Dzieci polskiej emigracji właśnie przejmują Irlandię – "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii

Dzieci polskiej emigracji właśnie przejmują Irlandię

Nowe, polskie pokolenie wchodzi właśnie na rynek pracy w Irlandii. To potomkowie pierwszych imigrantów z Polski, którzy tutaj doczekali się dzieci albo przywieźli je jeszcze jako oseski na początku lat dwutysięcznych. Dzisiaj ci sami chłopcy i dziewczyny mają po dwadzieścia kilka lat, kończą uniwersytety, zakładają garnitury, odbierają dyplomy i coraz pewniej siadają przy stołach, przy których jeszcze dwadzieścia lat temu Polakom proponowano co najwyżej herbatę i pracę na magazynie.

Tak się ostatnio złożyło, że poznałem kilka bardzo młodych osób. Wszyscy Polacy, a właściwie, żeby być bardziej precyzyjnym, polscy Irlandczycy. Po przełamaniu pierwszych lodów i skróceniu dystansu okazywało się, że obie strony, więc ja, schodzący powoli ze sceny życia, jak i oni, mamy jednak o czym rozmawiać. Szczególnie wtedy, gdy zaczynałem wypytywać ich o zainteresowania, plany, studia, pracę i spojrzenie na świat. Jest jednak w tym wszystkim coś, co podejrzewałem już wcześniej, miałem nawet sygnały, że tak się dzieje, ale teraz mam już pełne potwierdzenie z własnych badań terenowych. Nie z raportów, nie z uniwersyteckich analiz, ale z rozmów przy kawie i na ulicy.

Otóż może język polski nie jest ich najmocniejszą stroną. Stylistyka często pozostawia wiele do życzenia, czasem brakuje im prostych słów w mowie potocznej, wracają do tych samych, utartych schematów semantycznych, mieszają języki, uciekają w angielskie wtręty, ale mówią po polsku. I to jest najważniejsze. To akurat dobrze świadczy o ich rodzicach, którzy przez lata podtrzymywali w nich ten językowy ogień. Ogień, który zresztą dawno zgasł u samych Irlandczyków w odniesieniu do języka gaelickiego, używanego dziś bardziej ceremonialnie niż praktycznie. Tymczasem polski w wielu domach nadal funkcjonuje normalnie, chociaż czasem łamany, czasem pokiereszowany przez angielski, ale żywy.

Jest jednak coś jeszcze. Coś, co zaskoczyło mnie chyba najbardziej, bo oni w większości nie piszą po polsku. Nawet nie chodzi o błędy ortograficzne czy interpunkcyjne. Oni po prostu nie umieją swobodnie przelać na papier dłuższych myśli w naszym języku, napiszą pojedyncze słowa i na tym się kończy. Polski jest dla nich językiem rozmowy z rodzicami, z babcią przez telefon albo szybkiej wymiany zdań przy stole. Nie jest językiem pisania, analizowania czy tworzenia.

Trudno. Jakoś to przeżyję, bo chociaż mówią po polsku.

Właśnie na tej mowie będę się koncentrował, bo akurat do nich pretensji nie mam żadnych, a w przeciwieństwie do młodych Polaków mieszkających w naszej wspólnej ojczyźnie, którzy potrafią wrzucać angielskie słowa do każdego zdania tylko dlatego, że obejrzeli trzy seriale na Netfliksie i pracują w „korpo”. Ci nasi polscy Irlandczycy wychowali się przecież tutaj. Większość życia spędzili wśród rówieśników mówiących po angielsku jako pierwszym językiem. Nam, „starszakom”, mogą być więc co najwyżej niedoścignionym wzorem w słownictwie dawnych okupantów Irlandii.

Jest też kolejna ciekawostka, która była mi obca, a ujawniła się po kilku dłuższych rozmowach, więc oni nie mają kompleksów emigracyjnych swoich rodziców. Nie pamiętają czasów, kiedy polski akcent był dla wielu wyrokiem zawodowym, a nazwisko kończące się na „-ski” oznaczało automatyczne skierowanie do cięższej pracy. Tak na marginesie, oni nie mają polskiego akcentu. Dla nich Irlandia jest naturalnym środowiskiem życia, a nie „zagranicą”. Nie muszą niczego udowadniać. Nie przyjechali tutaj „na chwilę”. Oni tutaj po prostu są, to w zasadzie ich kraj.

Jeszcze ważniejszy wydaje mi się jednak przekrój wykształcenia tych naszych młodych krajan. Choć z Polską często niewiele ich już łączy poza nazwiskiem, rodziną i świątecznym karpiem, znakomita większość albo jeszcze studiuje, albo naukę na uniwersytetach już skończyła, a nie są to przypadkowe uczelnie. Mamy już całkiem pokaźne grono inżynierów, specjalistów od nowych technologii, finansistów, pracowników sektora medycznego, ale też osoby, które poszły w kierunku naukowym. Spotkałem młodych ludzi, którzy myślą o doktoratach, badaniach i pracy akademickiej. Jeszcze dwadzieścia lat temu mało kto wyobrażał sobie taki obraz Polonii w Irlandii.

Bo przecież pierwsza fala emigracji była przede wszystkim falą ludzi pracy. Budowy, magazyny, produkcja, sklepy, transport, gastronomia. To nie była instagramowa emigracja, tylko emigracja ludzi zmęczonych życiem w Polsce, z walizką i nadzieją, że będzie trochę normalniej niż w ojczyźnie tamtych czasów. I właśnie dlatego dzisiejszy awans społeczny ich dzieci robi takie wrażenie.

Jak to podsumować? Chyba tylko w jeden sposób, że Irlandia dała ich rodzicom szansę, a oni ją wykorzystali. Harowali po kilkanaście godzin dziennie, często kosztem własnego zdrowia, życia rodzinnego i ambicji, ale wykształcili swoje dzieci. Dali im narzędzia do rozwoju i zapewnili start, o którym wielu ludzi w Polsce mogło wtedy jedynie pomarzyć. To cieszy, to jest inspirujące, ale też pokazuje coś jeszcze, że polska społeczność w Irlandii przestaje być wyłącznie zapleczem taniej siły roboczej. Model robotniczo-chłopski powoli się kończy. Oczywiście nadal mamy ogromną grupę osób wykonujących ciężkie oraz słabo płatne zawody i nie ma w tym absolutnie nic uwłaczającego. Każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, bo powodów życiowych wyborów może być tysiąc.

Nie o tym jednak jest ten felieton, a piszę o tych, którzy właśnie wchodzą na ścieżkę kariery, która nawet w Irlandii może dać im wysoki status społeczny. I widzę bardzo wyraźnie, że są na dobrej drodze, a i są bardziej irlandzcy niż polscy. Ale jak mieliby być inni?

To też dobrze świadczy zarówno o nich, jak i o ich rodzicach. Nie zostali zamknięci w bańce polskości. Nie wychowywali się wyłącznie na „polskich osiedlach”, nie mieli jedynie polskich znajomych, nie żyli w emigracyjnym, jak wielu z nas – mentalnym getcie. Weszli w irlandzkie społeczeństwo naturalnie, bez histerii o utracie tożsamości. Może właśnie dlatego zaczynają sobie tutaj naprawdę dobrze radzić.

Co ciekawe, oni też inaczej patrzą na Polskę niż ich rodzice. Dla starszego pokolenia Polska była często miejscem, z którego się uciekało przed biedą, beznadzieją, układami i brakiem perspektyw. Dla tych naszych młodych pokoleń z Irlandii Polska jest po prostu jednym z europejskich państw. Ani rajem, ani piekłem, a bardziej miejscem, do którego można polecieć na weekend, odwiedzić rodzinę albo nawet kiedyś wrócić, jeśli w Dublinie nie przestaje akurat w lipcu padać deszcz.

Jest też druga strona medalu, więc Irlandia nie jest już tą samą krainą mlekiem i miodem płynącą co dwadzieścia lat temu, nie jest dla nich, młodych, naszą niegdysiejszą „ziemią obiecaną”. Koszty życia są absurdalne, mieszkania osiągnęły ceny, które momentami wyglądają jak żart księgowego po trzech whiskey, a młodzi, niezależnie od narodowości, coraz częściej zadają sobie pytanie, czy zachodni model życia nadal gwarantuje bezpieczeństwo.

Dlatego ci młodzi irlandzcy Polacy są dziś trochę zawieszeni między światami. Z jednej strony pełnoprawni Irlandczycy, natomiast z drugiej to ludzie, którzy nadal noszą polskie nazwiska, mają polskie korzenie i polskich rodziców opowiadających im przy stole historie o czasach, gdy „w Polsce to było ciężko”.

Idziemy po swoje, bo tak chyba mogę powiedzieć, czyli nasza ciężka emigracyjna praca przyniosła efekty. Pierwsi polscy migranci wykształcili swoje dzieci, dali im możliwości rozwoju, a teraz to pokolenie zaczyna konsumować owoce tamtego wysiłku. Powiem szczerze, bardzo mnie cieszy taki obrót sytuacji. Nie jesteśmy już skazani w Irlandii na odium wiecznej tułaczki po zawodach o niskich płacach, a powoli stajemy się częścią klasy średniej, a w niektórych przypadkach nawet częścią elity tego kraju.

I to jest chyba największy sukces polskiej emigracji w Irlandii. Nie liczba otwartych sklepów z kabanosami. Nie kolejne polskie delikatesy i nie rekordowe przelewy do kraju. Tylko właśnie ci młodzi ludzie.

Przyznam też, choć to miała być jeszcze przez jakiś czas tajemnica, że przygotowujemy cykl rozmów do Radia Wnet, właśnie z naszymi młodymi rodakami, którzy skończyli studia albo rozpoczynają kariery zawodowe. Bo to właśnie oni stają się nową warstwą społeczną, ludźmi, którzy mogą dać zarówno Irlandii, jak i nam samym, wiele powodów do dumy.

Kończąc, pokazaliśmy, że nie musimy być wyłącznie tymi, którzy wykonują polecenia. Za kilka lat to my możemy je wydawać. A może pójdziemy jeszcze dalej i zaczniemy współzarządzać tym krajem, bo patrząc na to, co od lat wyprawiają Fianna Fáil i Fine Gael, konkurencja wcale nie wydaje się przesadnie groźna.

Taka mała uszczypliwość, żeby rządzący nie zapomnieli, że to jednak ja pisałem, a Polacy w Irlandii już dawno przestali być tylko tanią siłą roboczą z Europy Wschodniej. Dorosły nam dzieci emigracji i wygląda na to, że będą od nas wszystkich znacznie skuteczniejsze.

Bogdan Feręc

Fot. CC Houses of the Oireachtas

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE – chronione są prawem autorskim.
ZNAJDŹ NAS: