Choroba na paragonie. Jak szpitale monetyzują cierpienie pacjentów i ich bliskich
Szpital z definicji ma być miejscem ratunku, gdzie liczy się czas, kompetencje personelu, empatia i dostępność. Tymczasem coraz częściej okazuje się, że zanim pacjent zobaczy lekarza, a rodzina dotrze na oddział, ktoś już wystawia rachunek. I nie jest to rachunek za leczenie, lecz za… postój samochodu. Parking przy szpitalu stał się jednym z najbardziej bezwzględnych i jednocześnie najmniej dyskutowanych źródeł dodatkowych dochodów ochrony zdrowia.
Dane ujawnione przez Breaking News są w tej sprawie brutalnie jednoznaczne. W samym 2024 roku pacjenci, odwiedzający oraz pracownicy służby zdrowia zapłacili w całym kraju blisko 19 milionów euro z tytułu opłat parkingowych przy szpitalach. Siedem placówek przekroczyło próg miliona euro rocznych wpływów, natomiast rekordzistą okazał się Szpital Uniwersytecki w Cork, który tylko na parkingu „zarobił” 2,3 miliona euro. Nie mówimy tu o luksusowych centrach konferencyjnych ani lotniskach. Mówimy o miejscach, do których ludzie przyjeżdżają z powodu nowotworu, zawału, udaru, porodu powikłanego strachem albo ostatniego pożegnania, więc szpitalny parking nie jest usługą opcjonalną, a infrastrukturą wymuszoną przez chorobę.
Problem nie polega na samej idei opłat. Nawet krytycy przyznają, że utrzymanie parkingu kosztuje, bo asfalt trzeba naprawiać, szlabany serwisować, teren oświetlać i pilnować, ale skala przychodów rodzi pytanie, które coraz trudniej zbyć wzruszeniem ramion. Gdzie kończy się pokrywanie kosztów, a zaczyna systemowe drenowanie kieszeni ludzi w kryzysie?
Poseł Partii Pracy Mark Wall, który otrzymał te dane, wezwał ministra zdrowia do zniesienia opłat parkingowych dla pacjentów i personelu. W rozmowie z News Talk zwrócił uwagę na rzecz fundamentalną: 2,3 miliona euro rocznie z jednego szpitala to kwota, która z nawiązką mogłaby pokryć koszty utrzymania parkingu. Reszta to czysty dochód, generowany w sytuacji, w której pacjent nie ma alternatywy ani siły negocjacyjnej.
Wall nazwał rzecz po imieniu, iż są to koszty choroby, ukryty podatek od bycia słabym, przestraszonym i zależnym. Opłata, którą płaci się nie za komfort, lecz za brak wyboru. W tym sensie parking szpitalny staje się symbolicznym przedłużeniem systemu, który przerzuca finansową odpowiedzialność z państwa na jednostkę i to dokładnie w momencie, gdy ta jednostka jest najmniej zdolna, by ją unieść.
Co gorsza, rachunek dotyczy nie tylko pacjentów. Płacą też rodziny odwiedzające bliskich, często dzień po dniu, płacą często pielęgniarki, lekarze i ratownicy, którzy przyjeżdżają do pracy w innej placówce, by ratować ludzi. System każe im najpierw zapłacić za prawo wykonywania tej pracy w danym miejscu.
Szpitale bronią się argumentem niedofinansowania, mówią, że budżety są napięte, potrzeby rosną, a państwo nie zawsze nadąża. To argument realny, ale nie usprawiedliwiający wszystkiego, bo jeśli system ochrony zdrowia zaczyna łatać dziury, sięgając do kieszeni ludzi stojących nad łóżkiem szpitalnym, to znaczy, że problem jest głębszy niż brak pieniędzy. To problem granic przyzwoitości.
*
Opłaty parkingowe w szpitalach są dziś jednym z najbardziej czytelnych przykładów cichej komercjalizacji choroby. Bez billboardów, bez reklam, bez publicznej debaty, a paragon w tym wszystkim wysuwa się sam, gdy podnosisz szlaban. I właśnie dlatego ta sprawa wraca jak bumerang, bo dotyka czegoś, co wciąż uważamy za święte, czyli przekonania, że w obliczu choroby państwo i jego instytucje powinny stać po stronie obywatela, a nie liczyć, ile jeszcze da się z niego wycisnąć.
Bogdan Feręc
Źr. Breaking News
Fot. Archiwum własne
