Dzieci za wysokim murem. Mroczna historia irlandzkich Szkół Przemysłowych, o której niewiele osób pamięta
Irlandia wielu osobom kojarzy się z zielonymi wzgórzami, gościnnymi ludźmi, muzyką płynącą z pubów i krajem, który w ciągu zaledwie kilku dekad przeszedł spektakularną przemianę z jednego z najbiedniejszych państw Europy w nowoczesną gospodarkę. To obraz prawdziwy, ale niepełny, bo za tą opowieścią o sukcesie kryje się historia, której przez długie lata nie chciano opowiadać. Historia dzieci, którym obiecano opiekę i wychowanie, a zamiast tego odebrano dzieciństwo i zrobiono z nich niewolników.
Przez dziesięciolecia tysiące chłopców i dziewcząt trafiało do tak zwanych Industrial Schools – Szkół Przemysłowych, a choć nazwa brzmi niewinnie, wręcz pozytywnie i można odnieść wrażenie, że chodziło o placówki przygotowujące młodzież do wykonywania zawodu. W rzeczywistości dla wielu wychowanków były to miejsca, które bardziej przypominały więzienia niż szkoły.
Niestety jest to jedna z tych irlandzkich historii, które pokazują, że nawet demokratyczne państwo może przez lata tolerować system oparty na strachu, przemocy i milczeniu.
Szkoły, które miały ratować dzieci
Początki Industrial Schools sięgają jeszcze czasów, gdy Irlandia pozostawała częścią Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii. Placówki powstały na podstawie brytyjskich przepisów z XIX wieku i miały zapewniać opiekę dzieciom zaniedbanym, osieroconym lub zagrożonym przestępczością. Kiedy jednak Irlandia uzyskała niepodległość, to nowo powstałe państwo nie tylko utrzymało ten model, ale uczyniło z niego jeden z filarów systemu opieki nad dziećmi.
W teorii wszystko wyglądało rozsądnie. Dzieci miały otrzymać dach nad głową, wykształcenie, wychowanie i przygotowanie do dorosłego życia. W praktyce bardzo szybko okazało się, że między teorią a rzeczywistością powstała przepaść.
Bieda zamiast przestępstwa
Do takich placówek nie trafiali wyłącznie młodzi przestępcy. Wręcz przeciwnie, większość tych dzieci nie zrobiła niczego, co dziś uznalibyśmy za przestępstwo. Często ich jedyną winą było to, że urodziły się w biednej rodzinie. W tamtych czasach ubóstwo bardzo łatwo utożsamiano z zaniedbaniem. Samotna matka, rodzice, którzy nie mieli pracy albo zarabiali zbyt mało, dzieci włóczące się po ulicach, nieobecność w szkole, żebranie czy brak odpowiedniej opieki mogły wystarczyć, aby sąd skierował dziecko do Szkoły Przemysłowej. Co jest jednak bardzo ważne, sędziowie dysponowali ogromną swobodą podejmowania takich decyzji i tę zasadę stosowali bardzo często.
Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, że bieda mogła być praktycznie traktowana jak przestępstwo. A jednak właśnie tak funkcjonował ten, jak się dzisiaj wydaje, nieludzki system.
Za murami zaczynało się inne życie
Po przekroczeniu bramy kończyło się dotychczasowe życie. Dziecko trafiało do zamkniętego świata rządzącego się własnymi zasadami. Wiele placówek prowadziły zgromadzenia zakonne, a państwo finansowało ich działalność. Taki układ powodował, że odpowiedzialność za los dzieci rozmywała się pomiędzy administracją państwową a instytucjami kościelnymi.
Dzień rozpoczynał się wcześnie rano. Modlitwa, później praca, kolejna modlitwa, posiłek, a następnie znów praca. Wszystko podporządkowane było rygorowi i dyscyplinie. Praca w założeniu twórców tego systemu miała być elementem wychowania. Jednak w praktyce bardzo często stawała się zwyczajnym wykorzystywaniem dzieci. Chłopcy wykonywali ciężkie prace fizyczne w gospodarstwach rolnych, warsztatach, gdzie produkowano m.in. buty, ale wysyłano ich też do robót związanych z utrzymaniem budynków. Dziewczęta z kolei spędzały długie godziny w pralniach, kuchniach, szwalniach i przy sprzątaniu. W wielu przypadkach ich praca przynosiła wymierne korzyści, głwnie jednak instytucjom prowadzącym te placówki.
Najbardziej dramatyczne jest jednak to, że praca często, o ile nie przede wszystkim, zastępowała edukację. Szkoły te istniały głównie z nazwy, bo nauka w nich schodziła na dalszy plan. Wielu wychowanków opuszczało placówki z bardziej niż ograniczonym wykształceniem, choć spędzili w tych przybytkach znaczną część swojego dzieciństwa.
Strach jako metoda wychowawcza
Jeszcze gorsza była atmosfera, jaka panowała za murami. Przez wiele lat w społeczeństwie funkcjonowało przekonanie, że surowe wychowanie nikomu nie szkodzi. Kary cielesne były czymś powszechnym, chociaż nie tylko w szkołach, ale również w domach. Jednak w Industrial Schools granica między dyscypliną a okrucieństwem została wielokrotnie, co jest udokumentowane, przekroczona.
Byli wychowankowie opowiadali o biciu za najdrobniejsze przewinienia. Za zbyt wolną pracę. Za rozmowę podczas posiłku. Za płacz. Za nieposłuszeństwo. Za spojrzenie nie w tę stronę, co trzeba. Nie brakowało także relacji o głodzeniu dzieci, poniżaniu ich na oczach innych wychowanków, długotrwałym izolowaniu czy wymierzaniu kar, które dziś zostałyby uznane za tortury psychiczne. Jeszcze bardziej wstrząsające były ujawniane po latach przypadki wykorzystywania seksualnego.
Milczenie państwa i autorytet Kościoła
Najbardziej bolesne jest jednak to, że wiele z tych dramatów można było uniknąć znacznie wcześniej, bo problem nie polegał na tym, że nikt niczego nie wiedział. Problem polegał na tym, że zbyt wielu ludzi nie chciało niczego zauważyć, a nawet wiedzieć.
Przez większą część XX wieku Kościół Katolicki cieszył się w Irlandii ogromnym autorytetem społecznym. Duchowni oraz zakonnicy postrzegani byli jako osoby stojące ponad wszelkimi podejrzeniami. Skargi dzieci często uznawano za kłamstwa lub przejaw niewdzięczności. Rodzice bali się natomiast przeciwstawiać instytucjom kościelnym i ich ówczesnemu autorytetowi. Państwo natomiast ograniczało kontrolę do minimum, więc tak powstał system, w którym niemal nikt nie ponosił odpowiedzialności. A to milczenie, to ukrywanie tragedii dzieci trwało w Irlandii przez dziesięciolecia.
Prawda w końcu wyszła na jaw
Dopiero pod koniec XX wieku byli wychowankowie zaczęli coraz odważniej mówić o swoich doświadczeniach. W mediach pojawiały się kolejne świadectwa, a opinia publiczna zaczęła dostrzegać, że nie chodzi o pojedyncze incydenty, lecz o zjawisko obejmujące cały system. Przełomowym momentem stał sie rok 1999. Ówczesny premier Irlandii Bertie Ahern wygłosił historyczne przemówienie, w którym w imieniu państwa przeprosił ofiary przemocy w tych instytucjach „opiekuńczych”, jakimi miały być Szkoły Przemysłowe.
Był to gest symboliczny, ale niezwykle ważny, ponieważ po raz pierwszy w historii tego kraju, najwyższe władze przyznały, że państwo zawiodło własne dzieci.
Jeszcze większe znaczenie miał opublikowany w 2009 roku Ryan Report – monumentalny raport Komisji do Zbadania Przemocy wobec Dzieci. Dokument liczył ponad dwa i pół tysiąca stron i przedstawiał obraz systemu, który przez dziesięciolecia funkcjonował praktycznie bez skutecznej kontroli. Komisja potwierdziła istnienie systematycznej przemocy fizycznej, psychicznej oraz seksualnej wobec dzieci. Ujawniła również, że wiele zgromadzeń zakonnych wiedziało o nadużyciach i nie reagowało wcale – albo w odpowiedni sposób.
Raport nie pozostawił większych wątpliwości, więc nie chodziło o wskazanie kilku „czarnych owiec”. Wtedy wyszło na jaw, że zawiódł cały system.
Czy można wynagrodzić utracone dzieciństwo?
Po publikacji raportu rozpoczęto wypłatę odszkodowań dla byłych wychowanków, choć część ludzi nazywało ich więźniami. Powstały specjalne fundusze rekompensacyjne, dzięki którym tysiące osób otrzymało finansowe zadośćuczynienie. Czy jednak pieniądze mogą wynagrodzić utracone dzieciństwo? Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi.
Wielu byłych wychowanków podkreśla, że nie chodziło wyłącznie o odszkodowania. Dla nich równie ważne było publiczne uznanie prawdy. Przez całe życie nosili w sobie ciężar doświadczeń, o których nikt nie chciał słuchać. Wielu zmagało się z depresją, uzależnieniami, problemami w budowaniu relacji rodzinnych czy zwyczajnym brakiem zaufania do ludzi. A ta trauma z dzieciństwa nie kończyła się wraz z osiągnięciem pełnoletniości, bo potrafiła towarzyszyć człowiekowi aż do końca życia.
Historia, która wciąż daje do myślenia
Warto przy tym zachować pełną historyczną uczciwość. Nie każda ze Szkół Przemysłowych wyglądała tak samo. Część byłych wychowanków wspomina swoich opiekunów dobrze. Nie wszystkie placówki były więc miejscami przemocy na taką samą skalę. Nie zmienia to jednak faktu, że liczne dochodzenia państwowe wykazały istnienie poważnych, systemowych nadużyć w wielu z nich. To właśnie dlatego historia Industrial Schools stała się symbolem porażki całego irlandzkiego modelu opieki instytucjonalnej.
Nie była to zresztą jedyna bolesna karta historii – młodej Republiki Irlandii. Z czasem świat usłyszał również o Pralniach Magdalenek, Domach Matki i Dziecka czy innych mniej znanych domach prowadzonych przez zgromadzenia zakonne, w których także dochodziło do licznych naruszeń praw człowieka. Wszystkie te sprawy razem doprowadziły do głębokiej zmiany społecznej. Wtedy właśnie Irlandczycy zaczęli inaczej patrzeć zarówno na rolę państwa, jak i na pozycję Kościoła w życiu publicznym.
Dzisiaj Irlandia jest zupełnie innym krajem niż pół wieku temu. System ochrony dzieci został gruntownie przebudowany, a nadzór państwa nad placówkami opiekuńczymi jest nieporównywalnie większy. Jednak pamięć o dawnych wydarzeniach pozostaje żywa. Co pewien czas wracają natomiast pytania o odpowiedzialność, pełne ujawnienie archiwów czy dalszą pomoc dla ofiar.
To dobrze, bo społeczeństwo, które przestaje pytać o własną przeszłość, ryzykuje, że kiedyś ją powtórzy.
Historia Industrial Schools nie jest wyłącznie opowieścią o Irlandii. To raczej uniwersalne ostrzeżenie przed sytuacją, w której państwo oddaje pełnię odpowiedzialności za najsłabszych w ręce jednej instytucji, rezygnując z realnej kontroli. Pokazuje również, jak łatwo społeczeństwo może odwrócić wzrok, jeśli autorytet wydaje się niepodważalny.
Najbardziej przejmujące jest jednak coś zupełnie innego, bo za każdą liczbą i cyfrą w tych irlandzkich raportach kryje się konkretne dziecko. Chłopiec tęskniący za rodzicami. Dziewczynka, która nie rozumiała, dlaczego została zabrana z domu. Nastolatka marząca tylko o chwili wolności. Dla nich te szkoły nie były rozdziałem w podręczniku historii. Były całym światem – światem zamkniętym za wysokim murem, z którego wielu wyszło już jako dorośli ludzie, ale z ranami, które nigdy do końca się nie zagoiły.
I właśnie dlatego ta historia zasługuje na pamięć i powinna być przestrogą dla nas wszystkich. Nie po to, by rozdrapywać dawne rany, nie po to, aby linczować publicznie winnych, lecz po to, by nigdy więcej żadne dziecko nie usłyszało, że cierpienie jest częścią wychowania, a milczenie najlepszym sposobem na zachowanie pozorów.
Bogdan Feręc
Fot. CC habiloid
