Bezdzietna Europa. Czy demograficzna katastrofa jest projektem politycznym?
Na naszych oczach dokonuje się proces, który coraz częściej określany jest mianem europejskiej wymiany populacji. To określenie budzi gwałtowne emocje, dlatego zanim odezwą się krytycy, warto zrobić rzecz znacznie mniej efektowną, ale zdecydowanie bardziej potrzebną i zajrzeć do oficjalnych dokumentów, danych demograficznych oraz statystyk. Dopiero wtedy można rozmawiać o problemie bez krzyku, histerii i politycznego bicia piany.
Nie trzeba bowiem wymyślać tajnego gabinetu, w którym ktoś przy czerwonym winie kreśli mapę przyszłej Europy. Wystarczy spojrzeć na liczby. Europa się starzeje, a europejskie społeczeństwa mają coraz mniej dzieci. Jednocześnie migracja stała się jednym z najważniejszych instrumentów, za których pomocą państwa próbują „łagodzić” skutki kurczącej się populacji w wieku produkcyjnym. I właśnie tutaj zaczyna się pytanie, którego politycy bardzo nie lubią: czy migracja jest jedynie reakcją na kryzys demograficzny, czy z czasem stała się jego politycznym substytutem społeczeństwa?
Wszystko zaczęło się między innymi od opracowania, które przez lata przedstawiane było w przestrzeni publicznej w sposób skrajnie różny. Mowa o dokumencie Organizacji Narodów Zjednoczonych z 2000 roku zatytułowanym „Replacement Migration”, czyli „Migracja Zastępcza”. Dokument dotyczył globalnych ruchów migracyjnych, ale szczególnie dużo miejsca poświęcał Europie. Tutaj właśnie trzeba postawić kropkę nad pierwszym „i”. Raport ONZ nie był tajnym rozkazem ani instrukcją dla europejskich rządów. Nie mówił: „macie wymienić swoich obywateli na migrantów”. Był analizą demograficzną, która pokazywała, ilu migrantów potrzebowałyby poszczególne państwa w określonych scenariuszach, aby przeciwdziałać skutkom starzenia się społeczeństw i spadku liczby ludności. Ale właśnie to czyni dokument interesującym.
Skoro w oficjalnym opracowaniu instytucji międzynarodowej można było już ćwierć wieku temu rozpatrywać migrację jako narzędzie przeciwdziałania skutkom demograficznego załamania, to warto zapytać, dlaczego znacznie mniej energii poświęcano drugiej części problemu, czyli, jak sprawić, aby Europejczycy znów chcieli mieć dzieci. W tym sensie krytyka raportu ma swoje podstawy. Nie dlatego, że znaleziono w nim tajny rozkaz „wymiany populacji”, lecz dlatego, że pokazuje on sposób myślenia, w którym człowiek zaczyna być traktowany przede wszystkim jako element modelu demograficznego i gospodarki.
W materiale tym nie znajdziemy przecież cudownej recepty na odbudowę europejskiej, ale też dzietności całego świata zachodniego. Nie jest to dokument poświęcony szerokiemu programowi mieszkaniowemu, obniżaniu kosztów wychowania dzieci, stabilności zatrudnienia młodych ludzi czy tworzeniu warunków do zakładania rodzin. Migracja pojawia się natomiast, jako sposob kompensowania skutków demograficznego starzenia.
I tutaj pojawia się problem znacznie poważniejszy niż wszystkie internetowe teorie spiskowe razem wzięte. Jeżeli państwo przez trzydzieści lat pozwala, aby młodzi ludzie nie mogli kupić mieszkania, wynająć przyzwoitego lokum, utrzymać rodziny z dwóch pensji, a następnie mówi, że rozwiązaniem będzie sprowadzenie ludzi z innych części świata, to nie rozwiązuje problemu. Ono zarządza jego skutkami.
Warto też przypomnieć młodym ludziom przykład, który dla współczesnych Europejczyków może brzmieć wręcz absurdalnie. Edward Gierek nie był demokratą ani liberałem, był natomiast pierwszym sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, człowiekiem systemu komunistycznego i nie ma żadnego powodu, aby robić z niego bohatera. Można jednak uczciwie przyznać, że jego ekipa, a może tylko on sam zrozumiał coś, czego dzisiejsze europejskie elity często nie chcą przyjąć do wiadomości: demografia potrzebuje odpowiednich warunków. W latach 70. ubiegłego stulecia budowano całe osiedla. Powstawały fabryki, infrastruktura i mieszkania. Ludzie przeprowadzali się z drewnianych, często rozpadających się chałup i ciasnych, wielopokoleniowych izb do mieszkań z kuchnią i łazienką. System był niewydolny, mieszkania miały rozmaity, najczęściej niski standard, a na przydział można było czekać latami. Tego nie należy wybielać. Jednak efekt demograficzny był namacalny.
Od września 1970 roku do września 1980 roku dzietność w Polsce wzrosła o około 27 procent. Nie trzeba więc „piać z zachwytu” nad Gierkiem ani nad Biurem Politycznym PZPR, aby zauważyć prostą zależność: poprawa warunków mieszkaniowych i materialnych może wpływać na decyzje o powiększeniu rodziny. Muszę więc powiedzieć, że komuniści mieli od czasu do czasu dobre pomysły, ale nie mogę przesadzić, bo jednak większość ich pomysłów nie należała do kategorii odkrywczych, czy nawet dobrych. Ale akurat masowe budownictwo mieszkaniowe trzeba uznać za element polityki, który przyniósł konkretny rezultat. Przeprowadzka z drewnianej, walącej się chaty lub jednoizbowego mieszkania do dwóch pokoi z kuchnią mogła być dla rodziny prawdziwym skokiem cywilizacyjnym.
I wiecie, co się stało po gomułkowskiej siermiędze? Ludzie zaczęli mieć więcej dzieci. Okay, dosyć już o starych „dobrych” czasach, bo jeszcze ktoś pomyśli, że autor zaraz zapisze się do jakiejś komunizującej partii, aby budować nowy, lepszy świat. Chodzi przecież nie o rehabilitację starego systemu, lecz o pokazanie rzeczy banalnej: demografia nie jest oderwana od rzeczywistości ekonomicznej i mieszkaniowej.
Tymczasem współczesna Europa coraz częściej zachowuje się tak, jakby problem można było rozwiązać arkuszem kalkulacyjnym. W dokumentach dotyczących „replacement migration” analizowano scenariusze, według których Europa potrzebowałaby bardzo dużej liczby migrantów w wieku produkcyjnym, aby utrzymać określone proporcje demograficzne i gospodarcze. W jednej z najbardziej nagłośnionych części pojawiała się liczba 1,4 miliona migrantów rocznie do 2050 roku. I trzeba podkreślić: chodziło o model demograficzny, a nie nakaz przyjęcia takiej liczby ludzi. To rozróżnienie jest fundamentalne.
Nie zmienia jednak faktu, że od wielu lat migracja przedstawiana jest jako jedno, choć podstawowe z narzędzi odpowiadające na starzenie się społeczeństw. Jednak wtedy pojawia się pytanie: dlaczego tak niewiele politycznej energii poświęca się temu, aby młody Europejczyk miał mieszkanie, stabilną pracę i przekonanie, że wychowanie trójki dzieci nie oznacza ekonomicznego samobójstwa? Problem jest natomiast w tym, że ani ONZ, ani też zachodnie elity, nie udzielają na nie odpowiedzi.
Współczynnik dzietności potrzebny do prostej zastępowalności pokoleń wynosi około 2,1 dziecka na osobę. Europa znajduje się zdecydowanie poniżej tego poziomu, bo wynosi on 1,34. Stany Zjednoczone również nie osiągają prostej zastępowalności i od lat notują znacznie niższą dzietność, chociaż wyższą od europejskiej, która zamyka się liczbą 1,6 dziecka na jedną osobę. To jest prawdziwy problem i nie trzeba do niego dopisywać tajnego scenariusza, bo Europa i cały Zachód, po prostu nie rodzi wystarczającej liczby własnych dzieci.
Na tym tle świat wygląda zupełnie inaczej. Według danych Europejskiej Agencji Statystycznej Eurostat w 2025 roku w Europie urodziło się około 6,2 miliona dzieci, podczas gdy w Azji 65,1 miliona, a w Afryce około 47,1 miliona. Same Indie miały około 23,1 miliona urodzeń, a Nigeria 7,6 miliona. Te liczby pokazują zmianę ciężaru demograficznego świata i właśnie dlatego migracja będzie jednym z najważniejszych problemów politycznych XXI wieku. Nie dlatego, że ktoś siedzi w tajnym centrum sterowania i przestawia pionki na populacyjnej szachownicy, choć trzeba przyznać, że współczesna polityka czasami bardzo lubi wyglądać właśnie tak.
Jeszcze ciekawsze stają się dane dotyczące imion. W przywoływanych już wcześniej zestawieniach Eurostatu i krajowych urzędów statystycznych pojawia się imię Muhammad jako niezwykle popularne imię w wielu dużych europejskich miastach, m.in. Londynie, Manchesterze, Berlinie, Brukseli, Amsterdamie, Hadze i Oslo. Natomiast w Warszawie w 2025 roku najpopularniejszy był Nikodem. Dublin pokazuje przy tym zupełnie inny obraz, ale zbliżony do naszej stolicy. W centrum i południowej części Dublina popularnym imieniem dla chłopców był Noah, w północnej części hrabstwa Dublin Leo, a w regionie Dún Laoghaire-Rathdown Liam.
I tutaj trzeba zachować rozsądek. Popularność imienia nie jest dowodem na „wymianę ludności”, ale nie wyobrażam sobie, aby Siobhán i Patrick z poddublińskiej wsi, dali na imię swojemu potomkowi na imię Mohammed. Owszem, nie można z jednego zestawienia imion wyprowadzać teorii o końcu Europy, ale można zadać pytanie o kierunek zmian kulturowych i demograficznych, szczególnie w sytuacji, gdy część dużych europejskich miast staje się społeczeństwami coraz bardziej zróżnicowanymi.
Problem polega więc nie na tym, że przyjeżdżają ludzie z innych państw, a ten zaczyna się wtedy, gdy państwo nie ma żadnej poważnej odpowiedzi na pytanie, jak utrzymać spójność społeczną, integrację, bezpieczeństwo i jednocześnie odbudować własną demografię. Właśnie tutaj kończy się wygodna polityczna opowieść.
Idźmy dalej, bo nie można wszystkich migrantów nazywać „pijawkami”, wysysającymi krew z dotychczasowej tkanki rodzimego społeczeństwa. To niesprawiedliwe i po prostu nieprawdziwe. Są wśród nich ciężko pracujący ludzie, przedsiębiorcy, lekarze, pielęgniarki, kierowcy, inżynierowie i pracownicy wykonujący zawody, których Europa rzeczywiście potrzebuje. Są jednak również ludzie pozostający długo poza rynkiem pracy i korzystający podczas pobytu na Starym Kontynencie z systemów socjalnych. Państwo ma obowiązek to mierzyć, kontrolować i rozliczać, choć bez sentymentów, ale też bez odpowiedzialności zbiorowej.
Najbardziej niebezpieczne jest bowiem coś innego: sytuacja, w której obywatel staje się numerem w statystykach, a polityka państwa zaczyna traktować człowieka wyłącznie jako jednostkę w modelu rynku pracy.
Czy jednak wszystko na tym świecie jest przypadkiem? Oczywiście nie. Polityka w gruncie rzeczy jest planowaniem. Agencje statystyczne zbierają dane. Rządy, jeżeli są rozsądne, tworzą strategie. Organizacje międzynarodowe przygotowują scenariusze. Komisje opracowują dyrektywy. Ministerstwa wdrażają programy. Instytucje finansowe modelują przyszłość. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nie trzeba jednak z tego wyprowadzać tezy, że istnieje jedna tajna centrala sterująca każdym ruchem człowieka na świecie, ale i nie można tego wykluczyć. A w obu przypadkach byłoby to zbyt proste. Rzeczywistość jest bardziej ponura i zarazem nieco bardziej banalna: ludzie podejmują decyzje na podstawie interesów, modeli, ideologii, danych i politycznych kalkulacji. Te decyzje następnie tworzą rzeczywistość, którą kolejne pokolenia uznają za coś naturalnego.
Europa może jednak nadal udawać, że problemu nie ma. Może również powtarzać, że każda krytyka polityki migracyjnej jest rasizmem, ksenofobią albo „mową nienawiści”. To bardzo wygodne, bo wtedy nie trzeba odpowiadać na pytania o mieszkania, szkoły, służbę zdrowia, integrację, bezpieczeństwo, rynek pracy i demografię. Ale można przecież powiedzieć rzecz znacznie prostszą – Europa potrzebuje dzieci. Zaznaczę, bo to też ważne, ale nie zamiast migrantów, nie przeciwko migrantom, bo oni są często potrzebni. Jednak nie można zapominać, że Europa vel Zachód, po prostu potrzebuje rodzimej, odradzającej się generacji.
I dlatego, choć brzmi to dziś niemal jak herezja, posłużę się cytatem z nie swojego Boga, bo nadal warto przypominać te słowa: „Idźcie i rozmnażajcie się”. Nie jest to jednak wezwanie przeciwko komukolwiek, nie licząc polityków. A bardziej, jako przypomnienie, że żadna cywilizacja nie przetrwa wyłącznie dzięki transferom ludności, świadczeniom socjalnym, dyrektywom i importowi pracowników. Cywilizacja, która przestaje mieć dzieci, zaczyna powoli pisać własny nekrolog.
Zastanawiałem się, jak zakończyć ten felieton, bo sytuacja, jakbym jej nie tonował, przedstawia się dla nas źle. Wówczas przypomniałem sobie słowa kapitana PLL LOT Zygmunta Pawlaczyka, który pilotował feralny samolot Ił-62 „Tadeusz Kościuszko”, a ten rozbił się w Lesie Kabackim. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Dobranoc, do widzenia, Cześć, giniemy!”. Czy tak jest albo będzie z Europejczykami?
Bogdan Feręc
Photo by Becca Tapert on Unsplash
