Ewakuacja Donalda T.?
Posiedziałem parę dni w Polsce, popatrzyłem na to, co się tam dzieje, posłuchałem ludzi i zobaczyłem obraz, który nie tylko pokazał mi obawy o przyszłość naszej ojczyzny, ale też głęboką niechęć do obecnego gabinetu.
Przez kilka dni pędziłem nieśpieszny żywot na ścianie wschodniej, więc w bastionie konserwatyzmu, a to tam właśnie nasłuchałem się, jak rząd w Warszawie ma głęboko złą opinię. Oczywiście nie można przystawiać tej sytuacji do całego kraju, więc zapytałem o opinie również w centralnej Polsce. Wówczas, co zaskoczyło nawet mnie, bo zakon „tuskistów” orzekł w znakomitej większości, że szału nie ma. To było ciekawe spostrzeżenie, bo jeszcze niedawno ci sami ludzie próbowali mi udowodnić, że po latach marazmu, jaki miał miejsce w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości, kraj ruszy do przodu, że teraz to będzie inaczej, że mleko i miód to będą się nam uszami wylewać.
Przyjąłem z pokorą te opinie, może bardziej dlatego, że rząd, kolejne rządy nie były tymi, jakich oczekiwali Polacy, a i narozrabiali niemożebnie, więc może i nie skakałem z radości, ale zapanowała we mnie jakaś radość, że łańcuch złych zdarzeń został przerwany. Faktem jest, że tuż po wyborach, gdy Prawo i Sprawiedliwość utraciło władzę, zrobiło mi się trochę przykro, ale powodem nie był sam PiS, a możliwe konsekwencje przejęcia sterów przez centrolewicę i liberałów. Człowiek może mieć bowiem różne sympatie polityczne, ale zawsze pozostaje pytanie, co wydarzy się później, kiedy zwycięska ekipa przestanie być opozycją, a zacznie ponosić odpowiedzialność za państwo?
To wszystko zaczęło się chyba jednak zmieniać, bo skoro lokalni, ale jednak politycy związani z zakamuflowaną słowem „Koalicja” Platformą Obywatelską mówią, że zły kierunek obrała nasza władza, coś w tym musi być. Oczywiście wiele rzeczy tłumaczą sytuacją międzynarodową, kryzysem na świecie i wojenką podjazdową kilku mocarstw, ale nie zmienia to faktu, że wiara w nich upadła. A kiedy zaczyna pękać wiara ludzi, którzy jeszcze niedawno byli gotowi bronić swoich politycznych wybrańców niemal do ostatniego „twitta” na iksie i ostatniej kropki w facebookowym wpisie, robi się naprawdę interesująco.
To wszystko można by jednak przełknąć, bo przecież jak mogą zachowywać się ci, których już teraz praktycznie na każdym kroku opluwa się słownie w mediach, również tych społecznościowych. Zauważyli więc, że okręt zaczął nabierać wody i coś trzeba z tym zrobić. Niestety, egzekutywa KO niewiele robi w tej kwestii, czyli lider wygaduje swoje, walczy z prezydentem, a nawet porzucił swojego niegdysiejszego etatowego wroga i leciwy Jarosław – Polskę Zbaw, poszedł w odstawkę.
Podczas tych wszystkich rozmów był jednak jeden element, którego w pierwszej chwili nie chciałem zauważać, bo owszem, przemycany był w drugim, a może nawet trzecim tle, to jednak dźwięczał dość wyraźnie. Zaczęło się niewinnie, bo od sugestii, że czarne chmury zbierają się nad Ursulą von der Leyen, więc ta może nie doczekać końca swojej kadencji na stanowisku dyktatorki Europy. Jednak nie to było najważniejsze, a przecież nawet się ucieszę, gdy Ursulę zdegradują, czyli poprawnym stwierdzeniem będzie, że przesuną do innych zadań, będą jej płacić, ale nie na widoku.
Sytuacja zmieniła się o 180 stopni, gdy padło zdanie, że przecież trzeba będzie kobietę zastąpić, a to wówczas pojawiło się znane mi nazwisko. Właśnie, zabrzmiało to znajomo, albowiem jest ono niczym innym, jak mianem naszego premiera. W trakcie pierwszej rozmowy uznałem to za żart, za próbę wkręcenia mnie w jakąś polityczną rozgrywkę, a może nawet w chęć zmanipulowania. Uznałem również, że ktoś najwyraźniej postanowił sprawdzić, jak szybko połknę polityczną przynętę. Jednak kolejne spotkania szły dokładnie w tym samym kierunku, czyli łódzcy „platformersi” czują pismo nosem, że von der Leyen zastąpić ma Tusk Donald – obecnie z zawodu premier.
Czy tu zaczyna się robić ciekawie? Tak, bo sama możliwość kontynuowania europejskiej kariery Donalda Tuska nie byłaby przecież czymś nadzwyczajnym. Premier już raz wyjechał z Warszawy do Brukseli, zostawiając krajową politykę i obejmując jedno z najważniejszych stanowisk w strukturach Unii Europejskiej. Nie było to zresztą zwykłe przejście z jednego gabinetu do drugiego. Był to moment szczególny również dlatego, że nastąpił w czasie, gdy Platforma Obywatelska traciła polityczny impet, natomiast jej przywódca otrzymał możliwość wejścia na znacznie wyższy szczebel europejskiej polityki.
W 2014 roku Donald Tusk wyjechał do Europy. Polska scena polityczna została, Platforma Obywatelska została, a dla niej samej rozpoczął się nowy etap, nienajlepszy, ponieważ zakończony klęską wyborczą. Po latach Donald Tusk wrócił do krajowej polityki, ponownie przejął stery swojej formacji i ostatecznie doprowadził ją do odzyskania władzy. Okrzyknięto go wtedy „cesarzem” politycznej odnowy w Polsce, ale przydomek nie przetrwał zbyt długo.
Dzisiaj pojawia się więc pytanie, czy historia nie próbuje napisać podobnego scenariusza po raz drugi? Idąc śladami tych moich luźnych i miłych, bo jednak z dobrymi znajomymi, rozmów, zastanawiam się, ile jest w tym prawdy? Moim zdaniem – zastąpi to zastąpi, nic mi do tego, bo zawsze wolałem, a posługując się słowami naszego łódzkiego wieszcza – Juliana Tuwima, tutejszego kretyna od mniej lub bardziej miejscowej idiotki. Jakby jakiś polityk albo zwolennik Platformy nie zrozumiał, użyłem przenośni.
I znowu, nie to jest najważniejsze, bo przecież zaświtała mi w głowie pewna analogia, czyli: gdy robi się gorąco, szef ugrupowania obecnie sprawującego władzę wycofuje się na z góry upatrzone i dogodne pozycje? Oczywiście mogę się mylić, bo przecież 25 października 2015 roku to nie to samo, a i ówczesny lider PO, nie został był wzięty w ostatniej chwili w łapance na bossa całej Unii Europejskiej. Stało się to znacznie wcześniej, jednak miało miejsce to w czasie, kiedy jego ugrupowanie wyraźnie traciło poparcie. Nie mówię, że obecnie jest tak samo, ale sondaże nie pokazują dla Koalicji Obywatelskiej tendencji wzrostowej. Mają te swoje 30 procent, ale to wartość stała i należy pamiętać, że dotyczy wielu ugrupowań. Odejmując natomiast głosy dla przystawek, dawna Platforma ma wówczas znacznie poniżej 20 proc.
I właśnie dlatego opowieść o możliwej „ewakuacji” Donalda Tuska do Brukseli nabiera szczególnego smaku. Czym innym jest bowiem awans polityka, który po zakończeniu swojej misji w kraju, przechodzi do europejskiej polityki, a czym innym sytuacja, w której europejska funkcja może pojawić się w momencie politycznych problemów i to zarówno w państwie, jak i na szczytach unijnej władzy. Można to z całą pewnością przedstawić, co zapewne się zdarzy, że Donald Tusk idzie ratować srebra rodowe Europy, co poniekąd, a po rządach Ursuli von der Leyen, będzie miało jakiś sens.
Nie twierdzę, że tak właśnie jest lub będzie. Nie twierdzę nawet, że ktokolwiek podjął w tej sprawie ostateczne decyzje. Uważam jedynie, że jeżeli takie głosy zaczynają dochodzić, a nie są to sugestie przypadkowych komentatorów, bo również lub przede wszystkim szeregów samej formacji, to warto się nad nimi pochylić. Tym samym, czy będziemy mieć powtórkę z historii, a za jednym zamachem pozbędziemy się dwojga nielubianych polityków? Jest to całkiem prawdopodobne, więc jak uważają „platformersi” z łódzkiego, Donald idzie do Europy, a Ursula do szafy z politycznymi trupami.
Jednak i to samo w sobie nie jest najważniejsze, choć ponownie będę ukontentowany, że jednak Polacy mogą coś znaczyć w Unii Europejskiej, ale chodzi o kolejny głos z formacji aktualnego premiera. Wyczuwalny jest w niej pewnego rodzaju smutek, a nawet zawiedzione nadzieje, że w sytuacji trudnej dla partii, lider zaczyna szukać, co jest mniej lub bardziej realne, drogi ucieczki.
Tutaj właśnie pojawi się zaznaczenie, bo słowo „ucieczka” może być zbyt mocne, dlatego wolę „ewakuację”. Sama ewakuacja nie musi oznaczać bowiem kapitulacji. Może być zwyczajnym przeniesieniem człowieka z miejsca, w którym zaczyna robić się niebezpiecznie, do miejsca znacznie bardziej komfortowego. Polityka zna takie przypadki i, co istotne, nie jest to wyłącznie polska specjalność.
O ile więc tak właśnie się stanie, Ursula von der Leyen odsunięta będzie na boczny tor, a Donald Tusk powróci jako zbawca Unii Europejskiej, szeregi partyjne powiedzą chyba oficjalnie, że zostały, kolejny już raz – osierocone. Tyle tylko, że tym razem osierocenie mogłoby mieć znacznie poważniejsze konsekwencje.
Ważne jest też w tym wszystkim, że „platformersi” obawiają się, iż odejście Donalda Tuska do Europy, całkowicie wymaże szanse na wygraną w kolejnych wyborach, więc o ile teraz wciąż mogą mieć nadzieję, iż władzę utrzymają, tak po koronowaniu premiera Tuska na szefa niedogrzanej Europy, będą mogli marzenia odnieść na najbliższy cmentarz. To zresztą jeden z najbardziej interesujących elementów całej historii. Jeżeli lider jest dla partii nie tylko przewodniczącym, ale również jej głównym politycznym znakiem rozpoznawczym, siłą jednoczącą, to jego odejście może oznaczać coś więcej niż zmianę nazwiska na partyjnym szyldzie.
Może oznaczać konieczność odpowiedzi na pytanie, co właściwie pozostanie po liderze? Czy tutaj zaczyna się więc prawdziwy problem Platformy? Możliwe, ale nie dlatego, że Donald Tusk nie może odejść. Każdy polityk może kiedyś odejść. Nie dlatego również, że Bruksela miałaby być dla niego miejscem politycznej emerytury, bo europejskie stanowiska nie są przecież emeryturami. Problem zaczyna się wtedy, gdy partia odkrywa, że przez lata zbyt mocno uzależniła swoją polityczną tożsamość od jednego człowieka.
Czy tak się stanie? Czy towarzyszka Ursula von der Leyen zostanie odsunięta od struktur decyzyjnych socjalizującej Unii Europejskiej? Czy premier Donald Tusk wróci, jako „odnowiciel”, na swój dawny fo(r)tel? Tego nie wiem. Nie wiem też, czy brukselskie jaskółki rzeczywiście coś o tym wiedzą, czy może po prostu dobrze wyczuwają wiatr. Ale skoro mówią o tym partyjne doły, nie robią tego bez żadnych podstaw.
Być może jest to tylko polityczna plotka. Być może próba zbadania gruntu. Być może zwyczajna rozmowa przy kawie, która w ciągu kilku dni zaczęła żyć własnym życiem, a być może gdzieś w Brukseli, ktoś rzeczywiście już zaczyna układać polityczne puzzle. Jedno jest natomiast pewne, że jeżeli za jakiś czas okaże się, że Ursula von der Leyen faktycznie znika z pierwszego szeregu, a Donald Tusk ponownie pakuje walizki, będziemy mogli przypomnieć sobie te moje rozmowy w przyjacielskim „platformerskim” gronie i zadać jedno, całkiem proste pytanie. Czy to jest polityczna kariera, czy jednak kolejna ewakuacja? Bo między jednym a drugim jest różnica, niekiedy niewielka, ale zwłaszcza wtedy, gdy statek zaczyna nabierać wody.
Bogdan Feręc
Fot. CC Mateusz Włodarczyk

