Dublin już nawet nie udaje, że broni irlandzkich rolników
Jeszcze niedawno irlandzki rząd przedstawiał się jako obrońca krajowego rolnictwa przed niekontrolowanym napływem taniej wołowiny z Ameryki Południowej. Protesty przeciwko umowie UE–Mercosur rozlewały się po kraju, a politycy w Dublinie zapewniali, że interes irlandzkiego farmera pozostaje graniczną „czerwoną linią”. Dziś jednak z wypowiedzi ministra rolnictwa Martin Heydon wyłania się obraz państwa, które coraz bardziej przypomina wykonawcę polityki Brukseli niż rzecznika własnych producentów rolnych.
Mechanizm jest stary jak sama Unia Europejska, bo najpierw społeczeństwu mówi się, że dana umowa handlowa budzi „uzasadnione obawy”, a następnie krok po kroku przekonuje się ich, że właściwie wszystko jest pod kontrolą, a finalnie, że powinni jeszcze czuć wdzięczność za nowe „możliwości eksportowe”. Właśnie to dzieje się dziś w Irlandii, bo minister rolnictwa Martin Heydon przekonuje, że nowa umowa handlowa UE z Meksykiem „nie będzie problemem” dla irlandzkiego sektora wołowiny. Jednocześnie podkreśla, że największymi beneficjentami mają być producenci masła, sera, wieprzowiny i drobiu. Innymi słowy, że część sektora ma zyskać, więc reszta powinna zaakceptować ryzyko. To klasyczna logika brukselskiego handlu, w której rolnik staje się elementem uśrednionych, acz wciąż domniemanych zysków, choć w tym kontekście nie będzie fundamentem gospodarki narodowej.
Co szczególnie znamienne, minister Heydon próbuje uspokajać opinię publiczną, wskazując, że umowa z Meksykiem „nie dorównuje” kontrowersyjnej umowie Mercosur. Problem polega jednak na tym, że sam sposób prowadzenia tej narracji pokazuje skalę politycznego podporządkowania. Jeszcze kilka miesięcy temu Dublin odrzucał ratyfikację umowy UE–Mercosur z powodu zagrożenia dla irlandzkiej wołowiny. Dziś ten sam rząd tłumaczy obywatelom, że w gruncie rzeczy podobne porozumienia są potrzebne, bo „w każdej umowie handlowej występują pozycje ofensywne i defensywne”. To niestety uznać można za język technokratów, a nie reprezentantów wsi.
W praktyce oznacza on tyle, że część rolników można poświęcić dla „wyższego dobra” wspólnego rynku. Farmer z Cork czy Galway zaakceptować ma w tym rozumieniu konkurencję z zagranicy, ponieważ eksport kazeiny albo masła Kerrygold dobrze wygląda w statystykach handlowych Komisji Europejskiej. Martin Heydon mówi wręcz otwarcie o potrzebie „dywersyfikacji” i ograniczania zależności od poszczególnych rynków. To dokładnie ta sama mantra, którą Bruksela powtarza od czasu Brexitu i kolejnych napięć geopolitycznych. W tej opowieści rolnictwo przestaje być częścią narodowego bezpieczeństwa żywnościowego, a staje się jedynie narzędziem globalnego handlu.
Najbardziej uderzające jest jednak coś innego, gdyż irlandzki minister sam przyznaje, że problem Mercosur był „bardzo konkretny”, zwłaszcza dla sektora wołowiny, którego rząd „nie mógł poprzeć”. Pomimo to równocześnie dodaje, że „widać w tym pozytywne aspekty”. To polityczna ekwilibrystyka charakterystyczna dla współczesnej Unii Europejskiej. Z jednej strony rząd musi uspokajać wieś, z drugiej, nie może pozwolić sobie na otwarte zakwestionowanie strategicznego kursu Brukseli. Efekt? Powstaje komunikat pełen sprzeczności, a w tym Mercosur jest groźny, ale jednak korzystny; rolnicy mają obawy, ale powinni patrzeć optymistycznie; import wołowiny to zagrożenie, lecz liberalizacja handlu to konieczność.
W rzeczywistości irlandzcy farmerzy doskonale rozumieją, co się dzieje. Wiedzą, że unijna polityka handlowa coraz częściej premiuje wielkie korporacje eksportowe kosztem lokalnych producentów. Kiedy minister wskazuje jako przykład sukcesu markę Kerrygold należącą do Ornua, próbuje sprzedać wizję, w której interes wielkiego eksportera automatycznie oznacza dobrobyt małych gospodarstw. Problem w tym, że między globalnym sukcesem marki a realną kondycją rodzinnych farm istnieje coraz większa przepaść.
Irlandzka wieś przez dekady budowała swoją siłę na jakości, lokalności i względnej ochronie rynku. Dziś słyszy natomiast, że przyszłość polega na kolejnych umowach handlowych negocjowanych tysiące kilometrów od Dublina i, że powinna się z tego cieszyć. Patrząc więc na te sztuczki z pogranicza PR, nie można tego uznać za zwykły kompromis polityczny. To sytuacja, w której państwo zaczyna tłumaczyć własnym obywatelom, dlaczego decyzje podejmowane na poziomie ponadnarodowym są dla nich „korzystne”, nawet gdy sami zainteresowani widzą w nich zagrożenie.
Co ciekawe, Bruksela nie musi już nawet wywierać presji. Dublin nauczył się mówić jej głosem.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Shelley Pauls on Unsplash
