Felieton sobotni Jana A. Kowalskiego: Rozwój Polski bez UE? Nasza elita (1)
Miałem nadzieję, że idea oddolnego rządzenia się Polaków, która odrodziła się w 1. Solidarności, przebije się w debacie po roku 1989. Tak się nie stało. Sito Kiszczaka w doborze opozycji, akceptowanej przez system w ramach transformacji z PRL w III RP, zadziałało skutecznie. Dlatego mamy to co mamy
Co osiągnęliśmy po 36 latach od zamiany komunizmu na postkomunizm? Na jakich warunkach się to dokonało? Jakie koszty ponieśliśmy? Czy mogliśmy się rozwinąć poza Unią Europejską? Tydzień temu obiecałem pomyśleć nad tymi zagadnieniami.
Zacznijmy od rzeczy podstawowej – od kadr.
Polska nie posiada strategii samodzielnego rozwoju. Nie mamy nawet strategii rozwoju państwa w oparciu o zasoby zewnętrzne (UE, USA, Trójmorze). Z czego to wynika pisałem mnóstwo razy – z braku państwowej elity wyrastającej ze społeczeństwa i reprezentującej interesy własnych grup społecznych.
Tak nam się ułożyła historia, że od 80 lat rzekomo polskie elity powoływane są przez siły zewnętrzne zainteresowane słabością polskiego państwa. Ostatnie mianowanie elity (III RP) nastąpiło z mocy gen. Kiszczaka, szefa jawnych i tajnych służb PRL, podległych kierownictwu w Moskwie. Co zostało usankcjonowane przez Zachód, w tym Niemcy.
Zewnętrzne siły z bliskiej zagranicy, wschodniej i zachodniej, nigdy nie były i nie będą zainteresowane rozwojem Polski w stopniu zagrażającym ich pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej. Nie będą zainteresowane Polską silną. Prawie to banał dla każdego zdroworozsądkowo myślącego człowieka. Jednak okazało się to za trudne do zrozumienia przez „naszą elitę”, która nie rozumie języka i myślenia normalnych Polaków. Nie jest też zainteresowana działaniem dla ich dobra/korzyści, ale dobrem własnym.
Zbiegło się to z emancypacją elit Zachodu od własnych społeczeństw/wyborców. Formalny początek tego procesu nastąpił w początku lat 80-tych wraz z globalizacją. Nastąpił swoisty „bunt elit”, niejako w opozycji do dawnego „buntu mas”. Dwóch myślicieli społecznych tak nazwało te zjawiska w historii Zachodu. Wcześniejsze zauważył i opisał hiszpański filozof i socjolog José Ortega y Gasset w 1929 roku.
Obecne, z którym mamy do czynienia i nie możemy sobie poradzić w Polsce i Unii Europejskiej, zarysował amerykański historyk i publicysta Christopher Lasch w 1995 roku. W Buncie Elit (polskie wydanie 1997), w kontrze do Buntu Mas (przeczytajcie obie, bo warto). Jego tezy wybrzmiały rok temu w mowie wiceprezydenta USA, JD Vance’a do europejskiej elity.
To dlatego europejskie elity, same już wyzwolone od obowiązków względem mas (swoich niewdzięcznych poddanych), tak chętnie przyjęły pod swoje skrzydła elity postkomunistyczne, również pozbawione po upadku komunizmu zobowiązań wobec swoich społeczeństw.
W odróżnieniu od elit Zachodu, które dopiero musiały przejść proces degeneracji, nowe elity państw byłego Obozu nigdy nie były od własnych społeczeństw zależne. Nie pochodziły z wyboru społecznego, ale z nadania komunistycznej Centrali. Ich siła brała się z posłuszeństwa układom najwyższego szczebla , a nie z poparcia oddolnego, wynikającego z własnych zdolności organizacyjnych. Samoorganizowanie się oddolne społeczeństwa było przecież za komuny zakazane.
Dopiero rewolucja Solidarności roku 1980 stanowiła wyłom w komunistycznym systemie odgórnego doboru ludzi. Była zorganizowana i zarządzana oddolnie, co stanowiło śmiertelne zagrożenie dla systemu. Z tego względu, o czym wiele razy pisałem, została brutalnie spacyfikowana 13 XII 1981 roku.
Miałem nadzieję, że idea oddolnego rządzenia się Polaków przebije się w debacie publicznej po roku 1989. Tak się jednak nie stało. Sito Kiszczaka w doborze ludzi opozycji, akceptowanej przez system w ramach transformacji z PRL w III RP, zadziałało wyjątkowo skutecznie. Najłagodniej ludzi tych nazywam nieudacznikami, choć nie zabrakło wśród nich agentów starego reżimu.
Gdy tylko doszli do władzy w wyniku nieuniknionych w nowym systemie wyborów, natychmiast zaczęli zabezpieczać swoje prywatne i grupowe interesy. Takie zabezpieczenie może zapewnić tylko odgórny system zarządzania, który eliminuje możliwość spontanicznego awansu liderów społecznych.
To odgórne namaszczenie, wartościowo tożsame z awansem w PRL, zostało zastosowane przez wszystkie partie i partyjki wywodzące się z byłej opozycji, przez ich I Sekretarzy. Oczywiście nie obyło się to bez walki o władzę. Miała podobny przebieg jak w Rosji Sowieckiej, choć bez krwawych ofiar.
Najbardziej (dla mnie) okropnym przykładem takiego zakotwiczenia mentalnego w komunizmie jest Prawo i Sprawiedliwość. Możliwe, że przez osobiste resentymenty, ale też przez zmarnowany przez tę partię naturalny entuzjazm społeczny. Jak do tej pory jedynie ta partia miała szansę na zmianę Polski z państwa postkomunistycznego w normalnie, oddolnie zarządzane – zgodnie z wielowiekową tradycją Rzeczpospolitej i I Solidarności. Osobiście temu kibicowałem.
Niestety nic takiego się nie stało. Masowe poparcie społeczne zostało przez Jarosława Kaczyńskiego i jego lokalnych kacyków skutecznie wytłumione. W szalonym pragnieniu utrzymania jednoosobowej władzy i zabezpieczenia przed infiltracją, partia zabetonowała się i odgrodziła od zwykłych ludzi.
Działacze PiS są dziś bardziej funkcjonariuszami partyjnymi niż lokalnymi liderami. Jedyne ugrupowanie, mogące na wzór I Solidarności przekształcić się w autentyczny ruch społeczny, zmarnowało swoją i naszą szansę, rozwój Polski upatrując nie w uruchomieniu własnego potencjału, ale w podporządkowaniu się Brukseli i realizacji zaleceń Komisji Europejskiej.
Czy nadzieja, nowa nadzieja, tli się w zwyżkujących sondażowo obu Konfederacjach? Jestem głęboko sceptyczny. Ich wspólny lider Janusz Korwin-Mikke jedyną możliwość na zmianę systemu w Polsce upatrywał w rządach odgórnych, dyktatorskich. Pierwszym namaszczonym przez niego dyktatorem był generał Jaruzelski. Doszła do tego jego nieskrywana pogarda dla prostych ludzi i demoralizacja młodych, poprzez wykazanie, że są mądrzejsi i lepsi od plebsu, który w końcu wybierze ich, najmądrzejszych, jak dostanie w … wiecie gdzie.
Teraz najpopularniejsi w internetach, w sprawach zarządzania państwem nie mają nic do powiedzenia. Wygłaszają hasła, slogany i stosują stare kalki z liberalnej doktryny Zachodu, bez zrozumienia polskiej rzeczywistości. Nawet projekty konstytucji o jakie się pokusili ich liderzy (Korwin, Michalkiewicz) to lekko zmodyfikowana Konstytucja z 1935 roku, z II RP – państwa etatystycznego, odgórnie zarządzanego, sprzecznego z kilkusetletnią tradycją I Rzeczpospolitej spontanicznego porządku (od dołu do góry).
O ich rozumieniu polityki międzynarodowej, tej mieszanki ideologii i szaleństwa w wydaniu Grzegorza Brauna i polityków innych partii, już dziś nie napiszę. Będę miał od czego zacząć za tydzień😊
Jan Azja Kowalski
PS. Głos prezydenta Nawrockiego i prezesa NBP Adama Glapińskiego w sprawie polskiego SAFE, to pierwsza jaskółka polskiego samodzielnego myślenia i działania. Jak jednak wiemy, jedna jaskółka wiosny nie czyni.
