Ekologia na papierze, beton w ziemi. Czy naprawdę ratujemy planetę?
Gdyby ktoś chciał uwierzyć, że człowiek jest największym wrogiem Ziemi, wystarczyłoby przez kilka godzin przeglądać internet, obejrzeć kilka kampanii klimatycznych i posłuchać niektórych polityków. Po takim maratonie można odnieść wrażenie, że każdy oddech jest niemal przestępstwem przeciwko planecie, plastikowa słomka urasta do rangi narzędzia zagłady, a samochód z silnikiem spalinowym powinien być eksponatem w muzeum cywilizacyjnych błędów.
Tymczasem rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest znacznie bardziej skomplikowana. I właśnie z tą rzeczywistością ekologia ma ostatnio coraz większy problem.
Oddychasz? Gratulacje. Wyprodukowałeś dwutlenek węgla.
Przeciętny człowiek wydycha każdego dnia około jednego kilograma dwutlenku węgla. W skali roku daje to około 370 kilogramów CO₂, a przez siedemdziesiąt lat życia około 25 ton. Brzmi groźnie? Tak, ale tylko dla kogoś, kto nie rozumie podstaw biologii. Dwutlenek węgla pochodzący z oddychania, choć nie tylko z tego procesu, jest elementem naturalnego obiegu węgla. Rośliny wcześniej pobrały go z atmosfery, człowiek spożył rośliny lub zwierzęta, a następnie oddał ten sam węgiel z powrotem. Bilans pozostaje zamknięty, więc problemem nie jest sam oddech.
Problemem jest styl życia, bo przeciętny Europejczyk odpowiada za około 7 ton emisji CO₂ rocznie, uwzględniając energię, transport, produkcję żywności czy konsumpcję. W ciągu siedemdziesięciu lat daje to blisko 490 ton emisji. To już liczba robiąca wrażenie, ale czy naprawdę rozwiązaniem jest skupienie całej uwagi na typowym człowieku?
Dwie i pół tony plastiku
Europejczyk produkuje średnio około 31 kilogramów odpadów plastikowych rocznie, a po osiemdziesięciu latach życia uzbiera się około 2,5 tony plastiku. To dużo, choć warto zadać pytanie: kto wyprodukował ten plastik? Czy klient idący do sklepu? Czy może producent, który zapakował pojedynczego ogórka w folię, każdą śrubkę w osobny woreczek, a niewielki produkt umieścił w pudełku pięciokrotnie większym od jego rozmiarów?
Od lat słyszymy, że winny jest konsument, tymczasem bardzo często konsument po prostu kupuje to, co ktoś wcześniej zaprojektował, położył na sklepowej półce i zmusił do zakupu.
Życie napędzane ropą
Średnio jeden mieszkaniec świata zużywa rocznie około 795 litrów produktów ropopochodnych i około 500 metrów sześciennych gazu ziemnego. Oczywiście w Europie wartości bywają wyższe, w krajach biedniejszych znacznie niższe, ale i tak wszystko zależy od regionu świata i warunków atmosferycznych. Jednak nawet najbardziej zagorzały zwolennik zielonej transformacji korzysta codziennie z produktów powstałych dzięki ropie.
Telefon, komputer, okulary, ubrania, farby, kosmetyki, leki, asfalt, tworzywa sztuczne, przewody elektryczne, materiały medyczne. Ta lista wydaje się nie mieć końca, bo ta demonizowana wraz z samochodami spalinowymi ropa, nie służy wyłącznie do napędzania samochodów. Jest natomiast podstawą funkcjonowania współczesnej cywilizacji i nie ma jeszcze zamiaru tego zmienić. Przyczyna jest prosta – brak zamienników.
Samochód jest zły. Produkcja już mniej?
Szacuje się, że przeciętny człowiek przez całe życie użytkuje od 8 do 12 samochodów. Każdy z nich trzeba zaprojektować, wyprodukować, przewieźć, serwisować, a na samym końcu zezłomować. To ogółem ogromna ilość energii, stali, aluminium, tworzyw sztucznych, gumy, miedzi i elektroniki, a przecież obecnie coraz częściej zachęca się kierowców do znacznie szybszej wymiany samochodów na nowe, najlepiej elektryczne.
Czy to naprawdę ogranicza zużycie zasobów, czy może je zwiększa? To pytanie pozostaje wyjątkowo niewygodne, bo niestety dla ekologów, wyłącznie zwiększa.
Teraz dochodzimy do wiatraków
Energetyka wiatrowa przedstawiana jest jako niemal idealne rozwiązanie, bo jest czysta, nowoczesna i, co wiele osób lubi powtarzać – „ekologiczna”. Sprawdźmy więc liczby.
Budowa lądowej elektrowni wiatrowej kosztuje przeciętnie od 1,3 do 1,65 miliona euro za każdy megawat mocy. Dla turbiny o mocy 2 MW oznacza to inwestycję rzędu około 2,6–3,3 miliona euro. Na tym jednak cała historia się nie kończy, ponieważ sam demontaż oraz utylizacja takiej turbiny kosztuje od 170 do 460 tysięcy euro.
To nie są drobne kwoty, bo bardzo poważne pieniądze, a przecież turbina nie pracuje wiecznie. Jej przewidywana żywotność wynosi około 20–25 lat. Jeżeli człowiek żyje średnio osiemdziesiąt lat, można przyjąć, że przez całe jego życie trzeba będzie wybudować, eksploatować i zdemontować około trzy kolejne generacje takich instalacji.
Fundament, którego nie widać
Najbardziej widowiskowa jest smukła wieża, ale jednocześnie najważniejsze jest jednak to, czego nie widać, czyli fundament.
Dla turbiny o mocy około 2 MW potrzeba przeciętnie około 500 metrów sześciennych betonu. To około 1400 ton materiału pozostającego przez dziesięciolecia pod ziemią. Co jednak ważne w tych rozważaniach, beton sam się nie produkuje, i żeby powstał, potrzebny jest cement, żwir, piasek, stal zbrojeniowa, cenna na „płonącej planecie” woda, która też nawiasem mówiąc, funkcjonuje w obiegu zamkniętym, więc ani jej nie przybywa, ani też nie ubywa.
Jednak, aby taki wiatrak produkował ten mityczny czysty prąd, potrzebne są ciężarówki, koparki, dźwigi, transport, ogromne ilości energii, więc setki litrów paliwa spalonych przez ciężki sprzęt. Do tego dochodzi produkcja samej wieży, łopat, generatora, przekładni, kabli, transformatorów i infrastruktury przesyłowej.
Czy ktoś twierdzi, że nie warto rozwijać energetyki odnawialnej? Nie, ale warto uczciwie mówić o całym cyklu życia takich instalacji, bo ekologii nie można liczyć wyłącznie od dnia przecięcia wstęgi podczas otwarcia farmy wiatrowej.
Miliony euro i setki ton
W debacie publicznej, którą nazywam na własne potrzeby ideologizacją społeczeństw, często słyszymy jedynie o zerowej emisji podczas pracy turbiny, jak i krzyczą takimi naklejkami samochody elektryczne. Tu powstaje jednaj nieścisłość i znacznie rzadziej mówi się o tym, że wcześniej trzeba było wydać miliony euro, wyprodukować tysiące ton materiałów, przewieźć je setkami kursów ciężarówek i zużyć ogromne ilości paliwa. Jeszcze rzadziej wspomina się, że za dwadzieścia kilka lat trzeba będzie to wszystko rozebrać, a później postawić od nowa.
I znów i jeszcze raz, bo przecież każdy z osesków, jaki nieekologicznie przyszedł na świat, zużyje ich trzy. Już wyjaśniam samo stwierdzenie o nieekologiczności nowo narodzonych, bo przecież mogła takiego bobaska urodzić wojująca ekologistka, choć nie pomyślała wcześniej, że właśnie jej maleństwo, stało się kolejnym ogniwem niszczenia planety. Zużywać będzie jak bezmyślna mamusia tlen, kupować ubrania, ogrzewać swoje mieszkanie, więc niszczyć wyziewami planetę. Proste? Mam nadzieję.
Ekologia czy księgowość?
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że współczesna ekologia przestała być nauką o środowisku, a stała się rachunkowością. Liczy się emisję Kowalskiego, liczy się emisję samochodu i emisję pieca, ale znacznie rzadziej liczy się pełny koszt środowiskowy produkcji technologii, które mają nas przed emisjami ratować. Nie chodzi o to, by odrzucać odnawialne źródła energii, jak i nie chodzi o to, by wracać do XIX wieku. Idzie o uczciwość.
Jeżeli mamy prowadzić poważną debatę o przyszłości energetyki, to pokażmy cały rachunek – ten od początku do końca, który zawiera wszystkie składowe i wszystkie wyziewy, jaki trafiły do atmosfery. Niestety przedstawia się nam tylko tę jego część, która dobrze wygląda podczas prezentacji i niesie się hasłami po przyklejeniu do ulicy. Mówiąc tak uczciwie, produkcja tego kleju do przytwierdzania ekologów do asfaltu, też generuje ślad węglowy, więc sami ów podnoszą. A jak jeszcze podczas odlepiania członków „ostatecznego” pokolenia, uszkodzona zostanie droga, trzeba kolejnych setek litrów ropy, żeby załatać dziurę.
Co to ma wspólnego z ekologią?
I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które coraz mniej osób chce głośno zadawać. Jeżeli do zbudowania jednej turbiny potrzeba milionów euro, setek ton stali, około 1400 ton betonu, ogromnych ilości paliwa, energii, maszyn i transportu, a po dwóch dekadach cały proces trzeba w znacznej mierze powtórzyć, to gdzie kończy się ekologia, a zaczyna przemysł? Być może największym dziwactwem naszych czasów nie jest to, że chcemy chronić środowisko, a jest przekonanie, że każda technologia opatrzona zielonym kolorem automatycznie staje się ekologiczna.
Środowisko nie zna politycznych haseł. Nie interesują go konferencje klimatyczne ani kolor logotypu unijnego programu. Natura kieruje się fizyką, chemią i bilansem materiałowym. Każda tona stali musi zostać wytopiona. Każdy metr sześcienny betonu trzeba wyprodukować. Każdy element musi ktoś przewieźć ciężarówką, statkiem lub pociągiem.
Dlatego zamiast bezkrytycznie zachwycać się kolejnymi „zielonymi” inwestycjami albo równie bezrefleksyjnie je potępiać, warto zadawać proste pytania. Jaki jest pełny koszt środowiskowy? Jaki jest bilans w całym cyklu życia instalacji? Czy korzyści przewyższają koszty? I czy wszystkie technologie oceniane są według tych samych kryteriów? Dopiero wtedy można mówić o rzetelnej dyskusji o ekologii. Bo sama ekologia nie powinna być religią ani sloganem marketingowym. Powinna pozostać tym, czym była u swoich podstaw – nauką o zależnościach w przyrodzie, opartą na faktach, a nie wyłącznie na atrakcyjnych hasłach i wymysłach ludzi bez krzty zdrowego rozsądku.
Bogdan Feręc
Photo by Jan Kopřiva on Unsplash
