Krwawy mat i cztery filary. Dlaczego ukraińska wojna naprawdę dobiega końca?
Władimir Władimirowicz Putin nie wygląda na kogoś, kto chce pokoju. Wołodymyr Zełenski nie wygląda na kogoś, kto chciałby pogodzić się z utratą choćby metra kwadratowego Donbasu. A jednak – na przekór zgrzytom zębów w Kijowie, wybuchom irytacji w Waszyngtonie i nieustannym cynicznym manewrom Moskwy – wojna na Ukrainie powoli zbliża się do swojego nieuchronnego, gorzkiego finału.
Nie będzie to zapewne malowniczy kapitulacyjny dramat, jaki znamy z kart historii, ani triumfalna defilada na Chreszczatyku czy Placu Czerwonym. Będzie to bolesny, wielopłaszczyznowy kompromis wymuszony przez wycieńczenie obu stron, ekonomiczną geopolitykę i brutalną maksymę, którą amerykańscy negocjatorzy uczynili osią swoich działań: „Ilekroć napotykasz problem, którego nie możesz rozwiązać, powiększ go”.
Teatr nerwów w Shell Bay
Miarą tego, jak bardzo zmieniła się układanka, jest ewolucja samego Donalda Trumpa. Ponad półtora roku temu drwił z Zełenskiego, nazywając go słabeuszem bez kart przetargowych. Dziś ten sam Trump z wściekłością protestuje przeciwko niszczycielskim i do bólu skutecznym atakom Ukraińców na rosyjskie rafinerie. Dlaczego? Bo Kijów zyskał dźwignię, która realnie boli Moskwę, wymuszając skoki cen paliw na globalnych rynkach. Frustracja Białego Domu osiągnęła apogeum, gdy Trump, ratując ceny oleju napędowego przed zbliżającymi się wyborami, zdecydował się na dość kuriozalną transakcję z Moskwą, łamiąc świeżo podpisane przez siebie sankcje i grożąc Kijowowi odcięciem wywiadowczej „pępowiny”. Zełenski skwitował to krótko i bezlitośnie – to decyzja wynikająca ze słabości.
Jednak pod powłoką tych publicznych napięć i szantaży, za zamkniętymi drzwiami ekskluzywnego Shell Bay Golf Club na Florydzie, toczy się gra o zupełnie nową stawkę. Sześciogodzinne spotkanie, któremu przewodniczyli Jared Kushner i Steve Witkoff z udziałem dyplomatów z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Ukrainy, odsłoniło kształt zarysowującego się pokoju. Amerykanie i Europejczycy przestali szukać idealnej sprawiedliwości. Zaczęli szukać konstrukcji, która pozwoli obu stronom wyjść z tego koszmaru bez całkowitej utraty twarzy.
Szachownica poszerzona o cztery filary
Plan, który krystalizuje się na naszych oczach, polega na stworzeniu ram tak szerokich, by przykryły one tragiczny impas na froncie. Zamiast bez końca spierać się o każdy kilometr kwadratowy okopów, dyplomaci proponują cztery filary nowej powojennej architektury:
- Wielka Odbudowa Ukrainy: Przekształcenie kraju w gigantyczny plac budowy pod patronatem Banku Światowego i finansowych gigantów w rodzaju BlackRock. To nie tylko środki na ruiny i infrastrukturę, ale też świadczenia dla dziesiątek tysięcy rannych i rodzin poległych. Kijów musi jedynie wykazać, że miliardy nie utoną w powojennej korupcji.
- Gwarancje Bezpieczeństwa (czyli NATO bez nazwy): Twarde zobowiązanie USA i Europy do odpowiedzi militarnej w przypadku ponownej agresji Rosji – rozwiązanie czerpiące wprost z logiki Artykułu 5.
- Wielki Deal Energetyczny: Najbardziej pragmatyczny, ale i najtrudniejszy do przełknięcia filar. Integracja gospodarcza poprzez nowe umowy surowcowe i rurociągi płynące do Europy, z których zyski dzieliłyby między sobą Rosja i Ukraina, co oznacza:
Dla Europy – obniżka kosztów energii.
Dla Rosji – powrót na rynek i stopniowe zdejmowanie sankcji.
Dla Ukrainy – stały dopływ gotówki i gwarancja, że rura staje się polisą na życie.
- „Linia Kontroli”: Niestety, filar czwarty jest tym najgorszym. Zamrożenie działań wojennych wzdłuż obecnej, płynnej linii frontu. W praktyce oznacza to pozostawienie pod kontrolą Moskwy okupowanych terenów Donbasu i południa.
Granica wytrzymałości
Dlaczego ten scenariusz, mimo wszystkich znanych i nieznanych publicznie kontrowersji, staje się nieunikniony? Bo ta wojna przekształciła się w koszmarne pole śmierci, którego koszty ludzkie i ekonomiczne przerosły możliwości wyobraźni.
Gdy Rosja ponosi straty rzędu 42 tysięcy ludzi miesięcznie, więc około 1400 żołnierzy dziennie, a łączna liczba zabitych i rannych po stronie agresora przekracza 1,4 miliona, nawet tak cyniczny aparat, jak ten kremlowski, zaczyna odczuwać drżenie posad. Z kolei Ukraina, pomimo niespodziewanego bohaterstwa i zmysłu taktycznego, stoi w obliczu zimy, która może przynieść ostateczną dewastację gospodarki i infrastruktury cywilnej.
Wojna na wyczerpanie doszła natomiast do punktu, w którym żaden z uczestników nie jest w stanie wygenerować czystego zwycięstwa militarnego. Amerykańskie i europejskie elity doskonale wiedzą, że kontynuowanie tej spirali grozi niekontrolowanym wybuchem.
Gorzki pokój lepszy niż niekończąca się rzeź?
Trump ze swoją powierzchowną dyplomacją i transakcyjnym podejściem do geopolityki bywa nieprzewidywalny i często bezmyślnie ułatwia zadanie Putinowi. Ale kierunek, który wyznaczają Kushner i Witkoff przy cichym przyzwoleniu Europy, jest czytelny: wojna musi się skończyć, ponieważ jej koszt wykracza już poza granice regionalnego konfliktu.
Europejscy przywódcy, choć oburzeni pobocznymi umowami paliwowymi Trumpa, nie odrzucają układu z Shell Bay. Jak przyznał jeden z dyplomatów: „To moment, by odpuścić sobie napięcia i wrócić do pracy”.
To nie będzie oczywiście pokój, o jakim marzyli Ukraińcy, a koniec wojny, nie będzie również oznaczać wygranej Rosji, choć tamtejsze media z pewnością w taki sposób, zaczną przedstawiać zakończenie działań na froncie. Będzie on podszyty nieufnością, żalem i poczuciem niesprawiedliwości. Zostawi blizny na mapie i w sercach ludzi na całe pokolenia.
Ale ważne jest, że mechanizm został wprawiony w ruch i wojna zmierza, teraz już realnie, ku końcowi. Kiedy ekonomia, wyczerpanie zasobów i dyplomatyczna pragmatyka zaczynają mówić jednym głosem, huki armat na froncie wreszcie zaczynają cichnąć.
Wojna na Ukrainie dobiega końca – nie dlatego, że zapanowała sprawiedliwość, ale dlatego, że świat po prostu nie może już dłużej znieść tej rzezi i ponosić jej kosztów.
Bogdan Feręc
Źr. The Washington Post
Photo by Jade Koroliuk on Unsplash

