Samobójcza strategia stolicy? Jak dubliński biznes może nieświadomie uderzyć w ruch turystyczny
Decyzje podejmowane przez dublińskich przedsiębiorców mogą wkrótce zrewolucjonizować, ale też poważnie zachwiać pozycją miasta na międzynarodowej mapie turystycznej. W sercu dyskusji o przyszłości stolicy pojawił się temat, który wśród podróżnych zawsze budzi spore kontrowersje – podatek turystyczny. Choć z perspektywy lokalnych decydentów nowa danina publiczna wydaje się idealnym panaceum na bolączki infrastrukturalne, to w rzeczywistości może stać się narzędziem, którym Dublin sam odetnie się od strumienia zagranicznych gości.
Najnowsze badanie przeprowadzone przez Izbę Handlową w Dublinie (Dublin Chamber) wyraźnie pokazuje zmianę nastrojów wśród lokalnych przedsiębiorców. Aż 44 procent członków tej organizacji zadeklarowało poparcie dla wprowadzenia opłaty turystycznej, podczas gdy przeciwnych jest zaledwie 29 procent respondentów.
To zaskakująca otwartość ze strony środowiska, które zazwyczaj broni się przed wszelkimi nowymi obciążeniami fiskalnymi. Co więcej, pomysł ten rymuje się z oczekiwaniami społecznymi – zeszłoroczna ankieta agencji „Your Dublin, Your Voice” wykazała, że wprowadzenie takiego podatku popiera aż 64 procent mieszkańców Dublina. Zielone światło dają także władze lokalne z Radą Miasta Dublina na czele, upatrując w tym stałego źródła finansowania usług miejskich, infrastruktury i estetyki przestrzeni publicznej.
W całej tej argumentacji kryje się jednak ogromne ryzyko krótkowzroczności, na które biznes zgadza się pod bardzo konkretnymi, wręcz idealistycznymi warunkami. Dyrektor ds. kontaktów z opinią publiczną w Izbie Handlowej w Dublinie Stephen Browne wprost przyznaje, że przedsiębiorstwa dostrzegają palącą potrzebę inwestycji w transport, estetykę i ogólną atrakcyjność miasta. Biznes mówi „tak”, ale pod warunkiem, że każde zebrane od turystów euro zostanie zabezpieczone i reinwestowane bezpośrednio w Dublinie. Przedsiębiorcy domagają się pełnej przejrzystości, rozliczenia i jasnego planu działania, oczekując, że przełoży się to na realne, widoczne w praktyce usprawnienia.
Problem polega na tym, że rynkowa rzeczywistość rzadko poddaje się tak precyzyjnym i optymistycznym założeniom, a mechanizm podatkowy może zadziałać jak obosieczny miecz. Dublin już teraz zmaga się z opinią jednego z najdroższych miast w Europie, gdzie koszty zakwaterowania, gastronomii i usług przyprawiają zagranicznych gości o zawrót głowy. Dopisanie do rachunku za hotel kolejnej obowiązkowej opłaty – nawet jeśli jej celem ma być czystszy chodnik czy ładniejsza ławka w parku – może przelać czarę goryczy.
W dobie niezwykle silnej konkurencji między europejskimi metropoliami o portfele turystów, uderzenie w i tak już nadszarpniętą konkurencyjność cenową Dublina grozi odpływem gości na rzecz tańszych alternatyw.
Nawet sam Stephen Browne przypomina, że Dublin bezustannie konkuruje z innymi stolicami nie tylko o turystów, ale też o talenty i inwestycje. Ponad jedna czwarta przedsiębiorców wciąż pozostaje niezdecydowana lub neutralna, co dowodzi, że obawy przed nieznanym i brak szczegółowych procedur działania nowego systemu budzą uzasadniony niepokój. Jeśli mechanizm dystrybucji środków zawiedzie, a obiecane spektakularne zmiany w przestrzeni publicznej utkną w biurokratycznych procedurach, dubliński biznes obudzi się w podwójnie trudnej rzeczywistości. Z jednej strony straci argument cenowy w starciu z innymi europejskimi kierunkami, z drugiej – nie otrzyma w zamian obiecanej, nowoczesnej infrastruktury.
Popierając podatek turystyczny, stołeczni przedsiębiorcy kładą na szali stabilność całego sektora, ryzykując, że zamiast oczekiwanego rozkwitu, zaserwują Dublinowi bolesny spadek zainteresowania ze strony zagranicznych podróżnych.
Bogdan Feręc
Źr. Dublin Live
Photo by Sophie Popplewell on Unsplash
