Agata, czyli biedne dziecko
Jedna z naszych młodych rodaczek rozpoczyna właśnie studia dziennikarskie na University of Galway i uznała z jakiegoś powodu, że będę najlepszą osobą na świecie, żeby porozmawiać ze mną o jej uczelniano-zawodowej przyszłości.
Nie wiem, skąd jej się to wzięło, być może ktoś jej powiedział, że warto porozmawiać z jakimś człowiekiem, ale dlaczego ja. Być może coś przeczytała, a może, co jest najbardziej prawdopodobne, czyli internety zrobiły swoje i skoro już zaczęła szperać, to dokopała się do rzeczy, do których normalny człowiek nawet nie powinien się zbliżać, więc informacji o mnie. Przyznam jednak, że nie tylko to chciała wiedzieć. Prosiła również o rady, w jaki sposób przejść przez cały proces nauki, który da jej możliwość znalezienia pracy po skończonych studiach.
Kiedy już wyłuszczyła, w jakim celu chce się ze mną spotkać, powiedziałem tylko jedno zdanie:
– Idź lepiej na informatykę.
Wówczas usłyszałem, że o dziennikarstwie marzyła od dawna, więc mogę wmawiać w nią najróżniejsze rzeczy, a ona się nie podda i zostanie dziennikarką.
I tym mnie kupiła. Ujął mnie jej upór, choć nadal nie wie, a może jeszcze nie rozumie, że to, co widzi w telewizji i słyszy w radiu, nijak się ma do rzeczywistości. Zawód dziennikarza z ekranu wygląda bowiem zupełnie inaczej niż ten, który zaczyna się wtedy, zanim włączą się kamery, zanim zacznie audycja i trzeba się przygotować, sprawdzić nazwiska, liczby, daty, źródła, posłuchać po raz trzeci innych wypowiedzi, a potem zastanowić, czy człowiek przypadkiem nie poszedł w kierunku, który jest z różnych powodów nieodpowiedni.
Powiedziałem jej, że jej wizja dziennikarstwa jest trochę tożsama z polityką. Widzi teatr, ale przedstawienie dzieje się przede wszystkim za kulisami. Młoda i głupia – pomyślałem. Oczywiście „głupia” nie w sensie braku rozumu. Raczej młoda, pełna wiary w to, że zawód, który sobie wymarzyła, będzie dokładnie taki, jak sobie go wyobraża. A ponieważ nie umiałem Agaty skutecznie zniechęcić, uznałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie pozwolić jej zdobyć własne doświadczenie.
Bo są rzeczy, których nie da się człowiekowi wytłumaczyć. Trzeba je przeżyć, a wtedy zaczyna widzieć je zupełnie inaczej.
Umówiliśmy się więc na kawę w miejscu, gdzie pijam ją od zawsze, czyli właściwie od chwili, gdy pojawiłem się w Galway. Personel wie już, co ma podać, więc moje zamówienie odbywa się tam trochę automatycznie. Tym razem, przechodząc obok bufetu, rzuciłem tylko, żeby się nie spieszyli, bo czekam na kogoś, więc dzisiaj złożę normalne zamówienie, kiedy pojawi się pewna młoda osóbka.
Pojawiła się. Zamówiliśmy kawę i ciasto marchewkowe, bo to jest jedna z moich przypadłości, z której najwyraźniej nie potrafię i nawet nie zamierzam zrezygnować. Wtedy zaczęła się właściwa rozmowa. Bez ceremoniałów, bez tego całego „bardzo mi miło pana poznać”, bez wzajemnego badania terenu przez pierwszych piętnaście minut. Od razu pytania i wtedy zauważyłem coś, co zwróciło moją uwagę. Dziewczyna ma zadatki na dobrą dziennikarkę. Po czym to poznałem? Sama zaczęła rozmowę. Nie bała się rzucać kolejnych pytań. Nie czekała, aż wszystko zostanie jej podane. Umiała rozwinąć temat i, co równie ważne, całkiem sprawnie posługiwała się językiem polskim.
Tu jednak pojawiło się coś jeszcze. Akcent. Zapytałem więc, tym razem zamiast udzielać kolejnej odpowiedzi: – W jakim wieku pojawiłaś się w Irlandii? Odpowiedź była krótka i właściwie wszystko wyjaśniała. – U piersi matki, a miała wówczas sześć miesięcy. Wcale mnie to nie zdziwiło. Znam przecież wiele młodych, dwudziestoparoletnich osób z polskim rodowodem, które mówią po polsku, ale ich akcent jest już zupełnie irlandzki.
Urodzili się tutaj, przyjechali z rodzicami jako pacholęta, czasem byli trochę starsi, ale środowisko, w którym się wychowywali, było przecież irlandzkie. Szkoła, koledzy, ulica, telewizja, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, pierwsze przekleństwa – wszystko działo się po angielsku. Akcent przychodzi więc sam.
I właściwie jest to bardzo ciekawy element naszego polskiego życia na emigracji. Można mieć polskich rodziców, polskie nazwisko, polską rodzinę, polskie święta i polską babcię, a jednocześnie po otwarciu ust zdradzić natychmiast, że dzieciństwo spędziło się na Zielonej Wyspie.
Kawa stała już na stoliku, ciasto zostało nadgryzione i wówczas Agata zapytała mnie ponownie, co może zrobić, żeby zapewnić sobie sukces na studiach. To było już trudniejsze pytanie.
Nie znam przecież tutejszych metod nauczania przyszłych tuzów wyspiarskiego dziennikarstwa. Nie wiem, jak dokładnie wygląda każdy element programu i nie zamierzam udawać profesora, którym nie jestem. Odparłem więc: – Powinnaś się uczyć i dużo czytać. Na jej twarzy pojawił się wyraz pewnego zdumienia. Spodziewała się raczej czegoś bardziej odkrywczego i wzniosłego – o misji… A może miałem w jej wyobrażeniach powiedzieć: „Musisz być ciekawa świata, obserwować ludzi, śledzić wydarzenia, rozmawiać z ludźmi i nigdy nie przestawać zadawać pytań”.
Tyle że to wszystko sprowadza się właśnie do tego, żeby się uczyć i czytać. Zapytałem więc, czy tak właśnie rozumie dziennikarstwo. Padła odpowiedź w stylu: tak. W stylu, bo nie było to jedno słowo. I kolejny punkt dla niej. Umiała rozwinąć myśl.
Tak toczyła się nasza dyskusja. Pojawiały się kolejne wątki, pytania o szczegóły, rodzaje tekstów, różnice pomiędzy nimi, sposoby pracy, aż wreszcie uznała, że powinna przejść dalej. Jak prowadzi się wywiady? No właśnie: – a skąd ja mam to wiedzieć? Nigdy nie przeprowadzam typowych wywiadów. Bardziej lubię słuchać i notować w pamięci, a następnie skrobnąć jakąś relację, bo to daje mi większe możliwości. Rozmowa jest wtedy czymś więcej niż zestawem pytań i odpowiedzi.
Znam jednak podstawową zasadę, którą obserwuję u moich koleżanek i kolegów, a parają się tą dziedziną pracy dziennikarskiej. Powiedziałem jej, że wywiad nie jest tym samym, co nasze spotkanie przy kawie. Trzeba zgłębić dziedzinę, w której specjalizuje się rozmówca. Trzeba wiedzieć coś o samym człowieku. Trzeba mieć przygotowany szeroki zestaw pytań, których w większości i tak się nie wykorzysta. I jest jeszcze rzecz najważniejsza, nie wolno zakładać, jaka padnie odpowiedź. Na tym poległ już niejeden dziennikarz. Także taki z głośnym nazwiskiem.
To jedna z tych pułapek, które są szczególnie niebezpieczne w dziennikarstwie politycznym. Dziennikarz zaczyna rozmowę z gotową tezą, potem dobiera pytania tak, aby tę tezę potwierdzić, a kiedy rozmówca odpowiada inaczej, dziennikarz zaczyna z nim walczyć. Tylko po co? Jeżeli wiem z góry, co rozmówca ma powiedzieć, równie dobrze mogę zostać w domu i napisać odpowiedź sam.
Ergo, dziennikarstwo zaczyna się tam, gdzie kończy się pewność, że wiem wszystko.
Minęło kilkanaście minut, rozmowa toczyła się własnym tempem, aż wreszcie padło pytanie, jaką dziedziną dziennikarstwa powinna się zająć. Tu już zupełnie odleciała. To jest kwestia tak osobista, że nikt, kto jest odpowiedzialny za swoje słowa i czyny, nie powinien udzielać na nią jednoznacznej odpowiedzi.
Nie powiem młodemu człowiekowi: „zajmij się gospodarką”, „idź w telewizję”, „zostań reporterem śledczym lub politycznym”. Można oczywiście coś sugerować, ale decyzję trzeba podjąć samemu. Stwierdziłem więc, że odpowiedź musi znaleźć w sobie. Powinna wiedzieć, co ją interesuje, jakie tematy uważa za ważne i przede wszystkim, co ją w nich pociąga. Dlaczego? Bo dziennikarz, który przez kilka godzin siedzi nad tematem, musi mieć jakiś powód, żeby następnego dnia znów do niego wrócić.
Kiedy po tej mojej tyradzie rzuciła, że jednak zajmie się polityką, zaprezentowałem wyraz zdziwienia, a może bardziej zaskoczenia i z lekkim uśmiechem w kącikach ust odparłem: – Wybrałaś najgorszą rzecz na świecie.
Nie powiem jednak, że mnie to nie ucieszyło. Wiele młodych osób, które chcą być dziennikarzami, wybiera dziś coś zupełnie innego. Coraz częściej widać nacisk na bezceremonialne brylowanie na salonach popularności, niż na prawdziwą pracę dziennikarską. Bo to i znane nazwisko, zdjęcie, studio, show-biznes, ścianka, czyli…
Trochę polityki, trochę celebrytów, trochę wydarzeń artystycznych i przede wszystkim własna twarz w odpowiednim miejscu.
Nie mam nic przeciwko telewizji ani ludziom, którzy chcą być rozpoznawalni. Taki jest współczesny rynek medialny. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy rozpoznawalność staje się celem, a dziennikarstwo dodatkiem.
Agata chyba tego nie szuka. Ona zdaje się już teraz rozumieć, choć jeszcze bardzo naiwnie, że przyszła praca będzie swego rodzaju orką na ugorze i, że powinna stać się tłem dla ludzi, z którymi rozmawia. To brzmi banalnie, dopóki człowiek nie spróbuje tego naprawdę zrobić. Dziennikarz nie jest przecież najważniejszą osobą w materiale. Jeżeli rozmawia z ministrem, interesujący dla odbiorcy ma być minister. Jeżeli rozmawia z lekarzem, interesuje ludzi lekarz, a jeżeli rozmawia z człowiekiem, który stracił dom, interesująca ma być jego historia. Nie moja.
Moja rola polega na tym, żeby tę historię wydobyć, uporządkować, a następnie przekazać widzowi, słuchaczowi i czytelnikowi możliwie uczciwie.
Kiedy skończyłem, Agata zapytała, czy mogłaby przeprowadzić ze mną wywiad. Temat? Sprawy polityczne dziejące się w Polsce. To sobie wybrała temat – pomyślałem. Ale sama chciała, więc dostanie. I tutaj wydarzyła się rzecz, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że z tej dziewczyny będzie dziennikarka.
Nie zaczęła od pytań, jakbyśmy byli już w połowie rozmowy. Najpierw przedstawiła swojego rozmówcę. Skądinąd zbyt dużo o mnie wiedziała, ale to również oznaczało, że internety przeszperała dokładnie. Przedstawiła temat rozmowy, a następnie naświetliła kontekst, w jakim miała się ona odbywać.
Dopiero potem pojawiła się seria pytań. Padły odpowiedzi jakże typowe dla mnie, czyli twierdziłem i udowadniałem, że politycy to leniwi i skorumpowani politycznie idioci, którym zależy tylko na tym, żeby być politykami. Ona zadawała pytania dodatkowe. Ja odpowiadałem. Ona dopytywała. Ja ripostowałem i nagle z tej naszej kawy, zrobił się całkiem przyzwoity, dwudziestominutowy wywiad.
Co ważne, nie dałem się zakrzyczeć jej argumentacją, ale też nie próbowałem przekrzyczeć jej. To istotna różnica, bo dziennikarz nie jest od tego, żeby w wywiadzie promować własne tezy. Może mieć poglądy, ba, właściwie trudno oczekiwać, żeby człowiek ich nie miał, ale w chwili rozpoczęcia rozmowy jego zadaniem jest przede wszystkim uzyskanie opinii gościa. Jeżeli natomiast dziennikarz chce wygłosić własny monolog, nie potrzebuje rozmówcy. Wystarczy mikrofon albo klawiatura.
Tak to trwało jakieś dwadzieścia minut i, gdy Agata kończyła, podziękowała za rozmowę, zaprosiła widzów czy słuchaczy do następnej audycji. Wtedy pomyślałem: standardowy wywiad, czyli taki, który w medialnych realiach mógłby istnieć jako pełnoprawna rozmowa. Miał początek, przedstawienie rozmówcy, temat, miał i kontekst. Były pytania główne i dodatkowe, pojawiła się reakcja na odpowiedzi, ale miał również zakończenie.
Czy był idealny? Oczywiście, że nie, był chyba pierwszym z kimś, kto mógł być twardym rozmówcą, ale pierwsze rzeczy mają to do siebie, że zawsze można je poprawić.
Agata wykazała się jednak całkiem sporą, choć jeszcze dziewiczą wiedzą z zakresu polskiej polityki, ale nie tylko polskiej. Wie również dużo o Irlandii, o jej polityce. Tutaj mamy akurat odmienne zdania, bo ona Irlandię trochę idealizuje, podczas gdy ja mam już za sobą wystarczająco dużo lat na tej wyspie, żeby wiedzieć, że Irlandia ma swoje piękne strony, ale nie jest krainą z bajki.
I bardzo dobrze, bo dziennikarz, nawet ten młody, nie powinien być człowiekiem pozbawionym poglądów. Powinien natomiast umieć oddzielić własny pogląd od faktu, choć to jedna z najtrudniejszych rzeczy w tym zawodzie.
Dopiliśmy kawę, ciasto marchewkowe zniknęło, wtedy zapytała, czy w końcu jej powiem, jak powinna pracować na studiach? I co miałem odpowiedzieć na tak postawione pytanie?
Przecież dziennikarką już jest, brakuje jej warsztatu. Tylko tyle, a może aż tyle, bo cała reszta wymaga praktyki. Tego nie da się jednak przeczytać na ostatniej stronie w podręczniku. Nie można nauczyć się prowadzenia rozmowy wyłącznie na wykładzie. Nie można nauczyć się reportażu, siedząc w sali wykładowej. Trzeba rozmawiać z ludźmi, trzeba czytać, trzeba pisać, popełniać błędy. Potem trzeba je czytać jeszcze raz i zastanawiać się, dlaczego człowiek napisał coś tak, a nie inaczej. Trzeba także nauczyć się słuchać i trzeba nauczyć się milczeć. To ostatnie jest szczególnie trudne.
Współczesne media pełne są ludzi, którzy koniecznie chcą coś powiedzieć. Tymczasem dobry dziennikarz powinien czasami zrozumieć, że najciekawsza odpowiedź pojawia się dopiero wtedy, kiedy przestaje się zadawać pytania. Agaty moja odpowiedź jednak nie usatysfakcjonowała, naciskała, żebym powiedział coś więcej. Trafiła na mój opór, ale obiecałem jednak, że pozna moją opinię i właśnie dlatego powstał ten tekst.
Nie jako wykład, nie instrukcja obsługi dziennikarza, nie próba udowodnienia, że człowiek, który siedział naprzeciwko niej przy kawie, zna wszystkie tajemnice tego zawodu. Bo nie zna. To, co mogę jej powiedzieć, wynika przede wszystkim z doświadczenia. Z lat pracy, rozmów, obserwacji, błędów, tekstów lepszych i gorszych, sytuacji, w których człowiek był przekonany, że ma świetny materiał, a po kilku godzinach dochodził do wniosku, że jednak nie.
Dziennikarstwo jest bowiem zawodem dziwnym, ono czegoś uczy przez całe życie, co powinien umieć od pierwszego dnia, co jest kolejnym błędem, a mimo to następnego ranka znowu siada do pracy. I właśnie dlatego, pomimo początkowego: – Idź lepiej na informatykę, dzisiaj powiem Ci coś zupełnie innego.
Idź. Czytaj. Pytaj. Słuchaj. Nie bój się powiedzieć „nie wiem”. Nie zakładaj, że rozmówca odpowie tak, jak sobie wymyśliłaś. Nie pisz pod tezę tylko dlatego, że teza dobrze wygląda w nagłówku. Nie próbuj być ważniejsza od człowieka, z którym rozmawiasz i przede wszystkim nie próbuj za szybko zostać kimś, kim dopiero masz się stać.
Warsztat przyjdzie, doświadczenie też. Pojawią się błędy i tych akurat możesz spodziewać się w większej liczbie niż sukcesów. Najważniejsze natomiast, żeby pozostała w Tobie ciekawość. Jeżeli po kilku latach dziennikarz przestaje być ciekawy świata, ludzi i tego, dlaczego, coś się właśnie wydarzyło, to w tej właściwe chwili powinien odłożyć notes.
Na końcu naszego spotkania padło jeszcze jedno pytanie. Czy będzie mogła zwracać się do mnie w kwestiach problematycznych i prosić o wsparcie w nauce? Zgodziłem się, bo przecież jak można odmówić osobie, która jest przyszłością dwóch bliskich mi państw?
Agata, Ty dopiero zaczynasz. Przed tobą kilka lat nauki, mnóstwo książek, artykułów, rozmów, egzaminów, zapewne również rozczarowań i niejedna chwila, kiedy pomyślisz, że ten facet od kawy i ciasta marchewkowego, miał jednak rację z tą informatyką. Ale jeśli naprawdę chcesz być dziennikarką, nie uciekaj. Dziennikarstwo nie zawsze jest piękne, czasami jest nudne, szczególnie, jak jest powtarzalne. Czasami jest też niewdzięczne – wróć, najczęściej jest też niewdzięczne. Czasami człowiek po kilku godzinach pracy dostaje w zamian jeden złośliwy komentarz i zastanawia się, po co właściwie to wszystko robi. Ale czasami trafia się rozmowa, którą ludzie będą pamiętać przez lata – nie Ty, ale właśnie Twoi słuchacze i widzowie.
Czasami jedno zdanie wypowiedziane przez przypadkowego człowieka zmienia sposób patrzenia na całą sprawę. Czasami uda się dotrzeć do informacji, której wcześniej nikt nie zauważył. A czasami wystarczy po prostu dobrze opowiedzieć historię człowieka, którego nikt wcześniej nie chciał słuchać. Wtedy wiadomo, po co to wszystko było, ta nauka, te stosy przeczytanych książek, ta rozmowa przed rozpoczęciem studiów i Twoja decyzja, że będziesz dziennikarką.
Dlatego, mimo że na początku spotkania próbowałem ją wysłać na informatykę, dzisiaj chyba powinienem przyznać, że może jednak nie było to najlepsze rozwiązanie.
Biedne dziecko, powtórzę, bo wybrało sobie dziennikarstwo i do tego jeszcze politykę. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak jej współczuć, a potem pomóc. Bo może za kilka lat to ona będzie siedziała naprzeciwko jakiejś młodej osoby przy kawie, i będzie musiała się bardzo pilnować, żeby nie odpowiedzieć: – Idź lepiej na informatykę.
Tym bardziej że jeśli rzeczywiście ma zostać dziennikarką, powinna już teraz wiedzieć jedno. Najlepsze historie zaczynają się zwykle od jednego prostego pytania, a potem trzeba mieć odwagę zadać następne.
Agacie – Bogdan Feręc
