Budowlana opera mydlana bez szczęśliwego zakończenia. W Narodowym Szpitalu Dziecięcym utknęli… w drzwiach
Gdyby irlandzki sektor budownictwa publicznego organizował coroczne rozdanie nagród za najbardziej spektakularny tasiemiec inwestycyjny, projektem wszech czasów bezapelacyjnie zostałby Narodowy Szpital Dziecięcy (National Children’s Hospital). Ta wieloletnia epopeja, w której obietnice budowlańców zderzają się z nieubłaganą rzeczywistością opóźnień, wzbogaciła się właśnie o kolejny absurdalny rozdział.
Tym razem na drodze do przyjęcia pierwszych małych pacjentów stanęła przeszkoda wyjątkowo symboliczna i dosłowna: drzwi przeciwpożarowe.
Wydawać by się mogło, że po przekroczeniu kolejnych barier finansowych i czasowych wykonawcy zdołają opanować podstawy budowlanego rzemiosła. Nic z tych rzeczy. W samej końcówce tej wyboistej drogi pojawił się poważny problem zgodności ze standardami bezpieczeństwa. Zgłoszona wada drzwi przeciwpożarowych okazała się usterką na tyle skomplikowaną, że – według dobrze poinformowanych źródeł – może bez trudu przesunąć upragnione otwarcie placówki na koniec 2027 roku.
Oznacza to, że po latach zapewnień, debat i uroczystych zapowiedzi, wciąż nie istnieje żadna potwierdzona, wiarygodna data, kiedy w budynku pojawi się pierwszy pacjent.
Warto na chwilę cofnąć się w czasie i przypomnieć sobie poczciwe początki tej sztandarowej inwestycji. Gdy rząd dawał zielone światło dla rozpoczęcia głównej fazy budowy, na czele resortu zdrowia stał Simon Harris – aktualnie wicepremier i minister finansów. Wówczas w blasku fleszy przekonywano opinię publiczną, że kompleks powstanie sprawnie, nowoczesne rozwiązania posłużą dzieciom niemal natychmiast, a koszty zamkną się w ułamku dzisiejszych kwot. Projekt miał być gotowy lata temu.
Rzeczywistość zweryfikowała te mrzonki w sposób brutalny, głównie dla kieszeni podatnika. Kosztorys, który początkowo wyglądał wręcz idealnie, ulegał cyklicznej pączkującej aktualizacji, by ostatecznie przebić niedorzeczną granicę 2,2 miliarda euro. Ponad dwukrotny wzrost wartości rachunku nie sprawił jednak, że obiekt zaczął działać. Wręcz przeciwnie, bo za tą bajeczną sumę miliardów euro państwo wybudowało pomnik niekończących się niedoróbek, którego drzwi – z przyczyn technicznych i prawnych – pozostają zamknięte na cztery spusty.
Oczywiście w oficjalnej narracji winnych brak. Główny wykonawca, czyli firma BAM, toczy niekończące się spory z zarządem szpitala, wymieniając się pismami procesowymi, roszczeniami i wzajemnymi oskarżeniami o niedotrzymywanie harmonogramów. Tym samym, w tym wygodnym klinczu prawnym, odpowiedzialność polityczna rozmywa się niczym mgła nad Atlantykiem.
Wprawdzie Simon Harris odważnie deklarował swego czasu, że bierze pełną odpowiedzialność za ten projekt, jednak warto zadać sobie pytanie, co te podniosłe słowa oznaczały w praktyce. Podatnicy zapłacili miliardowe naddatki, dzieci wraz z rodzicami nadal czekają w tasiemcowych kolejkach na leczenie w przestarzałych placówkach, ale za to polityczne kariery decydentów mają się znakomicie.
Trudno też wskazać choćby jednego urzędnika czy nawet polityka, który poniósłby realne konsekwencje za ten kompromitujący serial przesunięć i niebotycznych kosztów.
*
Saga Narodowego Szpitala Dziecięcego trwa w najlepsze i zaczyna przypominać ponury żart, a tak prawdę mówiąc, jak już tę placówkę uda się otworzyć, to może trzeba będzie jej postawić pomnik, że nareszcie się udało. O ile wcześnie nie stanie się konieczne przeprowadzenie renowacji pomieszczeń, które nadgryzł ząb czasu. Czy ja wierzę w otwarcie tego szpitala w 2027 roku? Nie na darmo jestem niewierzący.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Fot. Wizualizacja NCH
