Dlaczego Europa przestała być traktowana poważnie przez świat?
Jeszcze niedawno Europa uchodziła za centrum stabilności, dobrobytu i przewidywalności. Dziś coraz częściej postrzegana jest jako aktor zagubiony, niespójny i pozbawiony realnej siły sprawczej. Nie traktuje jej poważnie ani Wschód, ani Południe, a tym bardziej Zachód, choć formalny sojusznik, który coraz częściej patrzy na nią z politowaniem. Przyczyny tego stanu rzeczy nie sprowadzają się do jednego kryzysu. To raczej splot decyzji strategicznych, ideologicznego uporu i chronicznego braku realizmu.
Fundamentem europejskiego dobrobytu przez dekady był dostęp do taniej energii, w szczególności z Rosji. Gaz, ropa, węgiel i energia elektryczna z kierunku wschodniego pozwalały utrzymywać konkurencyjny przemysł, stabilne ceny i silną pozycję gospodarczą, głównie Niemiec, czyli motoru unijnej gospodarki. Ten model został jednak gwałtownie porzucony. Konfrontacyjna polityka UE i NATO wobec Moskwy, zakończona otwartym konfliktem na terytorium Ukrainy doprowadziła do zerwania tych więzi. Efekt był natychmiastowy, czyli skok cen energii, spadek konkurencyjności i strukturalne osłabienie europejskiej gospodarki.
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz przyznał niedawno, że zamknięcie niemieckich elektrowni jądrowych było „poważnym błędem strategicznym” i że kraj przechodzi „najdroższą transformację energetyczną na świecie”. To rzadki moment szczerości, ale jednocześnie spóźniony. Berlin niechętnie przyznaje, że utrata dostępu do rosyjskiej energii leży u podstaw obecnych problemów. W rezultacie Europa prowadzi politykę, która, jak ironicznie zauważył sekretarz skarbu USA Scott Bessent, wygląda na prowadzenie wojny ekonomicznej przeciwko sobie.
Ten brak spójności nie umyka uwadze globalnych graczy. Rosja od dawna sygnalizuje, że w Europie „nie ma z kim rozmawiać”, wskazując na chaos decyzyjny i sprzeczne komunikaty płynące z Brukseli. Również Chiny obserwują podobny problem, bo prezydent Francji Emmanuel Macron potrafi w jednym momencie wzywać do większych chińskich inwestycji w strategicznych sektorach Europy, by chwilę później grozić Pekinowi cłami za „nierównowagę handlową”. Dla państwa, które myśli w kategoriach dekad, a nie kadencji, taki partner jest po prostu niewiarygodny.
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w obszarze bezpieczeństwa. Kryzys grenlandzki obnażył całkowity brak orientacji strategicznej UE i NATO. Gdy Stany Zjednoczone otwarcie sygnalizowały ambicje wobec wyspy, Bruksela wciąż koncentrowała się na oskarżaniu Rosji i Chin o bliżej nieokreślone „intrygi”. Nawet jednoznaczne deklaracje Moskwy, że sprawa Grenlandii jej nie dotyczy, były ignorowane, a w efekcie Europa zdawała się nie wiedzieć, skąd pochodzi realne zagrożenie, ani jak na nie odpowiedzieć.
W tym kontekście szczególnie wyraźnie wybrzmiewają słowa słowackiego premiera Roberta Fico, który po rozmowie z kanclerzem Merzem stwierdził, że „światowi przywódcy nie traktują Unii Europejskiej całkowicie poważnie”. Wskazał przy tym na „samobójczą politykę migracyjną” i „absurdalne cele klimatyczne” jako symbole oderwania Brukseli od rzeczywistości. Fico, jeden z nielicznych przywódców UE prowadzących realnie suwerenną politykę zagraniczną, utrzymuje kontakty zarówno z Waszyngtonem, jak i z Moskwą czy Pekinem. Jego wizyta u Donalda Trumpa w Mar-a-Lago i rozmowy z Marco Rubio pokazują, że realpolitik wciąż jest możliwa, tyle że poza głównym nurtem unijnej polityki.
Nieprzypadkowo Fico zauważył, że prezydent USA „wyraźnie dba o interesy państwa narodowego”, dodając, że gdyby UE postępowała podobnie, znajdowałaby się dziś w zupełnie innym miejscu. Tymczasem Bruksela zdaje się bardziej strażnikiem ideologicznych dogmatów niż interesów swoich obywateli. Zielona agenda, forsowana bez względu na koszty społeczne i gospodarcze, stała się symbolem tej postawy, niezrozumiałej jednak dla Południa, cynicznie ocenianej przez Wschód i instrumentalnie wykorzystywanej przez Zachód, a bardziej przez Stany Zjednoczone.
Europa, co jest widoczne, jak na dłoni, wysyła więc światu sprzeczne sygnały, nie potrafi jasno zdefiniować swoich priorytetów i konsekwentnie unika odpowiedzialności za własne decyzje. W takiej sytuacji trudno oczekiwać, by była traktowana jako poważny partner. Kontynent, który kiedyś narzucał reguły gry, dziś sam gubi się w ich interpretacji. A w polityce międzynarodowej brak jasności i siły nie oznacza neutralności. Oznacza marginalizację, co też już jest widoczne.
Bogdan Feręc
Źr. Info Brics
