Dzień po wojnie będzie sądem ostatecznym Europy
Wojna ma to do siebie, że krzyczy, ale dzień po wojnie jest gorszy, bo milczy. Milczy w pustych klatkach schodowych, w szkołach bez dzieci, we wsiach, gdzie psy szczekają do cieni i właśnie ten dzień – nie podpis na traktacie, a nie defilada zwycięstwa będzie prawdziwym egzaminem dla Ukrainy i dla Europy. Egzaminem z cynizmu, z empatii i z odwagi cywilnej, egzaminem, na którym Europa już dziś próbuje ściągać, udając, że problemu nie ma.
Bo te około 50 procent tzw. uchodźców wojennych, którzy nie planują powrotu na Ukrainę, to nie statystyka, a polityczna bomba z opóźnionym zapłonem. To cichy koń trojański, który nie potrzebuje czołgów. Wystarczą czasowe umowy o pracę, przedszkola z ciepłą podłogą i państwo, które działa bez łapówki. Jak wiemy z lekcji historii imperia upadały niegdyś od miecza, a dziś państwa w XXI wieku upadają od czegoś innego, czyli rachunków.
Nie oszukujmy się, ludzie nie wracają do ruin, tylko dlatego, że są patriotami. Patriotyzm nie ogrzeje mieszkania i nie zapłaci za leki dziadka lub operację dziecka. Tragiczną prawdą jest, że wojna wyrywa ludzi z ziemi jak chwasty, a Zachód, który w oczach wielu jest bogaty, uporządkowany, przewidywalny, sadzi ich w donicach z napisem „integracja”. I te rośliny, ku zaskoczeniu naiwnych, zaczynają tam rosnąć, nawet jeżeli się je nawozi minimalnie, a i podlewa rzadko.
Czy to przypadkiem nie zdrada? Nie, to biologia i ekonomia. Człowiek to nie pomnik, tylko organizm, więc szuka jakiegoś stanu stabilności, a nie symboli. Natomiast Europa Zachodnia oferuje dziś dokładnie to, czego Ukraina po wojnie nie będzie w stanie dać przez długie lata, więc poczucie, że jutro będzie podobne do dziś, tylko trochę lepsze. Stabilizacja, spokój i świat bez łapówek to dla tysięcy Ukraińców narkotyk i działa szybciej niż propaganda.
Jest jednak w tym wszystkim hipokryzja, która śmierdzi na kilometr. Europa oficjalnie kibicuje powrotom, a nieoficjalnie liczy korzyści. Miliony Ukraińców to w zasadzie odpowiedź na demograficzną zapaść, na brak rąk do pracy, na starzejące się społeczeństwa, które nie chcą rodzić dzieci, ale chcą mieć emerytury. Idealny deal – młodzi, pracowici, wdzięczni, często dobrze wykształceni, bez kolonializmu, bez obcej religii, podobni kulturowo i nie są aż tak bardzo niedostosowani, jak ci, których zapraszała Merkel. Wydaje się, że w przypadku Ukraińców wystarczy otworzyć im rynek pracy, zamknąć oczy i poczekać, aż to wszystko się jakoś samo ułoży.
Tyle że ta wygodna polityczna narracja ma drugą stronę. Każdy Ukrainiec, który zostaje w Warszawie lub Dublinie, to nie tylko nowy podatnik, to także brakujący nauczyciel w Charkowie, inżynier w Dnieprze, pielęgniarka w Połtawie. Odbudowa kraju bez ludzi to nie odbudowa, to dekoracja, czyli betonowa fasada państwa, które w środku jest wydmuszką. Taki plan bez ludzi jest jak plan odbudowy biblioteki bez książek, bo można postawić ściany, ale nie będzie czego czytać. Europa uwielbia wielkie słowa i konferencje donorów. Mniej entuzjazmu widać, gdy trzeba powiedzieć wprost: albo pomagamy Ukrainie odzyskać obywateli, albo ją drenujemy, nawet jeśli robimy to w białych rękawiczkach.
Na początku wszyscy mówili, co dobrze pamiętam, że to tymczasowe. Uchodźcy, ochrona, zakwaterowanie, szkoły – przejściowe, na chwilę. Tylko że „tymczasowe” w Europie ma brzydką tendencję do wieczności. Dzieci zdążyły nauczyć się języka szybciej, niż ich rodzice spakować walizki. Znalazły przyjaciół, niektórzy znaleźli partnerów, zapuścili korzenie, a ten, raz wbity w ziemię, nie pyta o flagę i paszport. Patrząc na to realnie, spróbujmy teraz powiedzieć tym ludziom, że wojna już skończona, więc wracajcie. Wracajcie do kraju, gdzie infrastruktura leży, gdzie rynek pracy jest w rozsypce, gdzie państwo, przyjmuję, że nawet przy najlepszych chęciach, przez lata będzie niewydolne. Ergo, to nie będzie apel, a słowa staną się moralnym szantażem, który nie zadziała.
Państwa nie odbudowuje się sentymentem, one się odradzają kontraktem społecznym. Ukraina po wojnie będzie musiała konkurować o własnych obywateli. Tak, konkurować. Z Irlandią, Niemcami, Polską, Hiszpanią, co brzmi trochę przerażająco, ale rzeczywistość jest już teraz brutalna, bo paszport to nie kajdanki, które odprowadzą Ukraińców do własnego kraju.
Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym mówi się szeptem, bo jest niewygodny. Mężczyźni. Ci, którzy walczyli na froncie, jeżeli po wojnie dołączą do rodzin w Europie, a nie odwrotnie, Ukraina przegra swoją własną wojnę po wojnie. Ostatecznie. Bez jednego wystrzału.
Wtedy decydować będzie rodzina, a nie państwo, nie prezydent, nie hymn. Jeśli dzieci są z dziadkami w Radomiu albo żona jakimś cudem znalazła pracę w Waterford, to żadne przemówienie nie wygra z codziennością. Wtedy wybór jest prosty jak rachunek sumienia – albo zrujnowany kraj, albo rodzina. Oznacza to tylko tyle, że wyłącznie polityczny romantyk uwierzy, iż większość wybierze powrót do kraju. To nie jest zarzut wobec Ukraińców, bo tym ludziom nie należy się dziwić i to przy całej naszej niechęci. To oskarżenie wobec Europy, która po pierwsze popełniła duży błąd, otwierając szeroko granice, kiedy Rosja najechała Ukrainę, a po drugie udaje, że nie widzi konsekwencji własnej polityki. Pomoc humanitarna była konieczna, późniejsze próby integracji też, ale brak planu na „dzień po” jest już zwykłą nieodpowiedzialnością.
Europa zmienia się nie na szczytach, tylko w żłobkach i urzędach pracy. Nowa mapa kontynentu nie powstanie w Brukseli, ona trochę samoistnie narodzi się w decyzjach milionów rodzin, które wybiorą spokój zamiast odbudowy. Czy powinno się ich za to potępiać? Odpowiedź jest jednocześnie łatwa i trudna, jest też prosta, choć z zawiłościami, ale ktoś wreszcie musi to nazwać. Jeśli Ukraina ma wygrać przyszłość, potrzebuje więcej niż pieniędzy. Potrzebuje sensownej, agresywnej polityki powrotów, które będą zachętą, a to może oznaczać ulgi podatkowe, mieszkania, gwarancję pracy i realnej walki z korupcją. Potrzebuje państwa, które powie „wracajcie”, bo was potrzebujemy, i pokaże to nie hasłem, nie ustawą, a zacznie pokazywać, że jest do czego, ale też warto to zrobić, bo lata wojny zmieniły ten kraj.
Europa z kolei musi zdecydować, czy chce być partnerem Ukrainy, czy jej eleganckim pasożytem, bo nie da się jednocześnie wspierać odbudowy i drenować kapitału ludzkiego. Historia to zapamięta, nawet jeśli dzisiejsze komunikaty prasowe są pełne wzruszeń, tragicznych opowieści i wskazywania winnych.
Dzień po wojnie nie będzie dla Ukrainy i Europy świętem. Stanie się w jednej chwili oknem, a w tym zobaczymy puste domy, pełne obawy i kontynent, który musi wreszcie przestać udawać, że da się wygrać wszystko naraz. Ukraina nie potrzebuje tylko zwycięstwa w sensie militarnym, ona potrzebuje ludzi, którzy będą chcieli tam żyć. Bez nich nawet najpiękniejsza odbudowa będzie tylko scenografią do spektaklu o państwie, które przetrwało wojnę, ale przegrało pokój, przegrało swoich obywateli i przegrało swoją przyszłość.
Reasumując, największą rolę do odegrania będzie miała sama Ukraina, żeby wcześniejsi uchodźcy chcieli tam wracać, ale też Europa, która musi im pokazać, że wspierać będzie ich na własnej ziemi. Oczywiście po wojnie Europie będzie również trudno utrzymać cały ten anturaż otaczający pobyt Ukraińców na jej terytorium, czyli zostanie zmuszona przez własne społeczeństwa do zakończenia programów pomocowych, a wówczas…
Czy nie doczekamy się przypadkiem fali protestów i burd, jakie mogliby wywoływać tzw. uchodźcy wojenni, przyzwyczajeni, że wszystko dostają za darmo? To pytanie pozostawiam otwarte i niech odpowiedź pojawi się sama.
Bogdan Feręc
Photo by Alexander Simmons on Unsplash

