Drożyzna nadchodzi po cichu. Latem zobaczysz rachunek, którego dziś jeszcze nie ma
Na razie półki w sklepach wyglądają spokojnie, choć ceny lekko już drgnęły, coś podrożało, ale bez dramatu. Cisza przed burzą i to taką, która przychodzi nie z hukiem, tylko z opóźnieniem. Eksperci nie mają złudzeń i mówią, że żywność może zdrożeć nawet o 10%. Tyle że niekoniecznie teraz, bo prawdziwy cios może nadejść latem i zostać z nami na całą drugą połowę roku.
Mechanizm jest bezlitosny, choć ukryty głęboko pod powierzchnią codziennych zakupów. Rolnicy już teraz płacą więcej, znacznie więcej. Cena tzw. zielonego oleju napędowego – paliwa dla maszyn rolniczych – skoczyła w kilka tygodni z niecałego euro do około 1,50 euro za litr. Nawozy to wzrosty o 30%, a czasem więcej i mocznik, jeden z podstawowych produktów używanych w rolnictwie, drożeje tak szybko, że niektórzy dostawcy wstrzymują sprzedaż. To nie są liczby z tabelki, a realne koszty, które ktoś musi pokryć, natomiast jak zawsze w tym łańcuchu – ostatecznie pokrywa je konsument.
Rolnik z Kilkenny James Drea mówi wprost, że koszty nawozów wzrosły u niego o 60% w ciągu kilku tygodni i dodaje coś, co powinno zapalić czerwoną lampkę, iż rolnicy nie mogą tak po prostu podnieść cen, żeby to wyrównać. Są „biorcami cen”, nie ich twórcami, czyli dostają cios, ale nie mogą oddać. Przynajmniej nie od razu. Na razie niektórzy jeszcze jadą na starych zapasach. Drea zatankował 8000 litrów paliwa przed podwyżkami, więc ma chwilowy bufor. Dwa tygodnie spokoju. Potem wchodzi w nową rzeczywistość i to jest dokładnie metafora całego rynku żywności, bo system jeszcze jedzie na tym, co było, ale zapasy się kończą.
Kluczowym problemem są obecnie nawozy, a jak podkreśla ekonomistka z University College Cork Thia Hennessy, to właśnie one będą miały największy wpływ na ceny żywności. Około jedna piąta światowej produkcji nawozów pochodzi z Bliskiego Wschodu, a ogromna część transportu przechodzi przez Cieśninę Ormuz, więc jeżeli tam coś się zacina – zacina się cały system.
Tu dochodzimy do sedna, które nazywa się opóźnienia, co obserwowane było już wcześniej. Po wybuchu wojny na Ukrainie ceny energii i nawozów eksplodowały natychmiast. Jednak ceny żywności potrzebowały od trzech do sześciu miesięcy, żeby to odzwierciedlić, bo łańcuch dostaw działa jak ciężki pociąg – długo się rozpędza, ale jak już ruszy, to nie ma hamulców. Dlatego lato może być momentem prawdy. Wtedy nowe, wyższe koszty produkcji zaczną realnie przenikać do sklepów, a jesień, może być już tylko kontynuacją tej historii.
Według Damiana O’Reilly wzorce są jasne i wzrost cen ropy niemal zawsze prowadzi do wzrostu cen żywności. Skala to 8–10% i w praktyce oznacza dodatkowe 50–60 euro miesięcznie dla przeciętnego gospodarstwa domowego. Niby nie katastrofa, ale miesiąc w miesiąc, a to zaczyna boleć.
Rząd nieśmiało i bardzo cicho sugeruje, że zapewne zareaguje, mogą pojawić się pakiety pomocowe, tymczasowe ulgi, może korekty podatków. Prezes Stowarzyszenia Rolników Francie Gorman już apeluje o zawieszenie podatku węglowego na paliwo rolnicze. Problem w tym, że to działania łagodzące, a nie rozwiązujące i spirala dopiero się nakręca.
Najbardziej niepokojące jest to, że wszystko dzieje się z opóźnieniem. Dziś wielu ludzi jeszcze nie widzi problemu, zacznie go zauważać jutro, a pojutrze – zapłaci za niego przy kasie. To nie jest scenariusz z gatunku „może”, a raczej kwestia „kiedy” i „jak bardzo”. Jeżeli dziś rachunki za zakupy wydają się w jakiś sposób znośne, warto zapamiętać ten moment, bo istnieje spora szansa, że za kilka miesięcy będziemy do niego wracać z lekką nostalgią. Jak do czasów, kiedy drożyzna dopiero się rozkręcała i jeszcze udawała, że jej nie ma.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by James Baltz on Unsplash
