Chiny zyskały na wojnie Rosji z Ukrainą
Spróbujmy nazwać rzeczy po imieniu, bez geopolitycznego kadzidła i bez naiwnej wiary, że światowa energetyka kieruje się moralnością. Wojna na Ukrainie nie zmieniła natury rynku paliw kopalnych, ona ją tylko obnażyła. Jak zdjęcie rentgenowskie, gdzie widać kości interesów, pęknięcia hipokryzji i jednego, bardzo konkretnego beneficjenta – Chiny.
Nie jest to teza publicystyczna, tylko wniosek wynikający z cen, wolumenów i logiki handlu surowcami. Ropa i gaz nie mają poglądów politycznych, bo płyną tam, gdzie mogą się sprzedać najtaniej i najciszej, a Chiny, cierpliwe, pragmatyczne i pozbawione europejskich skrupułów, właśnie znalazły się w złotym punkcie tej układanki. Zacznijmy jednak od podstaw. Ropa naftowa i gaz ziemny to nie tylko paliwa, bo bardziej krwioobieg nowoczesnych gospodarek i od nich zależy transport, produkcja przemysłowa, chemia, rolnictwo, energetyka i, co często się pomija, stabilność społeczna. Państwo, które ma tani dostęp do energii, ma przewagę strukturalną nad tym, które energię musi kupować drogo i nerwowo. W tym sensie ceny paliw są bronią strategiczną, nawet jeśli nikt nie podpisuje dla nich konwencji o spokoju na świecie.
Unia Europejska reagując na rosyjską agresję na Ukrainę, zdecydowała się, w mojej ocenie bez najmniejszego sensu, na sankcje energetyczne. Moralnie może i są zrozumiałe, politycznie efektowne, ale ekonomicznie – bolesne i pełne luk. Europa odcięła się od bezpośrednich dostaw rosyjskiej ropy i gazu, licząc, że w ten sposób osłabi Kreml. Problem polega na tym, że globalny rynek surowców nie działa jak lokalny sklep osiedlowy. Jeśli Europa nie kupi, to kupi ktoś inny, a Unia Europejska, jeśli musi kupić szybko, zapłaci więcej.
W efekcie na Starym Kontynencie ropa w zakupach hurtowych kosztuje dziś od 70 do 95 dolarów za baryłkę. Zakres szeroki, bo zależny od kontraktów, jakości surowca i kosztów logistycznych, ale wspólny mianownik jest jeden – drogo. Dla porównania Chiny kupują rosyjską ropę w przedziale od 35 do 65 dolarów za baryłkę. To nie jest drobna różnica księgowa, to przepaść konkurencyjna, która pozwala m.in. produkować znacznie taniej, czego Unia Europejska nadal nie rozumie i brnie w drożyznę, która druzgoce jej konkurencyjność.
Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ Rosja wypchnięta z europejskiego rynku, została zmuszona do sprzedaży surowców z dużym dyskontem. Sankcje nie zlikwidowały rosyjskiej ropy ani gazu, one tylko zmieniły ich kierunek geograficzny. Natomiast Chiny, które nie przyłączyły się do sankcji, znalazły się w roli klienta idealnego, czyli dużego, stabilnego, w oficjalnej politycznie narracji neutralnego wobec Moskwy i gotowego negocjować twardo.
Podobny mechanizm obserwujemy na rynku gazu ziemnego. Europa pozbawiona własnoręcznie taniego gazu gazociągowego z Rosji przestawiła się na LNG – skroplony gaz ziemny transportowany drogą morską. Technologicznie imponujące, logistycznie skomplikowane, cenowo… wymagające. Na światowych rynkach Europa kupuje LNG w cenach od 3,3 do 3,6 MMBtu. Dla porządku: MMBtu, czyli Metryczna Milionowa Brytyjska Jednostka Cieplna, to standardowa miara zawartości energii w paliwach. Mniej romantyczna niż baryłka ropy, ale równie bezlitosna w rachunku.
Chiny za ten sam gaz płacą od 2,1 do 2,8 MMBtu. Różnica znów jest kolosalna i w skali miliardów metrów sześciennych oznacza to oszczędności idące w miliardy dolarów rocznie. To pieniądze, które nie znikają, a zostają w gospodarce, w przemyśle, w eksporcie, w subsydiach, w modernizacji armii, jeśli trzeba.
Warto tu zatrzymać się na chwilę przy iluzji, którą Europa długo pielęgnowała i wciąż mami nią swoich obywateli, że można szybko i bezkosztowo uniezależnić się od paliw kopalnych. Transformacja energetyczna jest może i potrzebna, a może bardziej kiedyś będzie, ale nie jest magiczna. Panele fotowoltaiczne i turbiny wiatrowe nie powstają z powietrza, tylko z metali, energii i globalnych łańcuchów dostaw, a te, o ironio losu, w dużej mierze kontrolują Chiny – również dzięki taniej energii.
Tania ropa i tani gaz działają jak ukryty dopalacz gospodarczy, ponieważ obniżają koszty produkcji, transportu i energii elektrycznej. Pozwalają utrzymywać konkurencyjne ceny eksportowe. W sytuacji, gdy Europa zmaga się z energetyczną inflacją, wysokimi kosztami energii dla przemysłu i presją społeczną, Chiny mogą grać długą grę i to bez pośpiechu, bez klimatycznych deklaracji, bez ideologicznych haseł, ale za to z niskimi cenami zakupu i kalkulatorem w ręku.
Kto więc jest wygrany na wojnie na Ukrainie, patrząc wyłącznie przez pryzmat rynku paliw kopalnych? Ukraina płaci krwią i zniszczoną infrastrukturą. Europa płaci rachunkami, inflacją i utratą większej części konkurencyjności przemysłu. Rosja sprzedaje taniej, ale sprzedaje nadal. A Chiny kupują tanio i stabilnie, budując przewagę, której nie da się odrobić jednym szczytem klimatycznym ani jednym pakietem sankcji.
Tak dla pełnej jasności, to nie jest pochwała cynizmu, to nie jest felieton o dobrych Rosji i Chinach, a bardziej o bezmyślności Unii Europejskiej. To też opis świata takim, jakim jest, bo energetyka pozostaje fundamentem geopolityki, a paliwa kopalne, mimo wszystkich deklaracji i prób zaklinania rzeczywistości, nadal rządzą tempem globalnej gospodarki. Kto ma do nich dostęp tanio i bezpiecznie, ten ma czas. A czas, w polityce i ekonomii, bywa cenniejszy niż ropa.
Bogdan Feręc
Photo by Chris LeBoutillier on Unsplash
