Globalne ocieplenie to najlepsze, co mogło spotkać irlandzką gospodarkę
Przez dziesięciolecia ludzie mieszkający w Irlandii żyli w narodowym micie, że ucieczka przed wszechobecną mżawką i szarością jest patriotycznym obowiązkiem każdego lata. Kanonem udanego urlopu stała się wyprawa na południe Europy – tam, gdzie słońce nie jest kaprysem synoptyków, lecz gwarancją.
Jednak to, co dotychczas napędzało zyski zagranicznych kurortów i linii lotniczych, zaczyna gwałtownie ewoluować. Zmiany klimatyczne, choć globalnie przedstawiane jako pasmo nieszczęść, w skali mikro zaczynają przynosić Zielonej Wyspie nieoczekiwane, wręcz nieoczekiwane korzyści ekonomiczne i społeczne. Gdy tradycyjne wakacyjne raje zamieniają się w piekielne, rozpalone do czerwoności pułapki, Irlandia odkrywa urok własnego, nagle ocieplonego klimatu. A przy tym lokalny biznes turystyczny zaciera ręce.
Kluczem do zrozumienia tego fenomenu jest prosta konsumencka psychologia, więc temperatura to najważniejszy czynnik brany pod uwagę przy rezerwacji podróży zagranicznych. Aż sześć na dziesięć osób (61%) przyznaje wprost, że pogoda bezwzględnie wpływa na wybór miejsca na wakacje. Przez lata oznaczało to masowy odpływ kapitału do Hiszpanii, Portugalii czy Grecji. Dziś jednak, gdy czerwiec w Europie Zachodniej okazuje się najcieplejszym w historii pomiarów, z temperaturami o ponad 3 stopnie Celsjusza wyższymi od średniej z lat 1991–2020, południe kontynentu przestaje kusić, a zaczyna przerażać.
Kiedy w Hiszpanii słupki rtęci bezlitośnie pokazują od 36 do 39°C, we Francji dochodzą do 37°C, a niszczycielskie pożary lasów zmuszają przerażonych urlopowiczów do natychmiastowej ewakuacji, perspektywa spędzenia urlopu w kraju nabiera zupełnie nowego, luksusowego wymiaru. Z nowego sondażu Sunday Independent i Ireland Thinks płyną jednoznaczne wnioski, iż prawie połowa respondentów (49 proc.) stwierdziła, że fale upałów, które obecnie nawiedzają Europę, skłonią ich do ponownego rozważenia planów urlopowych.
Efekty tej mentalnej rewolucji widać natychmiast w danych sprzedażowych. Rosnące temperatury w całym kraju doprowadziły do wyraźnego spadku liczby wakacyjnych rezerwacji dokonywanych przez zagranicznych turystów oraz samych rezydentów wyspy planujących wylot. Agenci turystyczni nie mają wątpliwości, że wczasowicze decydują się raczej na pobyty w kraju, ratując tym samym rodzimy budżet przed odpływem gotówki za granicę.
Podobną obserwacją dzieli się dyrektor naczelna Sunway Travel Mary Denton, która wprost wskazuje na bezpośrednią korelację między falą upałów a spadkiem zainteresowania tradycyjnymi kierunkami. Jak zauważa: „To prawdopodobnie krótkotrwała sytuacja, a gdy tylko pogoda się zmieni, sytuacja prawdopodobnie się poprawi. Ludzie, którzy mogli wyjechać na czas fali upałów, zostają tutaj”.
Zamiast więc finansować hotele na Costa del Sol czy greckich wyspach, których zresztą w szczycie sezonu letniego turyści zaczynają już unikać – mieszkańcy kraju zostawiają swoje pensje w hrabstwach Kerry, Galway czy Donegal. Lokalne pensjonaty, restauracje, wypożyczalnie sprzętu wodnego i kawiarnie przeżywają prawdziwe oblężenie. Zmiana klimatu działa tutaj jak naturalny mechanizm ochronny dla krajowej gospodarki, zatrzymując miliony euro wewnątrz państwa.
Równocześnie transformacji ulega sam model podróżowania. Cena ma kluczowe znaczenie, a rosnące koszty życia zmuszają rodziny do skrupulatnego liczenia każdego centa. Skoro pobyt za granicą wiąże się z ekstremalnym upałem, poszukiwane staje się to, co chłodniejsze i bezpieczniejsze. Choć ekspert ds. podróży Eoghan Corry uspokaja, że linie lotnicze wciąż latają do tych samych miejsc co w latach 90., tylko w większej liczbie, to jednak presja ekonomiczna i klimatyczna wymusza nowe trendy.
Mary Denton dodaje: „W przypadku rodzin koszty utrzymania z pewnością również wpływają na ich wybory. Obserwujemy ogromny wzrost liczby wakacji all-inclusive, ponieważ ludzie mają kontrolę nad swoim budżetem. Wiedzą, ile płacą za swoje wakacje”.
Kiedy jednak lokalna pogoda zaczyna rozpieszczać, nawet opcja all-inclusive przegrywa z urokami własnego kraju. Prognozy Met Éireann zapowiadające temperatury sięgające od 28 do 29 stopni, a lokalnie przekraczające nawet barierę 30 kresek, stawiają Irlandię w jednym rzędzie z najatrakcyjniejszymi kurortami świata, tyle że bez konieczności znoszenia uciążliwych odpraw lotniskowych, lęku przed pożarami i paraliżującym skwarem.
Co ciekawe, ocieplenie klimatu rozciąga sezon turystyczny na miesiące, które dotychczas uchodziły w Irlandii za martwe. Coraz więcej osób preferuje urlopy poza szczytem sezonu, kiedy temperatury są łagodniejsze, co jest szczególnie widoczne wśród emerytów. Zmienia się też struktura czasu wolnego i zamiast jednego długiego, dwutygodniowego wyjazdu, ludzie wolą teraz dzielić urlop na krótsze, intensywniejsze formy wypoczynku w kraju. Zamiast spędzać czternaście dni w rozgrzanym śródziemnomorskim kurorcie, więc zarezerwują jeden tydzień dwa razy.
Oczywiście sceptycy mogą twierdzić, że to chwilowa anomalia. Eoghan Corry zauważa z właściwym sobie pragmatyzmem: „W tak wspaniałych miejscach jak Norwegia nie widać tak ogromnego wzrostu, jaki można by zaobserwować, gdyby klimat był dla ludzi ważnym czynnikiem. Kiedy znów pada deszcz i robi się zimno, ludzie zapominają o niedogodnościach fali upałów. Nie bez powodu nazywa się je słonecznymi wakacjami. Ludzie zazwyczaj kierują się ceną i dostępnością”.
Jednak dopóki nad Zieloną Wyspą świeci słońce, a termometry wskazują trzydzieści stopni, argument o powrocie do starych nawyków traci na sile. Ocieplenie klimatu tworzy nową irlandzką rzeczywistość, w której kapryśna aura przestaje być powodem do narzekań, a staje się motorem napędowym lokalnego dobrobytu. Okazuje się, że wyższa temperatura to nie tylko kwestia komfortu na plaży, ale przede wszystkim potężny zastrzyk gotówki dla krajowego biznesu, który dzięki anomalii pogodowej może wreszcie zatrzymać mieszkańców Irlandii w domach.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Chris Thomson on Unsplash
