Pokój na warunkach rzeczywistości. Zełenski odkrywa na nowo to, co leżało na stole już na początku wojny
Najpierw miało być zwycięstwo, potem odzyskanie wszystkich terytoriów, a teraz pojawia się pomysł zamrożenia frontu. Wołodymyr Zełenski mówi o konieczności zatrzymania zabijania, powrocie uchodźców i gwarancjach bezpieczeństwa. Problem w tym, że podobne rozwiązania rozważano już w pierwszych tygodniach wojny. Historia zatoczyła koło, tylko rachunek za tę podróż urósł do niewyobrażalnych rozmiarów.
Jest w polityce coś, co można by nazwać spóźnionym odkrywaniem oczywistości. Polityk przez lata przekonuje, że ma plan, że wie, dokąd zmierza, że nie ustąpi ani o krok, a następnie staje przed kamerami i przedstawia jako nowe, odważne rozwiązanie to coś, o czym rozmawiano już wtedy, gdy pierwsze rosyjskie kolumny ruszyły na Kijów. Publiczność ma słuchać uważnie, komentatorzy powinni dostrzec przełom, a pozostali najlepiej niech zapomną, co mówiono wcześniej. Tak właśnie działa współczesna polityka. Pamięć wyborców jest krótka, pamięć ofiar wojny znacznie dłuższa, a pamięć polityków bywa zadziwiająco selektywna.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji Fox News powiedział, że jest gotów zamrozić linię frontu, aby zakończyć trwającą od lat wojnę z Rosją. Zapytany o możliwość zawarcia porozumienia, w ramach którego Ukraina zachowałaby co najmniej 75 proc. swojego terytorium, odpowiedział krótko: „Tak, teraz musimy zamrozić”. I oto mamy deklarację, która powinna skłonić do zastanowienia nie tylko Ukraińców, ale również europejskich przywódców, od lat budujących swoją polityczną narrację wokół wojny, zagrożenia i konieczności nieustannego przygotowywania się na kolejne odsłony konfliktu.
Nie dlatego, że pragnienie zakończenia zabijania jest czymś nagannym. Przeciwnie. Problem polega na tym, że propozycja Zełenskiego brzmi jak powrót do punktu wyjścia, tyle że po drodze pochowano tysiące ludzi, zniszczono miasta, rozbito rodziny, a miliony Ukraińców znalazły schronienie poza granicami własnego kraju. Co jednak najważniejsze, odpowiedzialność za to całe zło ponosić może nie Moskwa, nie Kijów, a nawet nie Bruksela, bo Londyn. Wystarczy sobie przypomnieć, kto był przeciwnikiem porozumienia, które leżało już na stole. Tak, to Boris Johnson, czyli były brytyjski premier.
Nowy pomysł, który wcale nie jest nowy
Zamrożenie linii frontu, zawieszenie broni, pozostawienie spornych terytoriów bez ostatecznego rozstrzygnięcia i zapewnienie Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa, to nie są koncepcje, które narodziły się w studiu Fox News. Podobne rozwiązania pojawiły się już w pierwszych tygodniach rosyjskiej inwazji w 2022 roku, kiedy przedstawiciele Moskwy i Kijowa prowadzili rozmowy, między innymi na Białorusi i w Turcji. Dyskutowano wówczas o neutralności Ukrainy, rezygnacji z członkostwa w NATO, międzynarodowych gwarancjach bezpieczeństwa oraz o warunkach, na jakich można byłoby przerwać walki.
Wtedy nie osiągnięto trwałego porozumienia, a poszczególne propozycje miały różny status, pozostawały przedmiotem sporów, a ich interpretacje do dziś są wykorzystywane w politycznych rozgrywkach. Nie ma więc podstaw, by twierdzić, że na początku wojny istniała gotowa, uzgodniona umowa pokojowa, którą wystarczyło podpisać. Jest natomiast oczywiste, że zasadnicze elementy dzisiejszej dyskusji były obecne już wtedy, a to w tym tkwi sedno sprawy.
Dziś prezydent Zełenski mówi, że należy zatrzymać walki, zamrozić front, uzyskać gwarancje bezpieczeństwa i stworzyć warunki do powrotu milionów obywateli. W pierwszych tygodniach wojny również rozmawiano o przerwaniu walk, statusie Ukrainy i mechanizmach, które miałyby zapobiec kolejnej rosyjskiej agresji. Różnica polega na tym, że wtedy można było negocjować, zanim kolejne miasta zamieniły się w ruiny, a kolejne pokolenia zostały naznaczone doświadczeniem wojny.
Dzisiaj cena jest znacznie wyższa, a zaufanie znacznie mniejsze.
Nie można też udawać, że zamrożenie frontu oznacza automatycznie pokój. Zawieszenie broni może zatrzymać śmierć na polu bitwy, ale nie rozwiązuje sporu o terytoria, nie gwarantuje trwałego bezpieczeństwa i nie daje pewności, że za rok lub pięć lat walki nie wybuchną ponownie. Rosja wielokrotnie odrzucała propozycje zawieszenia broni, argumentując, że Kijów wykorzystałby przerwę do odbudowy potencjału wojskowego. Ukraina z kolei ma powody, by obawiać się, że Moskwa potraktuje rozejm jako okazję do przegrupowania sił.
Zamrożenie konfliktu bez wiarygodnego systemu kontroli, gwarancji i konsekwencji za złamanie porozumienia może oznaczać nie koniec wojny, lecz jedynie przerwę pomiędzy jej kolejnymi etapami. Pokój nie polega przecież na tym, że obie strony przez jakiś czas przestają strzelać, a następnie wracają do domów z przekonaniem, że sprawa została załatwiona.
Mimo to samo przyznanie przez ukraińskiego prezydenta, że zamrożenie frontu może być realną drogą do zakończenia konfliktu, należy potraktować poważnie. Oznacza ono bowiem, że nawet Kijów, który przez długi czas podkreślał konieczność odzyskania okupowanych terytoriów, musi brać pod uwagę rozwiązanie dalekie od pełnej realizacji swoich pierwotnych celów.
Wojna ma bowiem tę paskudną właściwość, że nie pyta polityków o ich ambicje. Pyta o ludzi, amunicję, pieniądze, możliwości produkcyjne i zdolność do dalszego ponoszenia strat. A te zasoby nie są niewyczerpane.
Zwycięstwo, które coraz trudniej zdefiniować
Ukraiński prezydent podkreślił, że Ukraina nie przegrywa wojny, ale traci ludzi i czas. Wskazał również na około 9,5 miliona osób, które opuściły swoje domy i przebywają za granicą, zaznaczając, że chciałby, aby wróciły do kraju i mogły odbudowywać swoje życie. To zdanie mówi z kolei więcej, niż niejeden oficjalny komunikat o sytuacji na froncie.
Bo czym właściwie jest zwycięstwo, jeżeli kraj zachowuje niepodległość, ale miliony jego obywateli nie widzą dla siebie przyszłości w ojczyźnie? Czym jest triumf, jeżeli młodzi ludzie dorastają z dala od własnego domu, przedsiębiorstwa nie wiedzą, czy będą mogły bezpiecznie funkcjonować, a rodzice każdego dnia zastanawiają się, czy ich dzieci doczekają spokojnego jutra?
Oczywiście, odpowiedzialność za rosyjską inwazję spoczywa na Rosji. Nie ma potrzeby zaciemniać tej kwestii ani udawać, że agresor i państwo broniące się przed agresją znajdują się w identycznej sytuacji. Ale uznanie odpowiedzialności Moskwy nie oznacza, że należy zrezygnować z oceny decyzji podejmowanych przez Kijów, Waszyngton czy stolice w Europie.
Można jednocześnie potępiać rosyjską agresję i pytać, czy zachodnia polityka wobec wojny była wystarczająco skuteczna. Można wspierać prawo Ukrainy do obrony i zastanawiać się, czy polityczne deklaracje o zwycięstwie nie wyprzedzały zbyt często rzeczywistych możliwości. Można wreszcie rozumieć ukraińskie dążenie do odzyskania terytoriów, a jednocześnie uznać, że każda kolejna doba walk oznacza kolejne ofiary i coraz trudniejszą odbudowę.
To nie jest zdrada Ukrainy. To elementarna umiejętność odróżniania moralnego stanowiska od strategicznej kalkulacji. Przywódcy nie są od tego, by jedynie podtrzymywać ducha narodu wzniosłymi przemówieniami. Są również od tego, by rozpoznawać moment, w którym trzeba zmienić strategię, zanim koszty dalszego trwania przy dotychczasowych założeniach staną się nieodwracalne.
Nie wiadomo, czy propozycja prezydenta Zełenskiego doprowadzi do przełomu. Rosja może ją odrzucić, Stany Zjednoczone mogą próbować narzucić własne (dodatkowe) warunki, a europejskie państwa mogą po raz kolejny podzielić się w ocenie tego, co należy zrobić. Nie wiadomo też, czy ewentualne porozumienie zapewni Ukrainie bezpieczeństwo, czy jedynie odsunie w czasie następny konflikt. Wiadomo natomiast, że wojna nie może być celem samym w sobie. Jeśli politycy zaczynają traktować jej trwanie jako dowód własnej konsekwencji, a każdą próbę negocjacji jako oznakę słabości, wówczas rachunek za ich ambicje płacą zwykli ludzie.
Europa pokoju nie wynegocjuje deklaracjami
Szczególna odpowiedzialność spoczywa na Stanach Zjednoczonych i państwach europejskich. To one dostarczają Ukrainie wsparcia wojskowego i finansowego, to one ponoszą część ekonomicznych konsekwencji wojny i to one muszą odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądać ma europejskie bezpieczeństwo po ewentualnym zawieszeniu broni. Nie wystarczy powiedzieć, że Ukraina musi wygrać. Trzeba jeszcze wyjaśnić, co konkretnie oznacza zwycięstwo, jakimi środkami ma zostać osiągnięte, i jakie koszty są gotowe ponieść państwa wspierające Kijów. Nie wystarczy również zadeklarować, że pokój jest potrzebny. Należy ustalić, jak go utrzymać, kto będzie kontrolował przestrzeganie porozumienia i, co stanie się w przypadku kolejnej rosyjskiej ofensywy.
W przeciwnym razie otrzymamy znaną europejską specjalność, czyli konferencje, wspólne fotografie, uroczyste deklaracje i dokumenty, których znaczenie najlepiej poznaje się dopiero wtedy, gdy przestają działać. Europa potrzebuje polityki bezpieczeństwa, która nie będzie oparta ani na naiwnym przekonaniu, że Moskwa nagle stanie się do końca przewidywalnym partnerem, ani na nieustannym podsycaniu strachu przed rosyjskimi czołgami. Potrzebuje rozsądnej oceny zagrożeń, realnych zdolności obronnych i dyplomacji, która nie jest traktowana jak wstydliwy dodatek do transportów uzbrojenia.
W tym kontekście polska debata publiczna również wymaga większej dojrzałości. Bezpieczeństwo państwa nie może sprowadzać się do powtarzania, że Rosja jest zagrożeniem. Jest nim w jakimś stopniu, a co do tego nie ma większych wątpliwości, ale samo wskazywanie przeciwnika nie stanowi jeszcze strategii obronnej. Strategia zaczyna się tam, gdzie pojawiają się konkretne działania, sprawne instytucje, zabezpieczone granice, odpowiednio wyposażone wojsko i zdolność do reagowania na różne rodzaje kryzysów. I właśnie tego powinniśmy wymagać od naszych polityków.
Komentarz: Donald Tusk powinien przestać straszyć i zacząć liczyć ryzyka
Premier Donald Tusk ma zwyczaj przypominać Polakom o rosyjskim zagrożeniu. Nie zamierzam udawać, że rosyjska armia jest niewinnym kółkiem miłośników rekonstrukcji historycznych, które po prostu lubi przejechać się czołgiem po cudzym terytorium. Rosyjska agresja na Ukrainę pokazała, że zagrożenie militarne ze strony Moskwy jest realne, a państwo polskie powinno utrzymywać zdolność do obrony. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy strach staje się głównym narzędziem komunikacji politycznej, a inne zagrożenia znikają z pola widzenia, jakby bezpieczeństwo Polski miało tylko jedną rubrykę w urzędowym formularzu.
Premier powinien zajmować się wszystkimi istotnymi ryzykami, a nie tylko tymi, które dobrze wyglądają na konferencji prasowej. Powinien mówić o ochronie granic, kontroli migracji, skuteczności służb, przestępczości zorganizowanej, zagrożeniu terrorystycznym, bezpieczeństwie infrastruktury i zdolności państwa do egzekwowania prawa. Powinien również rozmawiać o tym, jak Europa zamierza kontrolować migrację z regionów, w których wojny, niestabilność i słabość instytucji państwowych wypychają ludzi w stronę Unii Europejskiej.
Po wydarzeniach we Francji, nie ma sensu już udawać, że problem nie istnieje. Nie ma też sensu sprowadzać go do etnicznych czy religijnych etykiet. Pochodzenie z Afryki lub kraju muzułmańskiego samo w sobie nie czyni nikogo zagrożeniem. Zagrożeniem może być niekontrolowany napływ ludzi, których tożsamości i dokumentów nie da się skutecznie zweryfikować, by można było sprawować nad tymi ludźmi kontrolę. Do tego brak sprawnej procedury azylowej, tolerowanie osób łamiących prawo czy niewydolność państwa w egzekwowaniu decyzji administracyjnych, to właśnie te kwestie powinny być przedmiotem twardej polityki, a nie zbiorowe oskarżenia kierowane pod adresem całych narodów i religii.
Polska potrzebuje szczelnej, dobrze zarządzanej granicy, sprawnych kontroli i jasnych zasad przyjmowania cudzoziemców. Nie potrzebuje natomiast opinii tych, którzy próbują przekonać społeczeństwo, że każdy człowiek przybywający z określonego kontynentu stanowi potencjalne niebezpieczeństwo. To nie jest odwaga, lecz intelektualne lenistwo. Państwo prawa powinno rozpoznawać konkretne ryzyko, a nie zastępować ocenę faktów stereotypem.
Jest jednak jeszcze jedna sprawa, o której w Polsce mówi się zdecydowanie za mało. To konsekwencje wojny ukraińsko-rosyjskiej dla bezpieczeństwa granic i ruchu ludności. Wraz z zakończeniem się konfliktu, wzrośnie znaczenie kontroli dokumentów, zwalczania przemytu ludzi, identyfikowania osób poszukiwanych oraz przeciwdziałania nielegalnemu przekraczaniu granicy, właśnie tej z Ukrainą, choć dotyczy to wszystkich, niezależnie od narodowości, a w warunkach powojennych wymaga szczególnej sprawności służb.
Nie ma jednak podstaw, by twierdzić, że ukraińscy żołnierze, potencjalnie uciekający do Europy, jako grupa stanowią większe zagrożenie dla Polski niż rosyjska armia. To dwa zupełnie różne rodzaje ryzyka. Rosyjskie wojsko jest narzędziem państwa prowadzącego agresję, natomiast osoby „opuszczające” po zawieszeniu broni Ukrainę, mogą znajdować się w bardzo różnych sytuacjach prawnych i życiowych. Nielegalne przekroczenie granicy przez żołnierza, dezercja, przemyt broni czy udział w działalności przestępczej, wymagają odpowiedniej reakcji, ale nie wolno automatycznie przypisywać takich zachowań wszystkim ukraińskim wojskowym.
Dlatego Polska powinna rozważyć natychmiastowe i całkowite zamknięcie swojej wschodniej granicy tylko po to, by uniemożliwić ewentualną ucieczkę ukraińskich żołnierzy. Taka decyzja wymagałaby wykazania również konkretnej konieczności, oceny skutków prawnych i humanitarnych oraz ustalenia, jakie zagrożenie miałaby rzeczywiście ograniczyć. Polska powinna zapobiegać nielegalnym przekroczeniom granicy i egzekwować prawo, ale nie może zastępować skutecznej kontroli zbiorową karą, ani odcinać legalnych kanałów ruchu bez przekonującego uzasadnienia.
Nie oznacza to pobłażliwości. Oznacza poważne traktowanie bezpieczeństwa.
Premier Tusk powinien więc w mojej ocenie mniej opowiadać o strachu, a więcej mówić o tym, jak państwo zamierza reagować na konkretne zagrożenia. Powinien również wyjaśnić, jak Polska przygotowuje się na ewentualne zawieszenie broni na Ukrainie, jakie procedury będą obowiązywały na granicach i jak służby mają reagować na próby przemytu, nielegalnego przekraczania granicy czy przewożenia broni. Bo bezpieczeństwo kraju nie jest konkursem na najbardziej ponury komunikat dnia. Nie polega na wskazaniu jednego wroga, a następnie uznaniu, że resztę można zostawić na później. Państwo, które chce być bezpieczne, musi umieć jednocześnie odstraszać agresora, kontrolować granice, egzekwować prawo i zachować trzeźwy osąd.
A jeśli Zełenski rzeczywiście jest gotów rozmawiać o zamrożeniu frontu, Polska powinna przygotować się na konsekwencje takiego scenariusza, zamiast bez końca prowadzić politykę na zasadzie: Rosja nadchodzi, więc nie zadawajmy niewygodnych pytań. Umówmy się, rosyjskie zagrożenie jest w pewnym sensie realne, ale nie zwalnia to jednak polskiego rządu z obowiązku dostrzegania pozostałych problemów. I nie daje żadnemu politykowi prawa do zastępowania konkretnej strategii bezpieczeństwa samym straszeniem.
Bogdan Feręc
Photo by Zulfugar Karimov on Unsplash

