcze jeden element tej układanki, którego zazdrości Irlandii „większa połowa” świata, a chodzi bezpośrednio o coroczne wizyty w Białym Domu z okazji dnia patrona wyspy. W Dniu Świętego Patryka, aktualnie urzędujący premier Irlandii tradycyjnie spotyka się z prezydentem Stanów Zjednoczonych w Białym Domu. To symboliczne i jest to prawda, ale wiele razy już mówiłem, że symbole w polityce międzynarodowej znaczą więcej, niż wszystkim dookoła się wydaje.

Prawdą też jest, że irlandzko-amerykańskie relacje głęboko zakorzenione są w historii tej wyspy i jej emigracji. Miliony Amerykanów deklarują przecież irlandzkie pochodzenie, a to nic innego, jak miękka siła nacisku w czystej postaci, więc irlandzka diaspora w USA służy jako pomost, a nie tylko sentymentalny mit. Kiedy inne państwa próbują budować relacje przez twarde interesy, Irlandia ma do dyspozycji opowieść, emocję i wspólnotę pamięci. Nieprzypadkowo też w amerykańskiej polityce nazwiska o irlandzkich korzeniach pojawiają się regularnie, a i nie całkiem przypadkowo politycy ze Stanów Zjednoczonych lubią podkreślać swoje wyspiarskie pochodzenie. Nieprzypadkowo też temat Irlandii Północnej był i pozostał przedmiotem zaangażowania Waszyngtonu, bo to nie jest geopolityczny przypadek, to efekt cierpliwego budowania relacji.

A polityka? Tu dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnej części opisu Irlandii, czyli jej obrazu, jako pejzażu malowanego na przesyconym wilgocią płótnie. Patrząc na skalę globalną, czyli jak Irlandia jest postrzegana, można powiedzieć, że ona siedzi w ósmym rzędzie i to za filarem. Może to dobre rozwiązanie, aby się nie wychylać na arenie międzynarodowej, ale… Tu właśnie pojawia się rozdźwięk, bo to państwo inaczej zachowuje się w domu i próbuje udowodnić własnym mieszkańcom, że jest inaczej, niż jest w rzeczywistości. Prawda, może nawet smutna jest taka, że Irlandia często działa w systemie reakcji, więc ktoś coś bąknie, a kraj albo się przyłączy do tego głosu, albo od niego wstrzyma. Powodem jest zapewne wielkość, bo pięć milionów mieszkańców to nie hegemonia, ale jednak powinniśmy zwracać uwagę na jeden fakt, że niska liczba ludności nie zawsze decyduje o sile państwa. Doskonale pokazuje to historia rozmów politycznych pomiędzy Dublinem a Brukselą, w których Irlandia była w stanie wynegocjować korzystne warunki w Unii Europejskiej, przejść przez kryzys finansowy po 2008 roku i wyjść z niego w imponującym tempie. To też nie jest przypadek państwa bez kompetencji, to bardziej obrana ścieżka, z której to państwo nie schodzi od wielu lat. Tak na marginesie, to tego rodzaju postępowanie przydałoby się Polsce, żebyśmy nie mieli co cztery lub osiem lat rewolucji na salonach władzy, która właściwie wywraca wszystkie stoliki i krzesełka w politycznym barze.

Prawdą jest i wcale tego nie kryję, iż krytykuję klasę polityczną, ale dzieje się to z jakich powodów, choć nie jest to krytyka dla samej krytyki. Irlandzka polityka bardzo często, ba, powiem więcej, nader często bywa zachowawcza, bo jest reaktywna, chociaż czasem wygraża słownymi pięściami, jednak gdy przychodzi do prawdziwej reakcji poza wyspą, wygląda tak, jakby przysypiała z gazetą na twarzy. Ale nawet ta ostrożność ma swoje racjonalne uzasadnienie, jeżeli mówimy o sytuacjach nadzwyczajnych, żeby nie użyć słowa wojna. Irlandia jest państwem neutralnym militarnie, nie należy do NATO, a jej doktryna w tym zakresie opiera się na unikaniu nadmiernych zobowiązań wojskowych. To strategia przetrwania małego państwa, które znalazło się między większymi graczami.

Trzecia teza jest natomiast paradoksalna: Irlandia nie kształtuje polityki międzynarodowej wprost, ale kształtuje ją pośrednio – przez przykład.

Przykład tego, jak małe państwo może stać się centrum technologicznym Europy i jak może łączyć tradycyjne rolnictwo z nowoczesną gospodarką opartą na wiedzy. Jak może wykorzystywać diasporę jako narzędzie wpływu, ale też, jak może utrzymywać stabilność instytucjonalną w świecie politycznych krzykaczy. Czy więc Szmaragdowa Wyspa powinna dążyć do tego, aby stać się przewodnią siłą Europy? Szczerze? Chyba nie. Jej model polityczno-gospodarczy przynosi efekty – powoli, ale to już jest sprawdzone. W świecie uzależnionym od natychmiastowej gratyfikacji Irlandia przypomina rolnika, który wie, że plon wymaga czasu, więc zasiewa i czeka.

A jednak wyobraźmy sobie przez chwilę, czysto teoretycznie, że któremuś z tutejszych polityków przychodzi fantazja, aby uczynić Irlandię wielką w sensie geopolitycznym. Gdyby postanowił wyjść z ósmego rzędu, ominąć filar, a następnie podejść bliżej sceny. Kibicowałbym, bo jest potencjał. Gospodarka, edukacja, diaspora, reputacja – to są bardziej niż solidne fundamenty. Owszem, Irlandia nie jest imperium, a jest bardziej laboratorium, ale pokazuje, że można być małym oraz skutecznym, że dominacja nie jest najważniejsza, natomiast w rachunku końcowym może mieć jednak znaczenie. Jakie? Że można być „kawałkiem skały gdzieś na Oceanie Atlantyckim” i jednocześnie jednym z najbardziej dynamicznych punktów na mapie Europy.

Świat, cóż, jest dziś areną hałasu, każdy chce być liderem, każdy chce przemawiać, każdy chce nadawać ton. Irlandia wybiera inną drogę, tę cichszą, spokojniejszą, ale prowadzącą ją do celu. Może właśnie dlatego warto się jej przyglądać, a może nawet czegoś się od niej nauczyć. W polityce, w gospodarce, w podejściu do własnych ambicji, bo czasem największą siłą nie jest krzyk, lecz konsekwencja. W tym sensie Zielona Wyspa już dziś jest potęgą, choć nie taką, jakiej oczekują miłośnicy geopolitycznych parad na cześć i z sypiącym się konfetti.

Bogdan Feręc

Photo by Wallace Bentt on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Ultimatum zamiast dy
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.