Internet pod kuratelą państwa. Blokada X jako test generalny cyfrowej cenzury w Europie
Władza od zawsze marzyła o ciszy i społeczeństwie, które nie mówi tego, co jest dla niej niewygodne, a jeszcze lepiej, żeby społeczeństwo nie mówiło wcale. Ten sen o pełnej władzy nawet nad słowami ludzi brutalnie przerwał Internet, a teraz obserwujemy właśnie próbę odzyskania kontroli nad europejskimi językami. Na naszych oczach rządy państw Zachodu, a pod hasłami bezpieczeństwa, ochrony dzieci i higieny moralnej, przymierzają się do najpoważniejszego od lat uderzenia w cyfrową wolność, której pierwszą ofiarą ma być platforma X.
Sprawa formalnie dotyczy realnego i obrzydliwego problemu, czyli pornografii typu deepfake oraz materiałów przedstawiających wykorzystywanie seksualne dzieci. Chatbot Grok zintegrowany z platformą X umożliwiał niedawno użytkownikom generowanie i edytowanie obrazów, także o charakterze seksualnym, w tym z udziałem osób nieletnich. To fakt, który domaga się reakcji.
Problem zaczyna się jednak tam, gdzie reakcja przestaje być proporcjonalna, a zaczyna być politycznie wygodna.
Właściciel X Elon Musk nie bez powodu stwierdził, że krytycy platformy „chcą jakiegokolwiek pretekstu do cenzury”. W Wielkiej Brytanii ton debacie nadają dziś regulatorzy i ministrowie, którzy coraz głośniej mówią nie o ukaraniu konkretnego narzędzia czy funkcji, lecz o możliwości zablokowania całej platformy. Ofcom prowadzi „przyspieszoną ocenę”, a sekretarz ds. technologii Liz Kendall otwarcie deklaruje poparcie dla blokady X, jeśli ta nie spełni wymogów prawa.
Brzmi znajomo? Oczywiście, bo ta sprawa, jak zawsze zaczyna się od „ochrony dzieci”, a potem dochodzi do tej wyliczanki „walka z dezinformacją”, następnie „bezpieczeństwo narodowe”, a na końcu pojawi się regulacyjny kaganiec, który można zacisnąć na dowolnej treści i dowolnym nadawcy. Co istotne, X już teraz deklaruje usuwanie nielegalnych treści, w tym kasowanie materiałów, trwałe blokowanie kont i współpracę z organami ścigania, jednak to dla oficjeli jest niewystarczające. W ostatnich dniach platforma ograniczyła także dostęp do edycji obrazów na Groku, przenosząc część funkcji za paywall. Krytycy nazywają to „ozdobą okna”. Być może mają rację, ale od krytyki technicznej do decyzji o zablokowaniu globalnej platformy jest dystans, który w zdrowej demokracji powinien być nie do przeskoczenia.
Tymczasem brytyjskie prawo i sama ustawa o bezpieczeństwie w Internecie daje regulatorowi narzędzia niemal atomowe, bo są nimi grzywny sięgające 10% światowych przychodów, postępowania karne, a nawet możliwość odcięcia platformy od systemów płatności i reklam, co w praktyce oznacza cyfrową śmierć. To z kolei nie skalpel, a młot pneumatyczny niszczący całą platformę.
*
W całej sprawie nie chodzi o obronę Muska jako postaci, nie chodzi nawet o obronę X jako firmy, a chodzi o precedens. Jeśli dziś państwo może zablokować jedną z największych platform komunikacyjnych świata, bo jej narzędzie AI zostało źle zaprojektowane i źle nadzorowane, to jutro może to zrobić z każdym innym serwisem. Wystarczy odpowiednio nagłośniony skandal i odpowiednio elastyczna interpretacja „bezpieczeństwa”.
Rzecznik Praw Dziecka w Irlandii przyznaje, że ostatnie zmiany „nie robią większej różnicy”. Komisja Europejska już rozmawia z irlandzkim regulatorem ds. mediów. Politycy potępiają, regulatorzy analizują, a prawnicy ostrzą pióra. W tle wyłania się jednak szerszy obraz sytuacji, bo państwa poniekąd testują, jak daleko mogą się posunąć w kontroli cyfrowej przestrzeni. Internet nie jest niewinny i nigdy nie był, ale nie jest też własnością rządów. Każda próba jego centralnego „uregulowania” kończyła się w historii tak samo, czyli ograniczeniem debaty, selektywną sprawiedliwością i tłumieniem niewygodnych głosów. Technologia się zmienia, ale jak widać na tym przykładzie, instynkty władzy – nie.
Blokada platformy X w Wielkiej Brytanii byłaby nie tylko decyzją regulacyjną. Byłaby sygnałem, że wolność słowa w erze cyfrowej jest warunkowa, że istnieje tylko do momentu, w którym przestaje być wygodna, i że każde państwo, gdy tylko nadarzy się okazja, chętnie przejmie rolę redaktora naczelnego internetu.
Warto pamiętać, że cenzura nigdy nie kończy się na jednym serwisie, ona zawsze jest głodna i zawsze chce więcej.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by BoliviaInteligente on Unsplash
