Mandat z dostawą do domu, czyli jak prawie zostałem mężem stanu
Kilka tygodni temu siedziałem sobie w błogostanie, uprawiając ulubioną dyscyplinę sportową znaną jako patrzenie w sufit, a to był ten moment tygodnia, w którym moje ambicje kończyły się na zaparzeniu kawy, a jedynym politycznym dylematem był wybór między „nie chce mi się” a „absolutnie mi się nie chce”. I wtedy odezwał się telefon. Spojrzałem na ekran, gdzie

