Gdy gasną światła pod wielkim namiotem. Powolny zmierzch cyrkowej dynastii Duffych
Był czas, gdy cyrk przyjeżdżał do miasta niczym objazdowe święto, pachniało wówczas mokrą trociną, benzyną z agregatów i cukrową watą. Dzieci zadzierały głowy ku linom trapezu, dorośli na chwilę zapominali o rachunkach, polityce i wojnach. Cyrk był obietnicą innego świata, tego kolorowego, ryzykownego, większego od codzienności. Dziś ten świat powoli gaśnie.
W Irlandii symbolem tej walki stał się Tom Duffy’s Circus, jedna z najstarszych rodzinnych trup cyrkowych w Europie. Dynastia istnieje od 1775 roku i przetrwała głód, wojny, kryzysy gospodarcze, pandemie oraz dekady przemocy w Irlandii Północnej, ale może nie przetrwać XXI wieku. David Duffy, dzisiejszy właściciel i spadkobierca rodzinnego imperium, powiedział wprost: „Wiem, że to będzie mój koniec”. To zdanie brzmi jak wyrok człowieka, który całe życie próbował utrzymać płomień tradycji, choć wiatr historii dmucha już w inną stronę.
Jego ojciec, legendarny ringmaster Tom Duffy, obiecał publiczności jedno: „show must go on” i rzeczywiście, szło dalej. Nawet wtedy, gdy w latach 80. i 90. Irlandię Północną rozdzierały bomby, zamachy i sekciarska nienawiść, Cyrk Duffych rozstawiał namioty niedaleko miejsc, gdzie jeszcze chwilę wcześniej wyły syreny karetek. Pod wielkim namiotem katolicy i protestanci siadali obok siebie. Lew skakał przez obręcz, akrobaci przecinali powietrze, a na kilka godzin wojna milkła.
Brzmi to dziś niemal niewiarygodnie, jak opowieść z epoki, która nie wierzyła jeszcze, że wszystko można zastąpić ekranem smartfona, bo właśnie tam leży problem współczesnego cyrku. Nie w braku talentu, nie w braku historii, tylko w zmianie świata. Netflix nie musi rozstawiać namiotu, TikTok nie płaci za paliwo do ciężarówek. YouTube nie potrzebuje kilkudziesięciu ludzi żyjących dziewięć miesięcy w trasie. Natomiast współczesny odbiorca chce rozrywki szybkiej, taniej i natychmiastowej, ale cyrk jest odwrotnością tego wszystkiego.
To logistyka przypominająca operację wojskową: dziesiątki ciężarówek, pozwolenia, transport ludzi i sprzętu, rosnące ceny paliwa, ubezpieczenia, opłaty za tereny i coraz bardziej restrykcyjne regulacje. Po pandemii wiele trup cyrkowych już się nie podniosło, a do tego dochodzi zmiana społecznej wrażliwości. Zwierzęta znikają z aren, bo współczesna publiczność nie chce już oglądać słoni tańczących w rytm orkiestry. Cyrk próbuje się modernizować, jest więcej akrobatyki, efektów świetlnych, narracji i widowiska przypominającego teatralny spektakl.
Jednak modernizacja kosztuje, a tradycja nie zawsze potrafi zarabiać.
Trzeba też pamiętać, że cyrk nigdy nie był tylko rozrywką, on był ostatnią wielką wędrowną kulturą Europy. Ludzie cyrku żyli poza rytmem państwa, korporacji i biur. Ich domem były przyczepy, ich kalendarzem, kolejne miasta, a ich kapitałem, odwaga i umiejętność zadziwiania tłumu. Dziś taki styl życia wydaje się niemal egzotyczny, a może nawet niewygodny dla współczesności, która wszystko chce uporządkować, skatalogować i zamknąć w aplikacji.
Rodzina Duffych wciąż jednak walczy. Szóste i siódme pokolenie nadal wychodzi na arenę. Nadal rozstawiają jeden z najstarszych wielkich namiotów świata. Nadal wierzą, że kiedy gasną światła, a reflektor przecina ciemność, dzieje się coś magicznego. Może właśnie dlatego historia Duffych jest czymś więcej niż opowieścią o upadającym biznesie, to historia o Irlandzkiej wyspie i o Europie, która traci swoje dawne rytuały.
Bo kiedy umrze ostatni wielki cyrk, nie zniknie tylko forma rozrywki. Zniknie pewien sposób patrzenia na świat, czyli ten, w którym człowiek potrafił jeszcze usiąść pod płóciennym namiotem i przez dwie godziny wierzyć, że niemożliwe naprawdę istnieje.
Bogdan Feręc
Źr. Independent/The Belfast Telegraph
