Gdy ziemia przestanie rodzić. Cichy marsz ku globalnemu głodowi – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Gdy ziemia przestanie rodzić. Cichy marsz ku globalnemu głodowi

Wojna uderzy w chleb, i to mocniej, niż ktokolwiek chciałby przyznać. Jeszcze wczoraj konflikt Stanów Zjednoczonych oraz Izraela z Iranem wydawał się kolejnym aktem geopolitycznych przepychanek, tych dobrze znanych rytuałów, w których świat przywykł szukać sensu i równowagi. Jednak dziś, gdy strzały już padły, a porty i fabryki stanęły w miejscu, staje się jasne, że to nie jest zwykła wojna. To wydarzenie, które rozrywa na strzępy jeden z kluczowych fundamentów współczesnej cywilizacji – tani i nieprzerwany dostęp do nawozów, bez których nowoczesne rolnictwo jest tylko wspomnieniem, dawną piosenką śpiewaną w pustej stodole.

Powie jeden lub drugi znawca z Facebooka – nawozy? Przecież są rzeczy ważniejsze, jak ropa, gaz, stal i sojusze wojskowe, ale kto tak mówi, ten dawno nie widział pola, które bez azotu wygląda jak chore i przestraszone zwierzę, dawno nie rozmawiał z rolnikiem, który wie, że bez mocznika pszenica po prostu nie rośnie, a kukurydza traci sens istnienia. Przez Cieśninę Ormuz przepływała jedna trzecia światowego handlu nawozami, co jest kluczowe w tej historii. Kiedy dziś patrzy się na jej zamknięcie, na te kontenerowce uwięzione jak ryby w sieci, to człowiek zaczyna rozumieć, że ta wojna nie skończy się wraz z ostatnią wystrzeloną rakietą. Ona już teraz rozlewa się po świecie jak cień, cichy i gęsty kurz po wybuchu.

Iran i Katar odpowiadały dotąd za dwanaście procent światowego exportu mocznika, tego niepozornego białego granulatu, który decyduje o tym, ile jedzenia w ogóle da się wyprodukować. Co warto podkreślić, nie chodzi tu tylko o Iran, który wstrzymał produkcję, bo nad Zatoką Perską kolejny gigant, czyli właśnie Katar zamknął jedną z największych na świecie fabryk nawozów azotowych. Linie produkcyjne stoją, światowe ceny skaczą jak oszalałe, a rolnicy obserwują te wahania z rosnącą trwogą. Jeszcze na początku stycznia tona mocznika kosztowała o 90% mniej, a dziś amerykańskie giełdy pokazują sześćset pięćdziesiąt dolarów, natomiast analitycy zapowiadają, że w kwietniu cena skoczy o kolejne sto dolarów. To nie jest zwykła podwyżka, to tsunami wzrostów, które już zaczęło nabierać mocy. Farmerzy z północnej półkuli, ci przyzwyczajeni do matematyki plonów, szybko policzyli, że gra przestaje się opłacać. Najbardziej kosztowne uprawy, te które połykają azot jak odkurzacz, więc kukurydza i pszenica, przestają mieć sens ekonomiczny, a gdy rolnik rezygnuje z zasiewów pszenicy, nie jest to wyłącznie decyzja gospodarcza. To jest początek reakcji łańcuchowej, której końca trudno się dziś nawet domyślić.

Szacuje się już, że nawet jeśli wojna zakończy się szybko, a produkcja i przepływ nawozów zostaną w miarę sprawnie odtworzone, zagrożonych głodem będzie około pięćdziesiąt milionów ludzi i to tylko w Afryce. To z kolei ilość, której nie powinno się wymawiać lekko, ale wciąż jest to scenariusz optymistyczny, idealny wręcz w swojej nierealności. Jeżeli Cieśnina Ormuz zostanie zablokowana jeszcze przez kilka miesięcy, cały świat stanie w obliczu katastrofy, jakiej nie pamięta od wieków, od czasów, gdy głód był żywiołem, a nie skutkiem błędnych politycznych decyzji i to jest w tej historii najtrudniejsze do przełknięcia. Świadomość, że za chwilę może zabraknąć najprostszych rzeczy, a nie kawioru, nie egzotycznych owoców, braknie po prostu chleba, mąki, makaronu i jajek.

Pamiętajmy, że jeśli zabraknie pszenicy i kukurydzy, to braki obejmą nie tylko pieczywo czy pizzę, ze sklepowych półek zaczną znikać sery, bo krowy karmione będą droższą paszą, więc produkcja serów stanie się mniej opłacalna. Zdrożeje także mięso, ponieważ hodowcy zmniejszą pogłowie bydła oraz trzody, nie chcąc dokładać więcej niż obecnie do interesu. W Europie zawsze było tak samo, kiedy drożała wołowina, ludzie przerzucali się na drób. Kiedy drób drożał, zaczynali sięgać po jajka, które ratowały domowe budżety niczym ostatnia deska ratunku, ale tym razem nie będzie żadnej deski, której będzie można się chwycić. Pasze drożeją dla wszystkich, bez wyjątku, więc zdrożeje i kurczak, i indyk, i jaja, i to wszystko naraz, tak jakby ktoś nagle przestawił wszystkie pokrętła na maksimum.

Rolnicy odpuszczają zasiewy roślin, które najbardziej łakną nawozów, więc może zacząć brakować sałaty, kapusty, buraków, marchwi, ziemniaków, pomidorów i ogórków. W normalnych czasach taka lista przypominałaby spis zakupów przeciętnej rodziny, a dziś jest tablicą ostrzegawczą, czerwonym światełkiem migającym nad lodówką świata. Przypuśćmy więc, że zabraknie tych produktów lub ich ceny wzrosną o kilkanaście, a w niektórych przypadkach o kilkadziesiąt procent, wówczas inflacja spożywcza przestanie być wyższą kwotą na wydruku z kasy fiskalnej i stanie się realnym ciosem w codzienność miliardów ludzi. Każdy, kto prowadzi dom, zacznie to czuć, każdy, kto próbuje przetrwać z minimalnym budżetem, stanie przed wyborem, co kupić, a z czego zrezygnować.

Do tego dochodzi reakcja państw, które jeszcze niedawno z dumą opowiadały o swojej przewodniej roli na globalnym rynku nawozowym. Chiny i Rosja, a te właśnie przykręciły eksportowy kurek, bo w świecie pozornego nadmiaru najpierw chroni się własną ziemię i własną produkcję, czego akurat nie rozumie Unia Europejska. Postępowanie Federacji Rosyjskiej i Chińskiej Republiki Ludowej jest, bo nawet już nie wydaje się logiczne, jest też brutalne i całkowicie zrozumiałe, gdyż każde państwo w czasach kryzysu robi się trochę bardziej egoistyczne, ale kiedy tak postępują najwięksi na rynku gracze, w tym przypadku nawozowym, globalny system zaczyna pękać jak stary, przeciążony most.

Patrząc na to wszystko, człowiek zadaje sobie pytanie: jak długo jeszcze damy radę udawać, że inflacja żywności to tylko wykresy, a nie preludium do czegoś znacznie większego? W historii świata kryzysy żywnościowe zawsze wywoływały niepokoje społeczne. Wystarczy wspomnieć bunt z powodu głodu we Francji, irlandzki okres Wielkiego Głodu, protesty z początku arabskiej wiosny, gniew ludzi, którzy wychodzili na ulice i w Polsce, kiedy chleb drożał o kilka procent. Dziś my stoimy na progu czegoś znacznie potężniejszego, czegoś, co nie dotknie jednego regionu, ale wszystkie kontynenty naraz. Można oczywiście powtarzać, że nowoczesność nas ochroni, że globalne łańcuchy dostaw są niezawodne, że technologia zawsze znajduje rozwiązanie. Jednak gdy patrzy się na zamkniętą Cieśninę Ormuz, na fabryki nawozów i rafinerie stojące jak martwe kolosy, na rosnące ceny, które codziennie zjadają coraz większą część naszych zarobków, to trudno uwierzyć w ten nowoczesny optymizm.

Może właśnie dlatego warto spojrzeć prawdzie w oczy, bo jeżeli wojna Netanjahu i Trumpa z Iranem nie zakończy się w najbliższych dniach lub tygodniach, to ostatnie dwa kryzysy, czyli ten z 2008 roku i ten rozpoczęty pandemią, z łezką nostalgii w oczach wspominać będziemy jak spokojne, znośne czasy, które raczej nie będą wydawać się takie straszne, jak ówcześnie. To chyba też chichot historii, że coś, co wydawało się życiową katastrofą, po latach może okazać się tylko przygrywką, lekkim ostrzeżeniem, którego nikt nie chciał potraktować poważnie. Świat coraz mniej przypomina stabilną, przewidywalną konstrukcję, a coraz bardziej rozchwiane krzesełko. I choć nikt tego głośno nie powie, każdy chyba czuje, że idziemy w stronę czegoś, czego nie potrafimy ani do końca nazwać, ani zatrzymać. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć, że głód nigdy nie przychodzi nagle. Zawsze zaczyna się od cichych sygnałów, więc od droższej mąki, pustych półek w pewnych regionach, rolników, którzy mówią, że nie zasieją. Potem nadchodzi moment, w którym świat orientuje się, że zabrakło czegoś, co miało być oczywistością, że krok po kroku i dzień po dniu, wszyscy weszliśmy na drogę, z której nie ma łatwego odwrotu.

Kto na tym wszystkim ucierpi najbardziej? Pracownicy korporacji? Serwis sprzątający w fabrykach, a może robotnicy przemysły ciężkiego? Tak, to oni, bo rolnicy, stracą najmniej, a przynajmniej nie będą głodni. Natomiast politycy, więc winni całego zamieszania, bo przecież to oni wywołują konflikty i wojny, patrzeć będą, użalą się nad naszym losem, a w ciszy swoich gabinetów, wciąż będą się śmiać, że przez lata udawało się im nas oszukiwać i do końca żyliśmy w przeświadczeniu, że działają na naszą korzyść. Tak nie było już dawno, a i nie będzie jeszcze długo, bo wciąż nie rozumiemy, że możemy to zatrzymać, rozpędzając to towarzystwo. Ja nawet nie mówię, żeby przypomnieć im Wielką Rewolucję Francuską, ale przypomnieć sobie, że naród, każdy naród, działając razem, może zrobić dużo, bardzo dużo.

Bogdan Feręc

Photo by Jan Kopřiva on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
Najsilniejsi w sonda
"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.

"Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Privacy Overview

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.