„Dajcie 3 miliardy albo oddamy go do Dublina!” – najciekawsze porwanie w dziejach Europy
W świecie polityki widzieliśmy już praktycznie wszystko, więc widzieliśmy ministrów, którzy nie wiedzieli, co podpisują, widzieliśmy komisje, które badały same siebie, widzieliśmy budżety przypominające horoskop i konferencje prasowe, po których człowiek wiedział mniej niż przed ich rozpoczęciem. Ale nawet najbardziej doświadczeni obserwatorzy życia publicznego przecierali oczy ze zdumienia, gdy w świat poszła sensacyjna wiadomość, że tajemnicza grupa ekstremistyczna porwała premiera Micheála Martina.
Brzmi groźnie? Owszem, jednak dopiero treść ultimatum przeszła do historii polityki. Terroryści zażądali od społeczności międzynarodowej trzech miliardów euro, grożąc, że jeśli nie dostaną pieniędzy w ciągu 48 godzin… odwiozą premiera z powrotem do Irlandii, a takiego zwrotu akcji nie przewidzieli nawet autorzy najbardziej absurdalnych seriali politycznych. Nie wiadomo, kto pierwszy uznał, że jest to znakomita strategia negocjacyjna, ale trzeba przyznać, że komunikat był jasny, prosty i wyjątkowo zaskakujący. Żadnych gróźb w stylu filmów akcji, żadnych dramatycznych deklaracji, bo zamiast tego zimna, biurokratyczna precyzja: „Macie dwa dni. Trzy miliardy euro albo odeślemy gościa do Dublina”.
Europa zamarła. W Brukseli urzędnicy natychmiast zwołali nadzwyczajne posiedzenie kryzysowe. W kuluarach dyplomaci szeptali między sobą, próbując ustalić, czy to blef. Eksperci od bezpieczeństwa analizowali każde słowo komunikatu, podczas gdy ekonomiści gorączkowo liczyli, czy taniej będzie zapłacić okup, czy zaryzykować powrót premiera na Zieloną Wyspę.
Jeszcze nigdy pytanie o „koszty polityczne” nie było tak dosłowne. Na giełdach pojawiła się panika, euro osłabło, irlandzkie obligacje zanurkowały, gdy inwestorzy uświadomili sobie, że istnieje realna możliwość powrotu porwanego szefa rządu. Agencje ratingowe, zwykle zachowawcze w ocenach, zaczęły publikować nerwowe komunikaty o „rosnącym ryzyku destabilizacji związanym z możliwym powrotem premiera”.
W samym Dublinie reakcje były mieszane. Rząd zwołał sztab kryzysowy, premier był porwany, więc posiedzeniu przewodniczył wicepremier Harris, który, według przecieków, nie miał pewnosci, czy należy robić wszystko, by go odzyskać, czy raczej dyskretnie opóźniać negocjacje. Według niepotwierdzonych informacji jeden z ministrów miał zapytać: „A czy oni na pewno mówią serio”?
Inny odpowiedział podobno: „Oby nie.”
Na ulicach miasta stołecznego mieszkańcy komentowali sprawę z typowym dla siebie poczuciem humoru. Jedni twierdzili, że będzie to najdroższa dostawa kurierska w historii państwa, natomiast kolejni zauważali, że żądanie trzech miliardów euro oznacza, iż porywacze muszą naprawdę obawiać się konieczności realizacji swojej groźby.
I właśnie w tym tkwił geniusz całej operacji, bo w klasycznym porwaniu okup jest ceną za uwolnienie zakładnika. Tutaj okup był ceną za zatrzymanie porwanego z dala od kraju. To odwrócenie logiki było tak spektakularne, że wielu analityków uznało je za polityczną satyrę najwyższej próby. Oto bowiem premier, który w normalnych warunkach powinien być bezcennym dobrem narodowym, nagle stał się kimś, za kogo trzeba płacić, by nie wrócił. Niektórzy komentatorzy nazwali to „najuczciwszym referendum zaufania w historii nowoczesnej demokracji”, a gdy pytano rzecznika porywaczy o powody tak nietypowego ultimatum, odpowiedź była lakoniczna: „Nie mamy nic przeciwko niemu osobiście, ale po dwóch dniach rozmów zorientowaliśmy się, że nie jesteśmy gotowi brać za to odpowiedzialności”.
To zdanie natychmiast obiegło media całego świata. Telewizje informacyjne przez całą dobę analizowały jego znaczenie. Czy była to krytyka stylu zarządzania? Aluzja do polityki gospodarczej? A może po prostu desperackie wołanie ludzi, którzy zrozumieli, że porwanie premiera było błędem większym niż sam okup?
Wkrótce pojawiły się kolejne przecieki.
Podobno porywacze początkowo żądali jedynie pięciuset milionów euro, ale kwota rosła wraz z kolejnymi godzinami spędzonymi z zakładnikiem. Po pierwszym dniu wzrosła do miliarda. Po drugim do dwóch. Gdy premier podobno zaproponował „powołanie wspólnej grupy roboczej do analizy problemu”, suma osiągnęła trzy miliardy. Negocjatorzy uznali, że żądanie jest poważne.
Tymczasem irlandzka opozycja stanęła przed dylematem moralnym, bo oficjalnie deklarowano solidarność i konieczność „sprowadzenia premiera do domu”. Nieoficjalnie zaś wielu polityków zadawało pytanie, czy istnieją mechanizmy prawne pozwalające na rozsądniejsze wydawanie publicznych pieniędzy.
Jeden z anonimowych parlamentarzystów miał stwierdzić: „To pierwszy przypadek, kiedy okup może być uznany za inwestycję stabilizacyjną”.
Bruksela rozważała uruchomienie specjalnego funduszu solidarnościowego, Berlin apelował o rozwagę, Paryż mówił o „konieczności obrony europejskich wartości”, a Londyn, zapytany o stanowisko, odpowiedział podobno, że „uważnie obserwuje sytuację, ale nie chce ingerować w sprawy wewnętrzne Irlandii”.
Zwykli obywatele zdawali się natomiast mówić, że są ważniejsze cele, w tym dofinansowanie służby zdrowia, więc nagle cała polityczna fasada zaczęła pękać. Bo oto porywacze szantażujący Zieloną Wyspę obnażyli brutalną prawdę o współczesnej polityce, że wartość przywódcy mierzy się nie deklaracjami, nie przemówieniami i nie oficjalnymi portretami, ale realnym kosztem jego obecności.
W kampanii wyborczej politycy mówią: „Jestem gotów służyć narodowi”. Tutaj naród został postawiony przed rachunkiem: „Ile zapłacicie, żeby ta służba trwała gdzie indziej”? To nie była już wtedy historia o porwaniu, a o cenie politycznej użyteczności.
Satyra? Oczywiście, jednak jak każda satyra bolała, bo była bliska prawdy. Przez lata obywatele słyszeli, że państwo nie ma pieniędzy na szpitale, mieszkania, szkoły, transport, bezpieczeństwo energetyczne. Na wszystko brakowało środków. Tymczasem nagle świat stanął przed perspektywą wyłożenia trzech miliardów euro nie na reformy, lecz na utrzymanie politycznego status quo w stanie zamrożenia. Gdyby ktoś wymyślił lepszą metaforę współczesnej demokracji, dostałby literackiego Nobla, bo czymże innym jest ten groteskowy okup, jeśli nie symbolem systemu, w którym społeczeństwa płacą gigantyczne ceny za przeciętność władzy?
Nie trzeba przecież fikcyjnej organizacji terrorystycznej, by obywatele ponosili koszty politycznych decyzji, a płacą je codziennie w rachunkach, w podatkach, w inflacji, w kolejkach, ulicznych korkach i obietnicach bez pokrycia. Różnica polega tylko na tym, że w felietonowej grotesce rachunek przychodzi jednorazowo – trzy miliardy euro, natomiast w życiu realnym, on przychodzi w ratach, miesiąc po miesiącu. Dlatego właśnie ta absurdalna historia działa tak dobrze jako satyra, bo pod warstwą żartu kryje się pytanie śmiertelnie poważne: ile kosztuje obywateli utrzymywanie klasy politycznej, która coraz częściej sama staje się problemem, zamiast go rozwiązywać?
W tej historii najbardziej przerażające nie jest porwanie, lecz to, że ekonomiczny sens ultimatum wydaje się wielu ludziom całkiem logiczny. Jeśli płacimy fortuny za nieudolność, to trzy miliardy brzmią jak pozycja budżetowa, nie jak szaleństwo i właśnie dlatego ten żart jest tak niewygodny. Nie śmiejemy się więc z terrorystów, bo z polityki i polityków, a kiedy naród zaczyna śmiać się z własnych instytucji, oznacza to, że autorytet władzy nie tyle słabnie, co zaczyna parodiować samego siebie.
W finale tej groteski nie wiadomo jeszcze, czy okup zostanie zapłacony, nie wiadomo, czy premier wróci i nie wiadomo nawet, czy porywacze nie podniosą stawki, ale jedno wiadomo już teraz, że nigdy wcześniej polityczna satyra nie wystawiła tak brutalnego rachunku za przeciętność rządzenia. Gdy jednak największą groźbą nie jest porwanie premiera, lecz jego odwiezienie do domu, to znaczy, że kryzys zaufania do władzy zaszedł dalej, niż chcieliby przyznać nawet najwięksi optymiści.
Wtedy pozostaje już tylko śmiech, ten gorzki, czasami ten inteligentny, ten, który brzmi jak kpina, ale jest aktem oskarżenia, bo w demokracji obywatele nie zawsze mają władzę, ale zawsze mają jedno potężne narzędzie: mogą obrócić władzę w żart. Dla polityka nie ma większego koszmaru niż chwila, gdy przestaje budzić szacunek i respekt, a zaczyna być pointą.
O czym jest więc ten felieton? O politykach, którzy powinni się obudzić z letargu, zacząć słuchać ludzi, bo w innym przypadku, ten okup zostanie zapłacony.
Bogdan Feręc
Photo by Jose P. Ortiz on Unsplash
