Europa ma być zbrodniarzem klimatycznym. Problem w tym, że alarmistyczna opowieść nie mówi całej prawdy
Europa jest jakoby najszybciej ocieplającym się kontynentem na świecie, a temperatury mają tutaj rosnąć dwukrotnie szybciej niż globalna średnia. Każdy kolejny rekord temperatury przedstawiany jest jako następny dowód katastrofy klimatycznej, a Europejczyk coraz częściej odnosić ma wrażenie, że to właśnie jego życie codzienne jest jednym z głównych problemów planety.
I właśnie tutaj zaczyna się problem, choć nie wynika to z samego faktu, że klimat się zmienia. Nie z tego, że temperatury mogą ustanawiać nowe rekordy, choć wcześniej takie się już pojawiały cyklicznie. Nie z konieczności przygotowania miast, rolnictwa, energetyki i ochrony zdrowia na tzw. ekstremalne zjawiska pogodowe. Problem zaczyna się w chwili, kiedy z poszczególnych zdarzeń buduje się polityczną opowieść, w której Europejczyk ma niemal przepraszać za to, że korzysta z samochodu, ogrzewa mieszkanie, lata samolotem czy prowadzi działalność gospodarczą. Przecież sama rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.
Rekord temperatury nie jest rachunkiem winy
Tegoroczna fala wysokich temperatur w Irlandii i Wielkiej Brytanii rzeczywiście była nienaturalną dla tej części świata. Jednak w Ardfert w hrabstwie Kerry w 1997 roku zanotowano 28,4°C i był to przez 29 lat rekord temperatury dla maja w Irlandii. W tym roku na lotnisku Shannon najpierw odnotowano 28,6°C, a dzień później aż 30,5°C, więc różnica nie jest kolosalna. W Wielkiej Brytanii padły kolejne rekordy. W Kew Gardens temperatura osiągnęła 34,8°C, a następnego dnia 35,1°C, podczas gdy poprzedni majowy rekord Wielkiej Brytanii 32,8°C – obowiązywał od 1922 roku.
To są fakty i nie ma żadnego powodu, by je negować. Problem jednak zaczyna się wtedy, kiedy z tych danych wyciąga się znacznie dalej idące wnioski, a każdy rekord pogodowy staje się elementem politycznego aktu oskarżenia wobec całego społeczeństwa.
Irlandzkie media przedstawiają te wydarzenia pogodowe przede wszystkim przez pryzmat zmian klimatu. Cytowani są naukowcy, którzy wskazują, że antropogeniczne globalne ocieplenie zwiększa prawdopodobieństwo występowania fal upałów. To jest istotna informacja, ale czym innym jest stwierdzenie, że zmiana klimatu wpływa na prawdopodobieństwo określonych zjawisk, a czym innym budowanie narracji, że każde ekstremalne wydarzenie pogodowe jest bezpośrednim „dowodem winy” współczesnego Europejczyka.
George Lee i opowieść o Europie jako klimatycznym grzeszniku
Szczególnie krytycznie należy patrzeć na sposób, w jaki takie wydarzenia są opisywane przez część komentatorów, w tym George’a Lee. Jeżeli odbiorcy przedstawia się przede wszystkim obraz Europy jako kontynentu, który ociepla się wyjątkowo szybko, a jednocześnie pomija się proporcje odpowiedzialności za globalne emisje, strukturę światowej gospodarki i tempo zmian energetycznych w poszczególnych państwach, otrzymujemy przekaz, cóż, o ile nie kłamliwy, to przynajmniej niepełny.
Natomiast ten niepełny przekaz może być równie szkodliwy, jak przekaz z gruntu fałszywy. Europa rzeczywiście może ocieplać się szybciej od globalnej średniej. Nie oznacza to jednak, że Europejczycy są „najgorszą nacją na planecie”, jeśli chodzi o wpływ na klimat. Nie wynika z tego również, że europejska polityka energetyczna jest nieskuteczna. Wręcz przeciwnie. Europa bardzo szybko ogranicza wykorzystanie paliw kopalnych i zmienia strukturę swojej energetyki. Jednocześnie inne wielkie gospodarki świata nadal rozwijają swoje moce energetyczne, przemysłowe i infrastrukturalne w sposób, którego nie można po prostu przemilczeć.
I tu pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego europejski odbiorca ma być nieustannie przekonywany, że musi ponosić coraz większe koszty transformacji, skoro globalna gospodarka nie podąża w takim samym tempie?
Chiny, USA, Indie i reszta świata
Jeżeli problemem ma być globalne ocieplenie, trzeba patrzeć na planetę jako całość. Nie wystarczy powiedzieć mieszkańcowi Irlandii, Niemiec, Francji czy Polski, że musi ograniczyć konsumpcję, zmienić samochód na elektryczny, zaakceptować droższą energię albo ponosić koszty kolejnych regulacji. Trzeba również zapytać, co w tym samym czasie dzieje się w Chinach, Indiach, Stanach Zjednoczonych i państwach rozwijających się.
Europa może redukować własne emisje, ale klimat nie zatrzymuje się na granicy Unii Europejskiej.
Jeżeli produkcja energochłonna przeniesiona zostanie poza Europę, a Europejczycy nadal będą kupowali produkty wytwarzane gdzie indziej, można poprawić europejskie statystyki emisji, ale nie rozwiązując problemu w skali globalnej. To jeden z najważniejszych elementów debaty, który w alarmistycznych przekazach po prostu ginie. Można przecież zamknąć fabrykę w Europie, co nawiasem mówiąc, już się dzieje i sprowadzić produkt z Azji, a wówczas tabeli europejskich emisji będzie to wyglądało dobrze. W atmosferze – już niekoniecznie.
Europa ogranicza paliwa kopalne szybciej niż wielu konkurentów
Paradoks polega na tym, że kontynent, który jest przedstawiany jako szczególnie odpowiedzialny za kryzys klimatyczny, jednocześnie należy do regionów najszybciej zmieniających swój model energetyczny. To też powinno być elementem uczciwej debaty. Jeżeli Europa rzeczywiście szybciej odchodzi od spalania paliw kopalnych, to przedstawianie jej mieszkańców jako głównych winowajców globalnego ocieplenia jest intelektualnie nieuczciwe.
Można oczywiście twierdzić, że Europa powinna robić jeszcze więcej. Można również uważać, że transformacja energetyczna jest konieczna. Można krytykować tempo zmian albo domagać się jeszcze większych inwestycji w „zieloną” energetykę. Ale czym innym jest debata o polityce klimatycznej, a czym innym moralizatorskie przedstawianie Europejczyka jako niszczyciela planety.
Alarmizm nie zastępuje prawdziwe analizy
W materiałach prasowych pojawiają się informacje o ofiarach śmiertelnych podczas upałów, problemach zdrowotnych, zagrożeniu dla rolnictwa, zwierząt, infrastruktury i systemów ochrony zdrowia. To wszystko należy traktować poważnie, bo wysokie temperatury mogą być niebezpieczne, szczególnie dla osób starszych, przewlekle chorych, dzieci i ludzi wykonujących pracę fizyczną na zewnątrz. Nie ma sensu tego kwestionować. Ale właśnie dlatego dyskusja powinna być rzeczowa.
Jeżeli dziewięć osób w Wielkiej Brytanii zginęło w wyniku utonięć i wypadków związanych z wodą, a we Francji siedem osób poniosło śmierć w wyniku utonięć lub przyczyn związanych z upałem, nie należy automatycznie zamieniać tych tragedii w polityczny argument za kolejną regulacją klimatyczną. Śmierć człowieka jest tragedią. Jednak wykorzystywanie tragedii do budowania określonej narracji politycznej wymaga natomiast szczególnej ostrożności.
Podobnie wygląda sprawa sportowców. Jannik Sinner miał problemy podczas French Open przy temperaturze zbliżającej się do 33°C. To pokazuje, że wysokie temperatury mogą obciążać organizm nawet u wybitnie przygotowanych sportowców. Nie dowodzi to jednak samo w sobie, że każde tego typu wydarzenie jest bezpośrednim skutkiem europejskiej polityki energetycznej albo jest dziełem użytkowników samochodów spalinowych.
„Kłamstwo klimatyczne” czy naciąganie faktów?
Największym problemem debaty klimatycznej nie jest to, że ktoś mówi o zmianach klimatu. Problemem jest sytuacja, w której z naukowych danych wybiera się wyłącznie te elementy, które pasują do z góry założonej tezy. Wtedy można takie słowa określić co najmniej jako naciąganie faktów.
Czy zmiany klimatyczne zachodzą? Tak. Czy działalność człowieka wpływa na klimat? Częściowo tak. Czy globalne ocieplenie może zwiększać częstotliwość i intensywność części ekstremalnych zjawisk? Tak.
Czy wynika z tego, że Europejczyk jest głównym winowajcą wszystkich problemów klimatycznych świata? Nie. Czy każda fala upałów jest dowodem na „katastrofę klimatyczną”? Nie. Czy Europa, która redukuje emisje i odchodzi od paliw kopalnych, powinna być przedstawiana jako kontynent, który niczego nie robi? Również nie.
Właśnie ta różnica jest niezwykle ważna, a nawet nie trzeba też zaprzeczać nauce, żeby krytykować sposób wykorzystywania danych naukowych w polityce.
Czy za straszeniem Europejczyków może stać interes polityczny?
Tu pojawia się pytanie, którego europejskie media nie powinny unikać: komu służy określony sposób przedstawiania danych klimatycznych? Nie ma podstaw, by bez dowodów twierdzić, że konkretna wypowiedź została przygotowana na polityczne zamówienie Komisji Europejskiej. Tego rodzaju zarzut wymagałby dokumentów lub wiarygodnych informacji potwierdzających takie działanie. Można jednak, a nawet należy pytać o mechanizm, ale też o to, komu taka narracja może służyć?
Jeżeli instytucje europejskie budują swoją politykę na konieczności przyspieszenia transformacji energetycznej, ograniczania emisji, zmiany rodzaju transportu, rolnictwa, przemysłu i konsumpcji, to komunikacja dotycząca klimatu, siłą rzeczy staje się częścią tego projektu politycznego. Nie oznacza to także automatycznie manipulacji. Oznacza natomiast, że dziennikarz, tzw. ekspert i polityk powinni zachować szczególną ostrożność w serwowaniu opinii.
Jeżeli każda anomalia pogodowa przedstawiana jest jako kolejny dowód katastrofy klimatycznej, a korzyści wynikające z europejskiej redukcji emisji są marginalizowane, mamy do czynienia nie z pełnym obrazem rzeczywistości, lecz z zwykłą selekcją informacji.
Europa nie może prowadzić klimatycznej wojny sama ze sobą
Najbardziej absurdalny scenariusz wyglądałby tak: Europa podnosi koszty energii, ogranicza przemysł, nakłada kolejne obowiązki na przedsiębiorstwa, wymusza kosztowne inwestycje i zmienia zachowania konsumentów, podczas gdy produkcja zostaje przeniesiona do państw, które nie stosują porównywalnych ograniczeń. Europejczyk płaci wtedy dwa razy, bo najpierw jako konsument i podatnik, a później jako pracownik, kiedy przemysł traci konkurencyjność.
A planeta?
Jeżeli produkcja zostanie jedynie przeniesiona poza Europę, globalny efekt może być znacznie mniejszy, niż sugerują europejskie statystyki. Dlatego potrzebna jest polityka klimatyczna oparta nie na poczuciu winy, lecz na efektywności. Europa może ograniczać emisje. Powinna też rozwijać technologie energetyczne, modernizować sieci, inwestować w magazynowanie energii, poprawiać efektywność i chronić gospodarkę przed kosztami transformacji. Ale nie może jednocześnie popełnić gospodarczej samobójczej próby zbawienia świata.
Klimat potrzebuje faktów, nie religii
Wokół klimatu powstała dziś specyficzna mieszanka nauki, polityki, emocji i ideologii. Sama nauka nie jest problemem, bo tym jest traktowanie jej wybiórczo. Można zaakceptować fakt, że Europa ociepla się szybko. Można przyjąć, że wysokie temperatury stanowią zagrożenie. Można uznać, że działalność człowieka wpływa na klimat. Ale równie mocno należy domagać się odpowiedzi na pytanie, jaką cenę za europejską transformację płaci obywatel i czy działania Unii Europejskiej rzeczywiście przynoszą proporcjonalny efekt globalny.
Nie wolno również tworzyć atmosfery, w której kwestionowanie konkretnej polityki klimatycznej automatycznie oznacza zaprzeczanie nauce. To intelektualna bzdura.
Europejczycy nie są pod względem klimatycznym najgorszą nacją na planecie. Nie są również niewinnym obserwatorem zmian klimatycznych. Są natomiast jednym z najbogatszych i najbardziej uprzemysłowionych regionów świata, który także ponosi odpowiedzialność za znaczną część wcześniejszych emisji, ale równocześnie bardzo szybko zmienia swój model energetyczny. I co ważne, obie te rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.
Dlatego zamiast powtarzać Europejczykom, że są winni i odpowiedzialni za zmiany na świecie, należy powiedzieć im prawdę: klimat się zmienia, człowiek ma w tym swój udział, ale odpowiedzialność za przyszłość planety nie może być rozdzielana według europejskiego klucza moralnego.
Jeżeli klimatyczna polityka ma być skuteczna, musi być globalna. Jeżeli ma być akceptowana społecznie, musi być uczciwa. A jeżeli media mają informować, a nie wychowywać obywatela według instrukcji politycznych, powinny pokazywać nie tylko domniemane rekordy temperatury, lecz również pełny rachunek kosztów, korzyści, emisji i odpowiedzialności. Bo między rzetelną informacją o zmianach klimatu a klimatycznym zastraszaniem – jest zasadnicza różnica.
I właśnie tej różnicy Europa potrzebuje dziś bardziej niż kolejnego wykładu z moralności klimatycznej.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Karsten Würth on Unsplash
