Czy minister łączy kropki? Puste witryny to tylko objaw
Minister stanu ds. handlu detalicznego Alan Dillon ożywić chce irlandzkie centra miast, przekształcając puste lokale handlowe w nowe miejsca prowadzenia działalności gospodarczej. Pomysł na pierwszy rzut oka wydaje się rozsądny. Zamiast pozwalać, by kolejne witryny straszyły przechodniów pustką, rząd chce zachęcić przedsiębiorców do otwierania tam sklepów i lokalnych punktów usługowych.
Tylko czy przedstawiając swój plan, rzeczywiście połączył wszystkie kropki? Bo problem irlandzkich głównych ulic nie zaczyna się i nie kończy na pustych lokalach.
Inicjatywa objąć ma 26 wyznaczonych miast, w których władze lokalne, pracownicy odpowiedzialni za rewitalizację oraz biura lokalnych przedsiębiorstw będą poszukiwać sposobów na dopasowanie wolnych nieruchomości do potrzeb mieszkańców. Na liście znalazły się między innymi Tullow, Bailieborough, Skibbereen, Lusk, Gort, Clane, Carrick-on-Shannon, Longford, Carrickmacross, Roscrea, New Ross i Blessington.
Przedsiębiorcy otrzymają praktyczne porady, mentoring finansowy oraz wsparcie marketingowe. Zamysł jest prosty: przyciągnąć klientów, stworzyć trwałe miejsca pracy i przywrócić handlowym centrom miast funkcje, które przez lata stanowiły o ich znaczeniu. Alan Dillon przekonuje, że puste witryny nie tworzą miejsc pracy, nie przyciągają turystów i nie wspierają lokalnych społeczności. Trudno się z tym nie zgodzić. Tyle że to dopiero opis skutków, a nie diagnoza przyczyn.
I tutaj pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego te witryny są puste?
Oczywiście, część lokali jest niedostosowana do współczesnych potrzeb, wymaga remontów, przebudowy albo zmiany przeznaczenia. Nie jest jednak tajemnicą, że jednym z największych problemów irlandzkiego handlu detalicznego są koszty prowadzenia działalności. Wysokie czynsze, rachunki, koszty zatrudnienia, ubezpieczenia i zakupu towarów tworzą mieszankę, która dla niewielkiego przedsiębiorcy staje się coraz trudniejsza do udźwignięcia. A przecież trzeba jeszcze zarobić na własne utrzymanie. Do tego dochodzi dominacja wielkich sieci handlowych należących do międzynarodowych korporacji. Dysponują one kapitałem, możliwościami negocjowania cen i logistyką, o których mały, lokalny przedsiębiorca może jedynie pomarzyć. Niezależny sklepikarz nie ma takich warunków zakupowych, nie może też prowadzić wojny cenowej z podmiotami, dla których pojedynczy sklep jest zaledwie jednym z setek punktów sprzedaży.
W rezultacie coraz trudniej utrzymać mały sklep, księgarnię, lokalny punkt usługowy czy inny rodzinny biznes. Klient również nie jest bez winy, choć trudno go za to obarczać. Przy obecnym poziomie cen towarów i kosztów życia coraz częściej wybiera miejsce, w którym może kupić taniej. Sentyment do lokalnego sklepikarza nie zawsze wygrywa z zawartością portfela i właśnie te zależności powinien dostrzec minister.
Można bowiem przygotować najpiękniejszy program rewitalizacji, zaoferować przedsiębiorcom doradztwo, pomóc w marketingu i wskazać lokale, które nadają się do ponownego zagospodarowania. Można nawet zorganizować uroczyste otwarcie kolejnych sklepów, przeciąć wstęgę i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Co jednak stanie się sześć czy dwanaście miesięcy później, kiedy właściciel firmy otrzyma rachunek za czynsz, energię, dostawy i wynagrodzenia? Jeżeli przychody nie pokryją kosztów, kolejna witryna ponownie zostanie zasłonięta papierem.
Nie chodzi o to, by krytykować każdą rządową inicjatywę tylko dlatego, że pochodzi z ministerialnych gabinetów. Pomysł Alana Dillona ma sens i może przynieść lokalne korzyści. Jednak bez szerszej polityki wspierającej drobną przedsiębiorczość pozostanie przede wszystkim działaniem kosmetycznym. Ożywienie handlowych centrów miast wymaga bowiem czegoś więcej niż znalezienia chętnych do wynajęcia pustych lokali. Potrzebne są warunki, w których prowadzenie niewielkiego biznesu będzie ekonomicznie uzasadnione, a nie stanie się codzienną walką o przetrwanie. Irlandzkie centra miast nie potrzebują wyłącznie nowych sklepów. Potrzebują przede wszystkim przedsiębiorców, którzy będą mogli w nich zarabiać, rozwijać działalność i zatrudniać ludzi bez obawy, że kolejna podwyżka czynszu albo kosztów operacyjnych zakończy ich przygodę z własnym biznesem.
Minister Dillon chce przywrócić życie pustym witrynom. To dobry początek. Powinien jednak pamiętać, że witryna sama w sobie nie prowadzi działalności gospodarczej, nie płaci podatków i nie zatrudnia pracowników. Robi to przedsiębiorca, a temu trzeba stworzyć warunki do funkcjonowania.
Bo jeżeli rząd nie zmieni trendu, w którym prowadzenie działalności w handlu detalicznym staje się coraz mniej opłacalne, nawet najlepsze inicjatywy mogą spalić na panewce. Wówczas za kilka lat będziemy oglądać te same puste witryny, tyle że z nowymi szyldami programów rewitalizacyjnych. I znów ktoś ogłosi, że trzeba ożywić irlandzkie centra miast.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. CC Robert Linsdell

